Adwent… czyli coraz bliżej Święta

Migające kolorowe światełka, przystrojone choinki czekające na sterty prezentów, tysiące promocji zachęcających do kupowania prezentów dla bliskich, przyjaciół i krewnych. To wszystko brzmi tak, jakbyśmy już dziś świętowali Boże Narodzenie. Tymczasem jest koniec listopada. Przed nami jeszcze kilka tygodni, które będą upływać w takiej właśnie atmosferze. Lecz obok tych wszystkich komercyjnych aspektów zbliżających się tygodni jest jeszcze coś.

Jest czas, który wielu z nas celebruje, a który jeszcze bardziej przybliża nam tajemnicę Bożego Narodzenia i do niej przygotowuje. Jest nim Adwent – okres przygotowania, wyciszenia, zadumy i praktykowania licznych tradycji i zwyczajów, które znamy mniej lub bardziej.

Brzmi ciekawie? Przypomnijmy sobie zatem najważniejsze aspekty tego okresu.

Dawno, dawno temu…

Zacznijmy od samego wyjaśnienia słowa „adwent”, które oznacza przyjście, przybycie. Początki obchodzenia tego okresu datuje się na IV w. i był to czas przygotowujący do obchodów święta Objawienia Pańskiego, a dopiero z czasem stał się okresem przygotowującym do świąt Bożego Narodzenia. Dziś jest oficjalnym przygotowaniem liturgicznym do tych najbardziej wyczekiwanych ze względu na swoją atmosferę świąt.

Bogata historia Adwentu implikuje jednocześnie przeświadczenie, że i tradycje związane z jego obchodami powinny być nad wyraz bogate. Czy tak faktycznie jest? Pewnie tak, tylko nie każdy z nas jest tego do końca świadomy. Przybliżmy zatem kilka najważniejszych zwyczajów adwentowych.

Z lampionami w dłoniach

Często zapytani o Adwent i jego symbole, szybko szukamy właściwej odpowiedzi. Nagle pojawia się ich mnóstwo, więc która pierwsza. OK, niech będzie – są to roraty. Jest to niewątpliwie charakterystyczne wydarzenie w tym okresie, które ma nas przygotować do zbliżających się świąt. Roraty – mówiąc najprościej są Mszą św. wotywną o Najświętszej Maryi Pannie, która znana była już w XIII w. Jak tradycja podpowiada, roraty powinny się zaczynać o zmroku, a kończyć przed świtem. Dlatego też, często spotykamy się z celebrowaniem ich we wczesnych godzinach rannych. Charakterystycznym elementem Mszy roratniej jest niewątpliwie zapalona duża, przystrojona białą lub niebieską wstążką świeca, nazywana roratką. Ta majestatyczna świeca jest symbolem Maryi, która wśród mroków, w swoim łonie nosi Światłość – czyli Chrystusa. I oczywiście lampiony, które są nieodzownie związane z roratami. Podążający na nabożeństwo ludzie, właśnie z lampionami w dłoniach podążali do kościoła na nabożeństwo. Często widzimy te sceny na różnych obrazach, obrazkach czy przekazach. Kojarzycie, prawda? 😊

Po roratach czas na piękny zwyczaj adwentowy, który coraz bardziej jest popularyzowany – wieniec adwentowy Jego początków należy upatrywać w pogańskiej tradycji, kiedy to dawni mieszkańcy wschodnich Niemiec na przełomie listopada i grudnia czcili światło. Zwyczaj ten z czasem został przejęty przez kościół. I tak wieniec, który wykonywany jest z gałązek drzewa iglastego, ma służyć do umocowania czterech świec, symbolizujących cztery niedziele adwentu. Ciekawostką jest, iż początkowo umieszczane na wieńcu świece, musiały być w kolorze szat liturgicznych. Zatem umieszczano trzy fioletowe i jedną różową na trzecią niedzielę Gaudate. Do dziś taki zwyczaj obowiązuje w Austrii. Obecnie natomiast najczęściej spotykamy ustawione na wieńcu adwentowym świece w jednym kolorze, najczęściej czerwonym, który wyraża radość oczekiwania. Gotowy wieniec stawiano na stole lub podwieszano do sufitu na czterech wstęgach i każdej niedzieli zapalano kolejną świecę. Zwyczaj wieńca adwentowego znany jest w wielu krajach na świecie. We Francji na przykład taki wieniec zawiesza się na drzwiach wejściowych, aby obwieścić przychodzącym do domu gościom, że w tym domu króluje już duch Bożego Narodzenia. Co ciekawe wieniec powinno się zrobić samodzielnie, z rzeczy znalezionych w lesie. A więc nie idziemy na łatwiznę 😊. Do pracy – czasu już niewiele.

Jeśli nie przekonała Was ta forma wianka, to może do spróbujmy na sposób austriacki. Wieńce adwentowe zadomowiły się tu dopiero w latach 40. XX wieku, zaś pierwszy wieniec sporządził ewangelicki teolog Johann Hinrich Wichern sto lat wcześniej w Niemczech. I tak w Austrii na wieńcu znajdziemy cztery białe większe świece, symbolizujące niedziele adwentu, które otoczone są dziewiętnastoma mniejszymi czerwonymi świeczkami – symbolizującymi dni powszednie. I oczywiście króluje wielka symbolika – zielone gałązki wieńca to symbol życia, natomiast zapalane kolejno w miarę upływających dni i tygodni świece, to światło Chrystusa.

Ciekawym zwyczajem i obecnie dość często już spotykanym jest umieszczanie w oknach domu pnia adwentowego, wykonanego z surowego, niekorowanego drewna. Brzmi interesująco? Ale to jeszcze nie cały opis zwyczaju. W pniu, w specjalnie wydrążonych otworach umieszcza się świece – tym razem nie cztery, a pięć. A mianowicie – cztery świece adwentowe np. czerwone i jedną – białą, symbolizującą oczekiwanego Chrystusa. Ponieważ zwyczaj ten można najczęściej spotkać w krajach Europy Zachodniej, to można zaobserwować również inną jego wersję. A mianowicie zamiast czterech świec, wierni umieszczają mniejsze świeczki na wszystkie dni adwentu. Codziennie zapalają jedną, a w Wigilię umieszczoną w centralnej części, najwyższą świecę. Pień adwentowy jest bardzo ciekawym zwyczajem i coraz bardziej znanym w kolejnych krajach. Jeśli jeszcze nie zagościł w naszych domach, to czas to nadrobić.

Najdziwniejsze kalendarze adwentowe

Kalendarz adwentowy – któż by go nie znał… I nie lubił?
Okienka i czekoladki, czekoladunie… Sam zwyczaj posługiwania się kalendarzem adwentowym wywodzi się z tradycji protestanckiej końca XIX wieku. I każdy z nas kojarzy te 24 okienka, w których skrywają się słodycze, czekoladki, pyszności, a wszystko po to, aby dzieciom umilić czas oczekiwania do świąt. Oryginalny kalendarz słodkości jednak nie zawierał.

Co zatem było w środku? W okienkach kalendarza adwentowego umieszczane były cytaty biblijne, różne przemyślenia, a także zobowiązania, które dzieci podejmowały na czas Adwentu. Dziś jest nieco inaczej, bardziej słodko. A z ciekawostek – Francja zasługuje na uwagę, gdyż tu tradycyjny kalendarz adwentowy był…szyty. Były to najczęściej czerwone woreczki, w których znajdowały się słodycze lub zabawki na każdy dzień adwentu. Dziś taka francuska forma kalendarza pozostaje już tylko we wspomnieniach. A szkoda, bo mógłby być świetną alternatywą do tego, który obecnie  kupujemy w postaci tekturowej.

W tej innej perspektywie spojrzenia na kalendarz adwentowy nie można nie wspomnieć o bardzo ciekawych jego formach, wręcz gigantycznych w postaci dekoracji europejskich ratuszy. I tak na przykład w Wiedniu czy Miśni, na czas Adwentu w oknach ratusza pojawiają się zamknięte okiennice z datami, które następnie każdego dnia są otwierane. I tak do Wigilii. A wszystko w otoczeniu bajkowych jarmarków, które jeszcze bardziej podkreślają ważność tego zwyczaju.

Jarmarki – najpiękniej pachnący zwyczaj adwentowy

I oczywiście czas na przywołane już – jarmarki adwentowe.
O ile jeszcze kilkanaście lat temu, odbywały się w niektórych tylko państwach, to dziś królują na ulicach praktycznie wszystkich największych miast Europy. Najstarsze z nich swoją historią sięgają XIII wieku w Austrii czy XIV wieku w Niemczech. Od zawsze natomiast odbywały się w plenerach, na placach miejskich czy ulicach. Wówczas zaułki miejskie udekorowane były małymi straganami przepełnionymi świąteczną atmosferą, gdzie można było kupić ozdoby choinkowe, artykuły rękodzielnicze czy lokalne produkty. I tak jest do dzisiaj. Każdy, kto choć raz był na takim jarmarku, czy to w Polsce, czy Niemczech i Austrii zgodzi się bez wątpienia, iż królująca tam atmosfera świąteczna, w asyście słyszanych kolęd czy pastorałek jest niezapomniana. Do tego najczęściej dochodzą również liczne koncerty, spotkania rodzinne czy wśród przyjaciół i wszechobecna woń grzanego wina czy pierników, których nie można nie skosztować. Przeżycie, do którego wraca się każdego roku z wielkim sentymentem. Czy w tym roku też? Niestety nie – w tym roku wracamy na jarmarki tylko wspomnieniami.

Sianko nie tylko pod świątecznym obrusem

Wieniec, kalendarz czy jarmarki są najbardziej znanymi zwyczajami adwentowymi, ale nie jedynymi. W temacie adwentu nie można nie wspomnieć o rodzinnym odgrywaniu scen biblijnych, które swoją tradycję ma w średniowiecznych misteriach. W niektórych domach, do dziś jest pielęgnowany ten zwyczaj, gdzie cała rodzina wciela się w postaci biblijne i próbuje odegrać scenę biblijną czy to Zwiastowanie, czy Nawiedzenie św. Elżbiety czy też jeszcze inną. Jest to nie tylko dobra forma duchowego przygotowania się do świętowania, ale również forma przekazania ważnych treści biblijnych i budowania relacji rodzinnych. Trochę jak jasełka, tylko rodzinne, choć scenki te nie muszą koniecznie nawiązywać do treści bożonarodzeniowych. Zabawy przy tym i śmiechu co niemiara.

Wspominając zwyczaje adwentowe nie można też zapomnieć o zwyczaju wieczornicy adwentowej. Znacie?
Jest to zwyczaj, który był znany i praktykowany w Polsce już w XVI w. Długie, grudniowe wieczory sprzyjały organizowaniu spotkań religijnych, które nazywano właśnie wieczornicą. Na tych spotkaniach gromadziła się rodzina, często sąsiedzi czy znajomi. Wszyscy oddawali się jakiejś ręcznej pracy, której towarzyszyło czytanie Pisma Świętego, żywotów świętych czy śpiewanie pieśni adwentowych. Zdawałoby się, że dziś zwyczaj ten nie jest już tak praktykowany. Nic bardziej mylnego. W wielu domach w okresie Adwentu wieczornice nadal są organizowane i przeżywane.

Innym ciekawym zwyczajem jest również tradycja tzw. sianka dobrych uczynków, który dziś bardzo dobrze znany jest przede wszystkim we Francji. W pierwszą niedzielę Adwentu, rodzice pokazują dzieciom pusty żłobek. Przez kolejne dni dziecko wkłada do niego dokładnie tyle słomek siana, ile dobrych uczynków spełniło każdego dnia. Dzieci w tej intencji bardzo się starają, a wszystko po to, aby stawać się lepszym i aby żłobek był pełen sianka jak narodzi się Boża Dziecina. Zwyczaj ciekawy i z przesłaniem wychowawczym😊. Jak myślicie?

Wśród przywołanych zwyczajów i tradycji adwentowych są jeszcze zapewne i takie, o których albo zapomnieliśmy, albo też po prostu ich nie poznaliśmy. Jak to w każdym przypadku bywa, co kraj to obyczaj i co rodzina to też może pojawić się inny zwyczaj. Dlatego też, stojąc u progu zbliżającego się Adwentu, podzielcie się z nami Waszymi zwyczajami. Może macie jakieś ciekawe zdjęcia, może jakąś swoją przygodę związaną z tym czasem oczekiwania… piszcie, przysyłajcie – będą nam w tym Adwencie towarzyszyć.

Agnieszka Paciorkowska

 

 

 

 

 

 

 

Grecja w Turcji czy Turcja w Grecji – czyli pocztówka z wyspy Afrodyty

CYPR   4 – 12.11.2019

                Podróżowanie należy do ludzkiej natury. Móc podróżować, to tak jak móc każdego dnia oddychać, cieszyć się z każdej chwili, po prostu być. To odkrywanie pięknych miejsc, poznawanie nowych ludzi, ich kultury, zwyczajów czy języka. Podróżowanie to też odkrywanie wnętrza samego siebie. To sztuka, magia, zaangażowanie i poświęcenie, to życie. Dlatego też, każdy z nas zawsze wspomnieniami wraca do tych wspaniałych chwil, kiedy byliśmy tu czy tam, kiedy zwiedzaliśmy pełne duchowej atmosfery zabytki i miasta czy odpoczywaliśmy w szumie i opowieściach morza. Nieważne gdzie, ważne, że pamiętamy.

Ostatnio zabraliśmy Was w podróż po Grecji pod przewodnictwem pilotki Pani Iwony, która odkryła przed nami liczne greckie zakątki, które mniej czy bardziej mogą być nam znane. Może się zdawać, iż koniec artykułu to koniec jakiejś przygody, tymczasem jest to koniec tylko i wyłącznie odcinka. Mając w pamięci tę właśnie rozmowę z Panią Iwoną, na myśl wracają wszelkie podróże pod jej przewodnictwem, a zwłaszcza jedna wyjątkowa, która odbyła się dokładnie rok temu, w listopadzie 2019. Zastanawiacie się gdzie wtedy byliśmy? Wówczas naszym celem stał się CYPR – majestatyczny i pełen uroku chwytający za serce i wzbudzający wspaniałe wspomnienia. Zatem, dlaczego nie powspominać razem, nie przenieść się tych tysiące kilometrów w świat wspaniałych miejsc, imponującej historii i niepowtarzalnej atmosfery. O nie. Nie można tego odpuścić. Zatem zapraszamy…

Cypr od dłuższego czasu był na celowniku naszych stałych turystów. Ciągle dopytywali się, kiedy zorganizujemy tam wyjazd, sugerowali, chcieli i …. Stało się. Grupa fantastycznych ludzi pragnie zobaczyć to miejsce, to trzeba to jak najszybciej zorganizować. I właśnie przy wielkiej pomocy Pani Iwony, dzięki jej zaangażowaniu w mgnieniu oka powstał program, zarezerwowaliśmy hotel, a potem poszło jak po sznurku… Nie zdążyliśmy się obejrzeć i… byliśmy na lotnisku. Grupa pozytywnie nastawionych turystów, przepełnionych radością i perspektywą spełnienia swych marzeń zwyciężyła nad ponurą listopadową aurą. Wszyscy pełni optymizmu nie mogli się już doczekać, kiedy będziemy na miejscu.

 

 

 

 

 

 

 

Po kilku godzinach lotu w końcu dotarliśmy. Dzień powoli budził się do życia a promienie wschodzącego słońca oświetlały wspaniałości Larnaki. Pierwsze wrażenie – jak tu cudnie. Po krótkiej podróży do hotelu w Limassol czekała nas chwila relaksu. Nikt, ale to nikt nie mógł tak naprawdę oddać się odpoczynkowi, wiedząc, jaka czeka nas piękna przygoda. Ale cóż, na podbój tego pięknego miasteczka musieliśmy poczekać. Ten dzień był tylko dla nas, na odpoczynek, plażowanie i aklimatyzację. Limassol zwiedzimy później…. Ale rozkosz, słońce piękne… Nie można nie skorzystać.

 

 

 

 

 

 

 

Przepełnieni wspaniałymi widokami z okien hotelowych, wspaniałym wschodem słońca codziennie wyruszaliśmy z Limassol na wycieczki. Towarzyszyła nam wówczas lokalna przewodniczka – Pani Ela, wspaniała osoba, przyjacielska i opiekuńcza, pełna wiedzy. Z resztą nie ma się co dziwić – na Cyprze zamieszkuje od lat i doskonale zna wszystkie miejsca. Oczywiście nie można nie wspomnieć o jeszcze jednym naszym towarzyszu – kolorowym autobusiku! Tak – małym, fajnym autobusiku, który zawoził nas wszędzie gdzie trzeba.

Zanim jednak udaliśmy się na podbój tajemniczego Cypru, czekała nas lekcja historii przekazana przez naszą przewodniczkę Elę. Z resztą jest takie nieformalne przewodnickie powiedzenie – nie poznasz dobrze kraju, nie znając jego historii… coś w tym jest, więc pokrótce…

Na Cypr już w czasach starożytnych przypłynęli Grecy, którzy zasiedlili wyspę i przez stulecia poddawali swoim wpływom. Stąd też przekonanie, że Cypr to zamorskie terytorium Grecji: język, religia, kultura to wszystko wiąże Cypr z Grecją. Ale również mamy Cypr turecki… więc jak to? Początków tej historii trzeba szukać w XVI wieku, kiedy na wyspę najechali Turcy, podbili ją, zasiedlili ludnością turecką i rozpoczęła się era ich wpływów. Napływowa ludność szybko asymilowała się na terytorium wyspy. Pomimo iż wyznawali inną religię, mieli inną kulturę, starali się zgodnie współżyć z tubylcami przez ponad 300 lat. Jednak na przestrzeni tego czasu to władze tureckie doprowadziły Cypr do wyludnienia i upadku gospodarczego. Powstanie Cypryjczyków przeciwko najeźdźcom i dążenie do przyłączenia Cypru do Grecji nie odniosło oczekiwanego skutku. Dopiero pod koniec XIX w., w trakcie trwania wojny rosyjsko – tureckiej w ramach tajnych traktatów Wielka Brytania rozpoczęła okupację wyspy, po czym po kilkunastu latach całkowicie anektowała Cypr.  Brytyjczycy, aby wzmocnić swoją pozycję na Cyprze skutecznie doprowadzali do skłócenia Greków z Turkami. W końcu doszło do regularnej wojny domowej. Ludność grecka dążyła do tego, aby Cypr został przyłączony do Grecji, Turcy natomiast skutecznie oponowali takiemu rozwiązaniu. Bojąc się o utratę wpływów na wyspie Turcy, rozpoczęli w lipcu 1974 roku inwazję na Cypr. Działania wojenne zakończyły się ostatecznym podziałem Cypru na grecką i turecką część. Powstało zatem Państwo Cypryjskie na południu wyspy oraz na północnym wschodzie samozwańcza, nieuznawana przez nikogo oprócz Turcji – Republika Turecka Cypru Północnego. Ludność pochodzenia greckiego w pośpiechu opuszczała swoje domostwa na północy i wschodzie wyspy, pozostawiając cały dobytek w rękach tureckich. Na południu czekała ich bieda i przystosowywanie się do zupełnie innych warunków życia. Ten exodus Cypryjczycy pamiętają do dziś. Wielu z nich po latach pojechało w swoje dawne rodzinne strony, ale po obejrzeniu zaniedbanych domostw, zniszczonego majątku, ze łzami w oczach odjeżdżali z obietnicą, że już nigdy tu nie wrócą. Granica pomiędzy państwem cypryjskim a tureckim tzw. zielona linia jest pilnie strzeżona. Dziś można ją oczywiście przekraczać mając stosowne dokumenty. Na szczęście turystom wystarczy dokument tożsamości, który jest dokładnie sprawdzany i odnotowany na przejściu granicznym.

Uff przebrnęliśmy… możemy, zatem iść dalej. Przez cały pobyt na Cyprze, przekraczaliśmy tę zieloną linię kilka razy. Po raz pierwszy, gdy zwiedzaliśmy stolicę kraju Nikozję, która jest specyficznym miastem podzielonym pomiędzy Cyprem północnym a Cyprem południowym. Piękne miasto. Dwie jego części niewątpliwie różnią się od siebie – greckie dzielnice są zadbane, zabytki odnowione, miasto jest pełne zieleni, muzeów, tętni europejskim życiem i stoi otworem dla turystów. Turecka część miasta natomiast… No cóż, to jeden wielko bazar, sprawiający wrażenie ogromnego bałaganu. W centrum tego, nazwijmy to „chaosu” , stoi przepiękna świątynia – gotycka katedra św. Zofii z XIII w., niestety ogołocona i zamieniona przez Turków na meczet Selima.  Trudno się z tym pogodzić, ale cóż takie dzieje, taka historia. Niewątpliwie trzeba podkreślić, iż Nikozja jest intrygującą i wyjątkową stolicą, bo jedyną na świecie podzieloną pomiędzy 2 kraje. A to nie codzienność :).

Cypryjskie zakątki

 

 

 

 

 

 

 

Drugim razem przekroczyliśmy zieloną linię, kiedy wybraliśmy się na wschodnie wybrzeże wyspy, do znanego już w starożytności Portu Salamina i miasta Famagusta. Cóż to było za przeżycie. Nie można nie wspomnieć wielkiego waloru historycznego Portu Salamina – to właśnie z Salaminy pochodził św. Barnaba – bliski kuzyn Marka Ewangelisty, który wraz ze św. Pawłem ewangelizował na Cyprze. Jak historia mówi pozostał tu do końca swoich dni i tu, jak głosi legenda, został ukamienowany i pochowany. Dziś miejsce to odwiedzamy ze względu na wspaniały starożytny teatr, ruiny łaźni i palestry. Naprawdę warto!

Kolejnym punktem była położona kilka kilometrów od Salaminy – Famagusta. Jest to jedno z najpiękniejszych miast nie tylko tej części wyspy, ale chyba i całego Cypru. W średniowieczu było jednym z najaktywniejszych portów w basenie Morza Śródziemnego, potem popularnym kurortem, a dziś, jako miasto, które najbardziej odczuło podział wyspy na część grecką i turecką, stało się – skansenem. Jest to miasto tętniące życiem z licznymi wspaniałymi zabytkami. Szkoda, że tak niewielu turystów je odwiedza. Poza tym ma piękne plaże, choć też niewiele osób tu wypoczywa… Cóż szkoda. Jest jednak coś, co bardzo zaintrygowało nas w tym miejscu – to  Warosia – miasto widmo. Kiedyś dzielnica Famagusty, leżąca nad samym morzem, świetnie rozwijający się ośrodek turystyczny. Dziś natomiast to miasto widmo, opuszczona, zaniedbana, strzeżona przez uzbrojonych żołnierzy część miasta. A szkoda, bo ma w sobie wielki potencjał. Może kiedyś się to zmieni… Trzymamy kciuki…

Nikozja
Salamina – ruiny starożytnego miasta

 

 

 

 

 

 

Dobra, koniec o Cyprze północnym, czas przenieść się na południową jego część. Inną, bardziej uporządkowaną, jakby bardziej przyjazną. I tu również przeżyliśmy wiele wspaniałych momentów w trakcie zwiedzania. Ale niewątpliwie niepowtarzalną chwilą była wycieczka w góry Troodos. Nie można obok tej wyprawy przejść obojętnie. Podczas gdy nad morzem temperatura sięga zenitu, godzinę drogi dalej znaleźliśmy wspaniały chłód, czyste powietrze z zapachem igliwia, ciszę i spokój. W zimie leży tu sporo śniegu, działają tu nawet ośrodki narciarskie. Najwyższy szczyt tych gór, to Olimp o wysokości 1952 m n.p.m. ze wspaniałą panoramą na okolicę. Co nas tu zaskoczyło? Niesamowita liczba zabytkowych obiektów sakralnych – kościołów i klasztorów, z których 10 zostało wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Nam udało się zwiedzić jeden z nich – Klasztor Kikkos – największy i bardzo bogato wyposażony. Przeżycie nie do opisania. Oprócz Kikkos zobaczyliśmy również mauzoleum i wielki pomnik pierwszego prezydenta Republiki Cypru oraz zwierzchnika cypryjskiego kościoła prawosławnego – arcybiskupa Makariosa III. Bardzo ciekawe miejsca.

Klasztor Kikkos w Górach Troodos

 

 

 

 

 

 

 

Ale i droga powrotna z gór do Limassol była zaskakująca. Dlaczego? Wszystko przez niewielką wioskę Omodos… A w niej… Same pyszności – wina, oliwy, sery… palce lizać. Zatem nie tylko degustowaliśmy, ale także obkupiliśmy się jak rasowi turyści…. A tak naprawdę to jest to wielka tradycja. Praktycznie w każdej wiosce czy małej miejscowości, produkuje się artykuły spożywcze, wino czy rzemiosło. Lokalna ludność tak właśnie zarabia na utrzymanie. Takich miejsc jest tutaj mnóstwo, a my oprócz Omodos odwiedziliśmy również wioskę Lefkarę znaną z produkcji tradycyjnych koronek, rzeźb wykonanych ręcznie, artykułów gospodarstwa domowego czy biżuterii ze srebra. I to właśnie tu skorzystaliśmy ze sposobności zaopatrzenia się w oryginalne pamiątki z Cypru, które nie mają na spodzie napisu Made in China.

 

 

 

 

 

I tak upływały nam kolejne dni. Zwiedzaliśmy dziesiątki miejsc o średniowiecznym charakterze. Zobaczyliśmy Kurion, który jest archeologicznym kompleksem z XII w. p.n.e., park archeologiczny z mozaikami w Pafos czy osadę neolityczną Chirokiti z VI w. p.n.e. i wiele, wiele innych. Wrażeń i doznań było co niemiara. Dni mijały nam bardzo szybko. Wszystkie miejsca były przepełnione cudownymi historiami, legendami, opowieściami o świętych i atrakcjami, które każdy powinien zobaczyć w trakcie pobytu na wyspie. Ale jest coś jeszcze… Jedzenie. Tak jedzenie, które uzupełnia wyobrażenie zwiedzanego miejsca i jeszcze bardziej podkreśla jego wyjątkowość.

Antyczne miasto Kurion, amfiteatr

 

 

 

 

 

 

A ponieważ tradycje kulinarne, lokalne potrawy to jedna z płaszczyzn zwiedzania każdego z miejsc, to oczywiście nie można przejść obojętnie obok i tego tematu. Co nam najbardziej smakowało, co zaskoczyło, co pieściło nasze kubki smakowe? Oj było tego naprawdę wiele. Kuchnia cypryjska jest niewątpliwie zbliżona do greckiej. Wszystko przez wpływy greckie, o których wspominaliśmy wcześniej. Ale… Mimo wszystko bardziej wzbogacone smaki sprawiły, iż dziś możemy mówić o specjalnościach kuchni cypryjskiej. Do dziś pamiętamy smak briam, czyli grillowanych warzyw z zieloną fasolką czy gigantes – potrawy składającej się z dużej, białej fasoli z warzywami w sosie pomidorowym. A pasticio, czyli makaron z mielonym wołowym mięsem i kremem beszamel – po prostu palce lizać. A gdzie jeszcze gemista, czyli papryka lub duże dojrzałe pomidory nadziane mięsem z ryżem i zapieczone w piecu. Oczywiście w trakcie naszych kulinarnych wypraw nie zabrakło mussaki – talarków ziemniaczanych przekładanych sosem z mielonego mięsa wołowego, grillowanym bakłażanem i zalanych sosem beszamelowym oraz znanego wszem i wobec sosu tzatziki.
Po prostu delicje. Można było tak jeść i jeść…

Cypryjskie smakołyki

 

 

 

 

 

 

 

Na naszych stołach nigdy też nie brakowało świeżych, sezonowych warzyw, które towarzyszyły nam na co dzień, no i oczywiście słodkości, a co… Koniecznie hołd trzeba oddać chalvas. Jest to kasza manna gotowana z wanilią, cynamonem i bakaliami lub galaretki, z których można było skonstruować swój własny kolorowy przysmak, czy wszechobecny poncz z owocami. A do tego – wino. Oczywiście z lokalnych winnic, a wśród nich królowa win – słodkie, bardzo esencjonalne wino Commandaria. Jest to sztandarowy trunek na Cyprze, produkowany od stuleci z dwóch odmian winorośli: białej i czerwonej. Szczepy te uprawiane są tylko w 14 wioskach na wschodnich zboczach gór Troodos. Obecnie Commandaria jest cenionym winem na stołach na całym świecie. Była też na naszym J. A jak!

Ale koniec o jedzeniu, bo jeszcze zrobimy się głodni. Jak każda podróż, nasza wyprawa na Cypr to nie tylko oficjalne zwiedzanie według programu, ale i chwile wolnego, a jak one to i wesołe sytuacje z życia turysty. Również my taką przeżyliśmy. A raczej staliśmy się „obiektem” zaiteresowania innych turystów. O czym mowa…. Cóż. Prawie każdy wieczór spędzaliśmy albo na obserwowaniu zachodu słońca, albo na…. potupajkach. No dobra – wieczorach taneczych. Bawiliśmy się doskonale, a i specyfika zabawy była nietuzinkowa. Oprócz nas – turystów z Polski – z wieczorków tanecznych korzystali inni goście, a wśród nich Libańczycy. Oj się działo. O ile my byliśmy w stanie namówić DJ-kę aby zagrała i zaśpiewała piosenkę polską, o tyle Libańczom tak łatwo to nie przechodziło (zwłaszcza z powodu języka). Ale cóż, w zabawie to nie przeszkadzało. Kiedy my – turyści z Polski bawiliśmy się do naszej piosenki, oni mam kibicowali. Lecz kiedy wyprosili już piosenkę dla siebie, to oczywiście tańczyli, no dobra kołysali się jak to mają w zwyczaju. A my…. My wywijaliśmy piruety do arabskiej piosenki w swoim stylu, bo czemu nie. Te wspólne wieczory niewątpliwie nas zbliżyły do siebie ale i sprawiły, iż staliśmy się, a raczej jeden z naszych współtowarzyszy stał się celebrytą. W trakcie jednej z zabaw poprosił o mikrofon i zjawiskowo zaśpiewał utwór z lat 60: Que Sera, Sera…. No przecież każdy zna. Po skończonym występie, owacji nie było końca. Następnego dnia przy śniadaniu na widok naszego solisty Libańczycy powitali go brawami okazując w ten sposób swój zachwyt dla jego występu.  Jaki z tego wniosek…. Droga do sławy nie jest taka trudna…. Zwłaszcza na Cyprze.

I tak zleciał nam cały tydzień. Piękny tydzień pełen wrażeń, emocji, niezwykłych miejsc, smacznego jedzenia i wspaniałej muzyki. Na ostatni dzień pobytu przypadło nasze Święto Narodowe – 11 listopada. W ten dzień byliśmy bardzo zaskoczeni, kiedy zobaczyliśmy nasze narodowe akcenty i powiewające flagi. Było to naprawdę wzruszające i wyjątkowe, zarówno dla nas jak i naszych rodaków mieszkających na Cyprze. Nasz ostatni dzień pobytu był jednocześnie dniem zwiedzenia Limassol. Miasto pięknie położone, blisko plaży, jest drugim, co do wielkości miastem na Cyprze i położone jest pomiędzy antycznymi Curium i Amathous. Historyczna część z zamkiem przeplata się z wypoczynkową strefą miasta. Mnóstwo hoteli, tawern, kawiarenek i plaża. A wszystko to otoczone zjawiskowymi winnicami i gajami cytrusowymi, z których pochodzą tutejsze wina i słodkie owoce. Limassol, oprócz kurortu wypoczynkowego jest jednocześnie świetnym punktem, z którego można udać się wycieczki po całym Cyprze – dziś już to doskonale wiemy, że świetnie trafiliśmy. I do tego ta pogoda, ciepło, muskające skórę słońce. Nie mogliśmy wymarzyć sobie piękniejszej aury.

W tej niezwykłej atmosferze, przyszedł czas na powrót. Choć Cypr jest piękny to i tak zatęskniliśmy za Ojczyzną. Kilka godzin lotu i jesteśmy, w zupełnie innej, listopadowej chłodnej, polskiej aurze. Ale są wspomnienia i kolejne plany. Jak tylko sytuacja pozwoli powrócimy na Cypr.

Czekamy na Was, przyłączycie się do nas następnym razem?

A póki czekamy na ten czas wspólnych wypraw, podzielcie się z nami swoimi wspomnieniami z wyjazdu na Cypr czy do Grecji. No już, nie dajcie się prosić 😉

Magda

 

 

Zapraszamy do galerii

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kaliméra 

Grecja oczami pilotki Pani Iwony

 

            Podróże i wyprawy, te dalekie i te bliskie, od zawsze inspirowały człowieka. Powiadano również, iż bez podróżowania człowiek nie jest w pełni sobą, nie jest w stanie się całkowicie zrealizować i odkryć siebie. I chyba tak jest. Nowe miejsca, nowi ludzie, kultura, tradycja, sprawiają, iż stajemy się bogatsi duchowo i rozwijamy swój światopogląd. Podczas podróżowania odkrywamy piękne zakątki, miejsca, które zostają z nami do końca życia, ale również ludzi, pełnych doświadczeń, wiedzy i fantastycznych przeżyć.

Kiedy szukam w swojej pamięci tego, co odcisnęło największy pozytywny ślad na mojej podróżniczej duszy, od razu przychodzą na myśl piękne miejsca, które odwiedziłam, ale także i ludzie, których spotkałam, a którzy są do dziś dla mnie wielkimi inspiratorami.

            Jedną z takich ważnych dla mnie osób jest Pani Iwona, niepodważalny mistrz kunsztu przewodnickiego po przepięknej i malowniczej Grecji. To osoba, która ten kraj zna jak nikt inny. Spędziła tam większość swojego życia stając się wręcz prawdziwą greczynką. Dlatego też, razem z Panią Iwoną, chciałabym zabrać Was w symboliczny grecki rejs, okraszony malowniczymi widokami, aromatycznymi potrawami, niezwykłą architekturą i historią oraz niepowtarzalną atmosferą w klimacie siga-siga.
Gotowi? Zatem zapraszam na pokład!

Agnieszka: Pani Iwonko, na początku bardzo dziękuję za to, że zgodziła się Pani przybliżyć nam w tej rozmowie Grecję. Kraj, który jest dla Pani wyjątkowy. Zastanawiam się – jest mnóstwo wspaniałych miejsc na świecie, wiele pięknych krajów, a Pani wybrała Grecję jako swój, nazwę to, azyl – dlaczego, jak to wszystko się zaczęło? Proszę nam o tym troszkę opowiedzieć.

Pani Iwona: Zawsze interesowała mnie mitologia, nie tylko grecka, ale i rzymska, japońska. Miałam w domu cały zbiór książek związanych z tymi zagadnieniami. Ale nigdy nie myślałam o wyjeździe do Grecji na stałe. W owym czasie zbierałam na wycieczkę do Chin, ale moje koleżanki namawiały mnie na wyjazd do Grecji. Był tam już brat jednej z nich, więc miałyśmy się gdzie zatrzymać ( marzeniem moim był spacer po chińskim murze, a tym czasem
poleciałam spacerować ulicami Aten i na wzgórzu Akropolu). Uległam namowom, pojechałam i przepadłam bez reszty! Ale nie żałuję. Piękna, życiowa przygoda zamieniła się w fascynację tym krajem. Była ona na tyle silna, że zaowocowała decyzją o przeprowadzce do Grecji i rozpoczęciu tam pracy. Zaczęłam od turystyki, ale miałam też zawodową przygodę z fotografią. Potem założyłam rodzinę, tam urodziły się moje dzieci.

Powiem szczerze, że mam szczęście, bo mogę robić w życiu to, co kocham. Kocham ludzi, kocham Grecję i bardzo lubię podróżować. Zatem Grecja stała się dla mnie drugą Ojczyzną, do której chętnie wracam. Przed sezonem turystycznym i po sezonie też bywam tam z rodziną, wtedy odpoczywamy sobie na swój sposób.

 

 

 

 

 

 

Agnieszka: Już na początku takie piękne wyznanie – zakochana w Grecji. Na pewno przez tych kilkanaście lat, zarówno greckie krajobrazy jak i sami grecy rozkochali Panią w sobie. Czy jest w Pani sercu takie jedyne, wyjątkowe miejsce, bez którego nie wyobraża sobie Pani Grecji?

Pani Iwona: To na pewno greckie wyspy, każda ma swój niepowtarzalny urok, krajobraz, zabudowę, lokalne przysmaki,ale też liczne miejsca na Peloponezie i kontynentalnej Grecji. Uwielbiam małe, urocze miejscowości nadmorskie. Blisko plaża, czyste i ciepłe morze, rodzinne tawerny z przepyszną grecką kuchnią i oczywiście greckie wino, owoce i desery. A jeśli chodzi o GREKÓW – to są ludzie dla nas bardzo zagadkowi. Kiedy mieszkając tam
poznawałam język grecki i mogłam już z nimi rozmawiać na różne tematy, zdałam sobie sprawę z ich wielkiego przywiązania do ojczyzny, miejsca urodzenia, religii, oraz głębokich więzi rodzinnych. Chęć pomocy w każdej sytuacji rodzinie, ale również i znajomym. To są ludzie o głębokich tradycjach, wielkim umiłowaniu swojej Ojczyzny i swojej tożsamości.

Agnieszka: A jednak wyspy! Mnie też one bardzo inspirują, ponieważ mając na uwadze Grecję – przeważnie myślimy o kontynentalnej części państwa. A tymczasem wyspy, jak Pani wspomina są również niezwykłe. Zapewne zna je Pani bardzo dobrze. Czy zatem taki zwyczajny turysta znajdzie tam coś dla siebie, taki, który lubi aktywnie wypoczywać, a nie tylko plażować…?

Pani Iwona: Ooo niestety nie znam wszystkich wysp. Kilka z nich zwiedziłam. Są to zarówno duże i popularne wśród turystów wyspy, jak i ogromna ilość małych wysepek, których łącznie wokół Grecji znajduje się niemal 2,5 tysiąca, z czego na stałe zamieszkanych jest 165 z nich. Ale zapewniam, że każdy turysta znajdzie swoją wyspę, na której wypełni swoje pasje. 

Agnieszka: Czy zatem potrafi Pani wybrać jedną z greckich wysp – szczególnie wyjątkową i wartą odwiedzenia? Wiem – wybór trudny, ale…

Pani Iwona: Niewątpliwie należy odwiedzić wyspę Santorini. Najpiękniejsza wyspa Grecji, od lat jest wizytówką tego kraju. Podobno przez UNESCO nazwana najpiękniejszą wyspą na świecie.Ja mam wielki sentyment do wyspy Sifnos, gdzie pracowałam jako rezydent przez trzy sezony. W Polsce nie jest znaną wyspą, masowa turystyka jeszcze tam nie dotarła. Lotniska na wyspie nie ma, można tylko drogą morską przybyć z Pireusu. Wyspa należy do archipelagu Cyklady, jest niewielka, zaledwie około 74 km2, ale bardzo urokliwa. Na wyspie znajduje się 365 kościołów położonych w bardzo malowniczych miejscach. Mówi się, że jeden na każdy dzień roku. Są tam piękne plaże piaszczyste, które mienią się w słońcu drobinkami srebra. No i bogata historia – w czasach starożytności Sifnos była bogatą wyspą ze względu na znajdujące się na wyspie kopalnie złota i srebra. Dowodem bogactw pochodzących z wyspy ma być skarbiec zbudowany w Delfach w VI w p.n.e. w celu magazynowania kosztowności pochodzących z Sifnos. Dziś natomiast wyspa słynie jako stolica garncarstwa.

Agnieszka: Hmmm rozmarzyłam się… Po tylu latach pobytu w Grecji, mieszka Pani obecnie w Polsce. Na pewno jest mnóstwo rzeczy, za którymi Pani tęskni. Za czym najbardziej?

Pani Iwona: Za ciepłym klimatem, owocami i Morzem Egejskim.
Błogosławieństwem Grecji jest klimat: suchy i gorący, co znaczy, że upały nawet 40 st. są bardziej znośne, niż 30st. w Polsce. W naszym kraju męczy nas wilgotne powietrze. W Grecji latem, podczas upałów jest powietrze bardzo suche, co znaczy bardzo lekkie i bardzo dobrze czują się tam ludzie z różnymi schorzeniami tj: astma, wysokie ciśnienie, sercowcy, schorzenia układu oddechowego. A morze? No cóż Morze Egejskie w Grecji jest cudowne – ciepłe, krystalicznie czyste, łagodne, o dużym zasoleniu, a więc też z dużą wypornością, co bardzo ułatwia każdemu pływanie, nawet osobom niepełnosprawnym, ponieważ można utrzymać się na wodzie tylko samą pracą rąk lub nóg. Jak mieszkałam w Grecji, pływałam w morzu aż 200 razy w roku. Niektórzy korzystają z tego dobrodziejstwa nawet cały rok, ale wiadomo, że jest praca, dom i różne obowiązki. Grecy pływanie w morzu mają w naturze, a i przykazane przez lekarza. Każdego lata minimum 40 kąpieli morskich. Każdy wie, że najlepszą gimnastyką całego ciała jest właśnie pływanie. Od wiosny do późnej jesieni każdego ranka jeszcze przed śniadaniem, można zobaczyć Greków pływających w morzu.To doskonale wpływa na ich kondycję fizyczną i wprawia w dobry nastrój, a to natomiast sprawia, że są bardzo żywotni, mili i mają dużo empatii do drugiego człowieka. Kto nie umie pływać to po prostu spaceruje zanurzony w wodzie po szyję, to też poprawia stan naszych kości, mięśni i stawów.

Agnieszka: Powiedziała Pani, że jest zakochana w Grecji, mogłaby Pani o niej opowiadać o niej godzinami. Ale intryguje mnie jedna kwestia. Czy jest coś w tym kraju, co Panią denerwuje, czego nie da się totalnie zaakceptować? Coś, co sprawia, że Pani się buntuje…

Pani Iwona: Ja Grecję kocham pod każdym względem, czuję sie tam wspaniale. Zostawiłam tam przyjaciół, na których zawsze mogłam polegać. Tam mi wszystko odpowiada. Może czasami trochę irytuje mnie ten brak pośpiechu i ich powiedzenie siga-siga, co znaczy powoli – powoli. Co masz zrobić dzisiaj to zrobisz jutro. To są południowcy, cenią sobie zdrowie i życie, rodzina jest dla nich bardzo ważna, dlatego nie rzucają się w wir pracy, tak jak my. Nie chcą tracić tych najważniejszych chwil w życiu. Są też temperamentni i bardzo gadatliwi, jak znajdą słuchacza to trudno się od nich oderwać, najważniejsze tematy to oczywiście sport, polityka i jedzenie. Bardzo jest dla nich ważne, co jedzą i oczywiście gdzie??… mają swoje ulubione miejsca i tawerny. Preferują oczywiście lokale swoich kuzynów, aby dać zarobić swoim. Firmy prywatne też obsadzone są najbliższą rodziną i kuzynami. Darzą się dużym zaufaniem.

 

 

 

 

 

 

Agnieszka: Słuchając tego, dostrzegam, iż wszyscy południowcy mają tak samo… Ale jest to fajne.
Grecja jest dla Pani nie tylko drugą Ojczyzną ale również krajem do którego Pani od wielu lat zabiera swoich turystów, pokazując im wspaniałe miejsca, opowiadając o tradycji, zwyczajach. Zatem czy był kiedyś taki moment, może coś wesołego, zaskakującego, chwila, na myśl o której dziś pojawia się uśmiech na Pani twarzy, a którego nie zapomni się do końca życia?

Pani Iwona: Tak – jest takie zajście z moich osobistych podróży. Otóż mieszkając w Grecji, a były to lata 90, jeszcze jak nie mieliśmy dzieci, to z mężem każdy wolny czas, każdy weekend staraliśmy się wyjeżdżać z Aten, aby zwiedzać wyspy i piękne zakątki tego kraju. Kiedyś bardzo spieszyliśmy się na statek do portu Pireus, zaplanowaliśmy rejs na katolicką wyspę Tinos. Bilety kupione, ale korki sprawiły, że z wagonu kolejki (najstarsza linia metra) wyskoczyliśmy jakieś 5 minut przed odejściem statku.
Biegniemy do portu, a tu dwa takie same statki stoją, zerknęliśmy na wyświetloną godzinę odejścia – zgadza się wszystko, to szybko wbiegamy na statek, obsługa pospiesznie przedarła nam bilety. Byliśmy już ostatnimi wchodzącymi pasażerami, rzucili cumy – odpływamy. 
Po około godzinie (a rejs miał trwać 4h) ochłonęłam i spacerując po statku szukałam mapy wyspy docelowej Tinos. Statki rejsowe często mają powywieszane piękne duże mapy w przejściach i holu wewnętrznym. Co prawda, po drodze jeszcze gdzieś mieliśmy przystanek, ale widzę kilka wysp, a Tinos nigdzie…
Udałam się do recepcji i pytam o szczegóły i o której będziemy na Tinos? Jakie wyspy mijamy? Marynarz patrzy na mnie ze zdziwieniem i mówi, że nie płyniemy na Tinos, tylko na wyspę Naxos… Ja pokazuję bilet, a on mi na to, że to chyba niedopatrzenie sprawdzającego, bo na Tinos płynął statek zacumowany w porcie obok. Pyta mnie czy płynę do rodziny, a ja odpowiadam, że nie – na wycieczkę, więc pan marynarz sie uśmiechnął i dodał… wyspa Naxos też jest piękna i warta zobaczenia… Takim to sposobem, nieoczekiwanie zwiedziliśmy kolejną wyspę, a Tinos czekało na naszą wizytę jeszcze 2 lata.

Agnieszka: Niezła przygoda, a jest coś jeszcze? Może z pracy przewodnickiej?

Pani Iwona: Tak jest i to wiele :).  Kiedyś dojeżdżając z grupą do miejscowości, gdzie miał być nocleg, nagle otrzymuję telefon, że w hotelu zdublowały się rezerwacje i dla mojej grupy brakuje pokoi! Załamka… Ale hotelarz stanął na wysokości zadania (to był jego błąd, jego niedopatrzenie) i zrobił nam rezerwację na swój koszt w hotelu 5*. Problem był tylko w tym, że dla mnie nie było pokoju. Ale szybko się znalazły dwie miłe turystki z grupy, które zaadoptowały pilotkę na tę noc, z czego zrodziła nam się przyjaźń do dnia dzisiejszego.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…  Pozdrawiam Anię i Krysię

Co prawda 5* to nie 3*, więc tego dnia pewnie nie zapomną również moi turyści. Na kolacji i śniadaniu nie sposób było wszystkiego popróbować, tak dużo było różnych potraw, przekąsek i deserów.

Oczywiście zdarzają się i przykre zdarzenia, jakieś zasłabnięcia, uczulenia, złamania, czasami potrzebny jest lekarz, nawet szpital. Ale muszę przyznać, że na grecką służbę zdrowia, jako przewodnik turystyczny nie mogę narzekać. Pomoc jest natychmiastowa, na drugi plan schodzą wymagane dokumenty, najpierw ratują człowieka. Trzeba oczywiście zawsze mieć ze sobą kartę EKUZ, paszport lub dowód osobisty. Sama kiedyś pośliznęłam się na chodniku marmurowym w Nafplio na Peloponeziei złamałam nogę, widząc to kelner z pobliskiej kawiarni zaraz zadzwonił po karetkę pogotowia, była po 15 min, i bardzo szybko się mną w szpitalu zajęli. Miałam też w autokarze kochanych turystów i panie pielęgniarki, które do końca wycieczki się o mnie bardzo troszczyły. Trzydniowa podróż powrotna do Polski, po drodze jeszcze zwiedzanie: Meteory i Thesaloniki, a ja z gipsem na nodze i na środkach przeciwbólowych! Ale do Polski turystów dowiozłam.

 

 

 

 

 

 

Agnieszka: Ciekawe przygody, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do nich wrócimy, może w trakcie wspomnień z wyjazdów. Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie ciekawi. Mówi się, że co kraj to obyczaj, a ja bardzo często powtarzam – co kraj to wspaniała kuchnia. Nie mogę, zatem nie zapytać o specjały kulinarne… Czy jest coś – jakaś potrawa, bez której Grecja nie byłaby Grecją?  

Pani Iwona: Grecy olbrzymią wagę przywiązują do jedzenia. Oczywiście na pierwszym miejscu dania z mięsa, a przede wszystkim baranina i kozie mięso tak zwane: pajdaki, pieczone, albo grillowane – palce lizać.
Potem drób – kotopulo i galopula, czyli kurczaki i indyki, a także wołowina – kokkinisto – kawałki wołowiny pieczone w pomidorowym sosie. Tu muszę powiedzieć, że Grecy mało jedzą smażonych potraw. W greckich kuchniach króluje piekarnik, wszystko pieczone lub grillowane. Rzadko kiedy również gotują, ponieważ uważają to za pracochłonne. Jak już – to gotują w szybkowarze. Szybkie krojenie warzyw i co tam jeszcze wpadnie do garnka, trochę przypraw, ziół, zakręcić – parę minut gotowania i gotowe. Sztandarowa grecka zupa to fakies – zupa z soczewicy, z dużą zawartością żelaza. Inne dania to szpanakoryzo – szpinak z ryżem, własnym ryżem, gdyż Grecy sami uprawiają ten przysmak, gołąbki – dolmades – też robią, takie jak my: kapusta z mięsem, tylko sosik do tego im bardziej pasuje avgolemono – jajeczno-cytrynowy. Ale takie typowo greckie dolmadakia – to gołąbki mięsno-ryżowe zawijane w liście winogron. Pychotka!

Dodatkowo jeszcze trzeba wspomnieć o pasticjo – makaron z wołowym mięsem mielonym zapiekany z kremem beszamelowym.

Oczywiście kuchnia grecka to cała gama sałatek ze świeżych warzyw, gdzie najbardziej znana przez turystów to choriatiko – sałatka grecka: pomidor, ogórek, papryka, cebula, oliwki, ser feta. Wszystko polane oliwą z oliwek i posypane aromatycznym oregano. Bardzo znane są też dzadzyki (tzatziki) – ogórki z czosnkiem i prawdziwym greckim, gęstym jogurtem. Nie można nie wspomnieć o szybkich greckich przekąskach takich jak spanakopita – placek ze szpinakiem, tiropita – placek z serem fetą, a także o słodkich deserach, w których się po prostu lubują, a wśród nich: baklava – ciasto filo z miodem, orzechami i cynamonem, kataifi – to bakalie zawinięte w cieniutki makaron z miodem i cynamonem. Oba te pyszne ciasteczka niemalże pływają w słodkim syropie.
 
No i oczywiście Grecja nie istniałaby bez ich narodowego dania musaka – talarki ziemniaczane, mięso wolowe mielone, talarki z bakłażana i wszystko zapiekane z kremem beszamelowym.
Długo by wymieniać pyszności, jakie można spróbować w Grecji. Jedno jest pewne – na greckim stole nigdy nie może zabraknąć chleba, sera fety, oliwek i dobrej oliwy z oliwek greckich.

Jeszcze muszę koniecznie wspomnieć o herbacie i kawie.Najsłynniejsza herbata w domach greckich to czaj wunu – ziołowa herbata górska, a my ją znamy jako – gojnik. Herbata, która rośnie powyżej 800m n.p.m podobno najlepsza rośnie w paśmie gór Olimpu i ma niesamowite właściwości. Proszę o niej poczytać. A kawa to ellinikos kafes – w Europie możemy się napić takiej kawy tylko w Grecji i wszędzie tam gdzie sięgnęło w XV – XVI w imperium osmańskie. Gotowana w tygielku, podawana w malutkich filiżankach. Walory smakowe i wartości tego napoju sprawiły, że w 2013 roku tradycja parzenia i picia tej kawy w Turcji została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Polecam 🙂

 

 

 

 

 

 

Agnieszka: Aż zachciałoby się spróbować tych wspaniałości – tu i teraz.
Pani Iwonko – Grecja w całości zasługuje na jej poznanie, aby odwiedzać ją jak najczęściej. A gdyby musiała Pani wybrać tylko jedno miejsce, które koniecznie musi zobaczyć turysta…. Co by to było?

Pani Iwonka: Jedno miejsce? To bardzo trudne.. W Grecji kontynentalnej na pewno byłyby to Meteory – wspaniałe klasztory prawosławne zbudowane na wysokich wapiennych skałach. Budowle są spektakularne, a te potężne wapienie, to fenomen geologiczny. Zawsze z grupą zwiedzamy jeden klasztor w środku – podziwiamy piękne freski, ikony, komże i rękopisy, ale z zewnątrz widzimy wszystkie 6, które do dnia dzisiejszego przetrwały.
Nie można też pominąć stolicy Grecji – Aten. Akropol z Parthenonem, słynna zmiana wart przed Parlamentem – grobem nieznanego żołnierza. Na mnie wielkie wrażenie zawsze robi w północnej Grecji muzeum w Verginie – starożytne Ajgaj – gdzie odnaleziono w 1974 roku grobowce królewskie z czasów Filipa II – ojca Aleksandra Macedońskiego. Największy z grobowców to miejsce pochówku Filipa II. Był starannie zamaskowany, toteż nigdy go nie obrabowano. Archeolodzy znaleźli niesamowite skarby, marmurowy sarkofag, złoty wieniec z żołędzi i liści dębowych, złote szkatuły, żelazną zbroję i hełm królewski, statuetki z kości słoniowej i wiele innych kosztowności. Wszystko starannie wyeksponowane w podziemnym muzeum – Wielkim Kurchanie.

Na Peloponezie z kolei jest cudowne, malownicze miasteczko, z piękną architekturą wenecką. Z resztą to pierwsza stolica w wyzwolonej spod jarzma tureckiego Grecji – Nafplion. Jedyne w swoim rodzaju. Miasto posiada uroczą starówkę z wąskimi ukwieconymi uliczkami, które ożywają wieczorem, oraz trzy piękne twierdze: Twierdza Palamidesa – skąd rozciąga się niesamowita panorama na miasto i starówkę, Twierdza Akronafplia – najstarsza, dumnie górująca nad miastem oraz Twierdza Bourtzi – mały zamek na wyspie, tuż przy wejściu do portu. Wjeżdżając na Peloponez oczywiście nie można obojętnie przejechać nie zauważając Kanału Korynckiego, który łączy Morze Egejskie z Morzem Jońskim.

Półwysep ten ma wiele do zaoferowania, ale nie sposób go spenetrować na wycieczce objazdowej. Najlepiej więc przylecieć samolotem do Aten i przeznaczyć 7-8 dni na zwiedzanie półwyspu. Wtedy koniecznie trzeba zobaczyć Teatr Epidaurous, Mykeny – królestwo Agamemnona, Bazylikę Św. Andrzeja w Patrze z jego relikwiami, jedną z największych konstrukcji wantowych na świecie most Rio-Antirio. No i oczywiście odwiedzić najstarszą winnicę najsłynniejszego słodkiego, czerwonego wina w Grecji – Mavrodafni – z degustacją tego wspaniałego trunku.

W najbliższej okolicy do odwiedzenia pozostają również Sparta i bizantyjskie miasto Mistra, Jaskinia Diros – gdzie turyści oglądają podziemne formacje skalne pływając łódeczkami, Monemwasia – odcięte od lądu przez trzęsienie ziemi miasteczko-forteca, ukryte na skalistej wyspie, z piękną malowniczą zabudową. Jak czas pozwoli trzeba koniecznie przejechać się wąskotorową koleją zębatą, która łączy wybrzeże Zatoki Korynckiej z Kalavritą w górach – widok z okien wagoników jest niepowtarzalny.

I zrobiło się więcej miejsc… Naprawdę nie jestem w stanie ograniczyć się tylko do jednego, a przecież jeszcze są wyspy. A w tej kwestii polecam przede wszystkim Santorini – wulkaniczną wyspę na Morzu Egejskim w archipelagu Cyklady. Najpiękniejsza wyspa Grecji, od lat jest wizytówką tego kraju. Podobno przez UNESCO ogłoszona najpiękniejszą wyspą na świecie.Niepowtarzalna architektura, gdzie urokliwe, niewielkie białe domy i niebieskie kopuły kościołów, uczepione są tarasowo do stromego klifu, tworząc niepowtarzalny pejzaż. Przez zbocze klifu biegną wąskie białe uliczki, a z dachów rozciąga się piękny widok na Calderę i Wulkan.

 

 

 

 

 

 

Agnieszka: Tak, zrobiło się wiele miejsc, a nawet inspiracja do kilku pięknych wyjazdów, do których mam nadzieję szybko powrócimy. A no właśnie – Pani Iwonko, słuchając tych opowieści, chciałoby się jak najszybciej spakować walizki i wyjechać do Grecji. Teraz, w tym trudnym dla całego świata czasie pandemii, w której się znaleźliśmy niestety nie możemy swobodnie podróżować. Ale wiem również, że udało się Pani być w trakcie tego wyjątkowego 2020 roku w ukochanej Grecji. Proszę powiedzieć jak Grecy radzą sobie z zaistniałą sytuacją?

Pani Iwona: Byłam w tym roku na kontynencie oraz na wyspie Skiathos w archipelagu Wysp Sporady. Do Grecji można było się dostać tylko drogą lotniczą, granice lądowe były pozamykane. Powiem szczerze, że w kwestii pandemii Grecy zaskoczyli mnie niesamowicie. Zawsze myślałam, że są bardzo temperamentni i czasami chaotyczni, nie są zadowoleni jak im się coś narzuca. W kwestii epidemii byli jednak bardzo ostrożni i rozważni .Od samego początku wprowadzili stanowcze, surowe restrykcje, wychodzili z domu określając się SMSem, nie tworzyli tłumów, co prawda nie zamykali sklepów, kawiarni i tawern, plaż – wszystko w odpowiednim odstępie. Jedynie w lokalach, na weselach i innych uroczystościach, nawet rodzinnych był całkowity zakaz tańca. Wszyscy wiemy jak Grecy tańczą Zorbę? No właśnie! Tworzą różne układy kroków trzymając sie za ręce lub za ramiona. Był całkowity zakaz dotykania się. I tu było wielkie „cierpienie” dla Greków, w lokalach w miejscowościach turystycznych każdego dnia wieczorami rozbrzmiewała muzyka na żywo, aż nogi pod stołem same chodziły, ale nikt nie tańczył, właściciele lokali bardzo tego pilnowali. Jednocześnie bardzo się wspierali lokalnie w tym trudnym czasie. Kto zjadł w tawernie posiłek, nie mógł zamówić kawy, jak to było kiedyś. Kelner przepraszał i polecał kawiarnie obok, twierdząc, że muszą sie wspierać i zarabiać wszyscy. Muzyka na żywo też w danej miejscowości była każdego dnia w innym lokalu, aby turyści szli pod jeden adres danego dnia, i aby tawerna tego dnia maksymalnie mogła zarobić. Drugiego dnia zarabiał kolejny lokal. Tego im można pozazdrościć, wspierają się i są lokalnymi patriotami.

Zachorowań mieli bardzo mało, na wyspach jeszcze w wakacje nikt nie chorował. Niestety wraz z turystami wirus dotarł i tu, co niestety było nieuniknione. W tym roku z Polski było dużo dodatkowych lotów bezpośrednich w ciekawe miejsca, na lądzie, jak i na wyspy. Nasze polskie linie lotnicze LOT latały z Warszawy do Grecji w kierunku: Ateny, Thesaloniki, Kavala, Kalamata na Peloponezie, wyspy: Corfu, Santorini, Skiathos, Zakinthos. Mimo wszystko Grecja jest krajem, który bardzo dobrze sobie radzi z zaistniałą sytuacją i mam nadzieje, że również w sezonie 2021 będą konsekwentni w swoich zaostrzeniach, ale nie zamknął granic przed odważnymi turystami.

W tym roku odważni turyści, czyli ci którzy mimo wszystko zdecydowali się odwiedzić Grecję bardzo skorzystali. Nie było tłumów, więc można było bez trudu zachować dystans i ostrożność. Sama byłam zachwycona, bo takiej Grecji od lat nie widziałam… Plaże spokojne i nieprzepełnione, w czasie rejsów statkami też niewielu pasażerów, podróż autokarami w obłożeniu 65%, w tawernach stoliki porozstawiane w ogródkach na zewnątrz, w hotelach śniadania do pokoi. Tak sobie radzili, zachowując pełen dystans. I taka ciekawostka – Wyspa Skiathos, ta słynąca z filmu ” Mamma Mia” na co dzień należąca do droższych wysp, w tym roku zaskoczyła wszystkich. Ceny były przystępne i wspaniale się wypoczywało. Były organizowane różne rejsy: Skiathos – wokół wyspy – znana jest ze złocistych plaż i soczystej zieleni, rejs na sąsiednie wyspy Skopelos – gdzie istnieje kościółek św. Jerzego na skale z końcowej sceny filmu, gdzie powstał słynny musical „Mamma Mia” z Meryl Streep, Piercem Brosnanem i piosenkami Abby w rolach głównych, ale również na Allonisos – wyspę w dużej części skalistą, pełną podwodnych jaskiń, w których można było oglądać foki.

Wszystko bezpiecznie i spokojnie. Dlatego też, nie należy czekać, a jak najszybciej, jeśli będzie to możliwe, planować wyjazd do przepięknej Grecji.

bo

“Podróż to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a jednocześnie stajemy się bogatsi.” (autor nieznany).

Agnieszka: Piękne zakończenie rozważań i rozmowy. Wiem, że na temat tego pięknego kraju mogłybyśmy rozmawiać całymi godzinami. I jeszcze na pewno do tych wszystkich ominiętych kwestii powrócimy. Miejsc i historii do opowiedzenia jest jeszcze bez liku.

Bardzo dziękuję za te wszystkie słowa, wspomnienia i ukazanie tak pięknie Grecji.

Pani Iwona: Ja również bardzo dziękuję za zainteresowanie tym pięknym krajem i moją skromną osobą.
Do zobaczenia w Grecji… 🙂

Kangurek Asturek na szlaku…

LILIENSTEIN

SAKSOŃSKA SZWAJCARIA – TREKKING

No hej, witajcie!

jestem, w końcu jestem …. a bo wiecie, dużo wyzwań, dużo pracy, nowych znajomości i czas uciekł. Ale ale…. obiecuję, że już teraz nadrobię wszelkie zaległości i podzielę się z Wami wspomnieniami.

Pamiętacie naszą podróż w odsłonie drugiej do Saksonii? Jak nasz Sławek zabrał nas na Lilienstein? Tak…. Super. To teraz mogę Wam zdradzić, iż to było spełnienie moich najśmielszych marzeń. Tak właśnie, a co Kangurek Asturek nie może mieć takich marzeń? Ja poskaczę sobie tu i tam, zobaczę to i tamto, ale są miejsca, które od dłuższego czasu mnie intrygują. Takim właśnie miejscem, jednym z wielu, było dla mnie Lilienstein 😊

Wiecie, wiele razy przejeżdżałem w cieniu tej majestatycznej góry, a ile razy o niej słyszałem… ale nigdy nie zdobyłem. Wiec jak tylko pojawiła się informacja o trekkingu na Lilienstein – pierwszy się zapisałem:)  Choć jeszcze miałem odciski i obtarcia po Rauenstein, to i tak nie miałem zamiaru odpuścić.

Ale my tu gadu gadu, a wspominać trzeba. W końcu nastał poranek sierpniowej niedzieli 😊.

Jak ja się cieszę, jak ja się bardzo cieszę. Plecak spakowałem dzień wcześniej aby nie ganiać rano jak kot z pęcherzem (hmmm a właściwie jak gania kot z pęcherzem? jak wiecie to musicie mi wyjaśnić!) tylko wiecie, rano prysznic, mały lifting i heja do przodu.

Dobre przygotowanie to podstawa!

Ło matko – co ja tam napakowałem, nosz normalnie nie mogę mego plecaka podnieść do góry…. zara zara – muszę zrobić przegląd, bo się wykończę. Kanapki są – 10 sztuk (no co – dużo jem), woda – jest 4 butelki, wiatrówka – jest, skarpetki na zmianę – są, jabłuszko – jest, winogronko – jest, raniseptol – jest, płyn do dezynfekcji – jest…. Nie no wszystko potrzebne…. OOOOO, nie! Nie mam jeszcze maseczki…. Już jest…. Idę bo się spóźnię….

Po dotarciu na miejsce zbiórki – niespodzianka – znajome twarze towarzyszy i towarzyszek, o jak fajnie. Wszyscy uśmiechnięci, wypoczęci – jak coś będzie miał mnie kto nieść 😊. Ale będzie mega zabawa. Jedziemy – droga jak tam droga, Sławek – nasz przewodnik cięgle o czymś opowiada…. Matko skąd on to wszystko wie? Przecież ja tego nie spamiętam – wiem… następnym razem wezmę notatnik…. Ok.
Po około 3 h drogi jesteśmy 😊 Lilienstein 😊 Jaka to jest piękna góra. Zaraz tam będę.

     

Po dojeździe do małego i urokliwego miasteczka Königstein idziemy na prom. Piękne słoneczko smyra moje futerko promieniami słonecznymi, cisza, która nas otacza jest tak bardzo wymowna i zapowiada że zaraz zaczynamy naszą wędrówkę. Kiedy dobiliśmy na drugi brzeg, Lilienstein jakby zniknęła, jakby schowała się przed nami. Helooo idziemy!

No nie pod górę – jak ja to lubię…. Wiem, wiem – marudzę, ale już nie będę. Wszyscy równym tempem wyruszamy w drogę. O ja nie mogę, ale ostre podejście przed nami, ja tego nie pokonam…. ale nie mogę się poddać… Hop, skok i jestem na równej drodze przed wspinaczką. Jak tu jest pięknie, jak malowniczo. Jakie kwiatulce, zboże – szczęśliwiec ze mnie. Ale to nie koniec wszelkich wrażeń. Po chwili odpoczynku idziemy na Lilienstein. Droga najpierw spokojna, choć pod górę w pewnym momencie zamienia się w skalne schody. No tego się nie spodziewałem. Tu skałka, tam skałka, przesmyk, kilka balkonowych przejść i jestem – jestem wraz z całą grupą na górze.

Czym Śnieżka dla Karkonoszy, tym Lilienstein dla Saksońskiej Szwajcarii

Lilienstein – symbol Saksońskiej Szwajcarii, piękne miejsce. Już od XIV wieku odwiedzali ją przybysze. Mówiono, że znajdował się tu zamek czeski, a dziś jest piękne miejsce do odwiedzenia. Widoki na 4 strony świata…. Oooo tam jest coś co znam 😊 Twierdza Königstein, o i dalej Bastei. No i oczywiście odwiedzały to miejsce sławne osobistości – nie wierzycie? No nazwiskami sypać nie będę bo RODO ale np. ja, tak ja tu przecież jestem. Jak nie jak tak 😊 Fajnie tu… Zrealizowałem swoje pragnienie – o jak fajnie. Zostaję… nawet zakamuflowałem się na jednej skałce, ale cóż znaleźli mnie… Idziemy dalej.

Droga na dół bardzo ciekawa. Troszkę ścieżką, trochę schodami z dziurami (no wiecie z takimi prześwitami), na której spotykamy dużo turystów z piesełami. Ale one fajnie skaczą na tych 4 łapkach, też tak bym chciał.

Po dotarciu do miasteczka, wsiadamy do autokaru i jedziemy dalej. Przed nami jeszcze dwa bardzo ciekawe miejsca. Po krótkiej podróży wysiadamy na leśnym parkingu. Przed nami droga w las. Nic specjalnego, rzekłbym nudy. Tam roślinka, tu roślinka, mały uskok. Ale, ale…. moim pięknym oczętom ukazał się niezwykły widok na skalne mosty. Halo, czy my jesteśmy na Hockstein? W miejscu, o którym się mówi ale nie odwiedza…. Niemożliwe…! Ale to jest niespodzianka 😊. Chciałbym je Wam pokazać, ale… nie mam zdjęcia. Może Wy Kochani zrobiliście i się ze mną podzielicie…

Idę, muszę je zobaczyć. Ja cię nie mogę. Jestem tu, po prostu tu jestem, na najstarszych skalnych mostach w Saksonii. Hmmm miód turystyczny. Dalej droga wiedzie nas zakątkami tajemniczego ale jednocześnie urokliwego lasu, przepełnionego basztami skalnymi, dawnymi pułapkami na niedźwiedzie i innymi ciekawostkami. Naszym celem ostatecznie na koniec dnia jest Hohnstein – chodźmy więc.

Jest – piękne, malownicze zabudowania, małe domeczki i zamek. Hohnstein jest niewielkim miasteczkiem w Saksońskiej Szwajcarii, w którym największą atrakcją jest położony na malowniczym, skalistym wzgórzu, średniowieczny zamek obronny. Ale i centrum miasteczka piękne i wyjątkowe… takie z bajki. Hmmm… takie krajobrazy i widoki to balsam dla turystycznej duszy. Cieszę się, że mamy tutaj chwilkę. Czas na lody i inne pyszności ….

Ale cóż – wszystko co piękne i dobre, jednak się kończy. Musimy wracać do domu. Mus to mus… Ale przeżyłem tu znowu piękną niedzielę. AS-tur słyszysz mnie, halo słyszysz???  Ja chcę więcej. Chcę tu wrócić. I nie ma wymówek 😊

To do zobaczyska 😊

Kangurek Asturek na szlaku…

RAUENSTEIN

SAKSOŃSKA SZWAJCARIA – TREKKING

RELACJA PRAWIE NA ŻYWO  🙂

Cześć!

To ja – Wasz Kangurek Asturek.

No normalnie nie mogę się pozbierać po tych wszystkich wrażeniach i wycieczkach na których byłem. Cóż – życie celebryty do łatwych nie należy – więc wybaczcie, że dopiero teraz zebrało mi się na wspominki. Lecimy

Dwie niedziele lipca upłynęły mi nie dość, że w doborowym towarzystwie, to jeszcze w przepięknych miejscach. Wraz z grupą turystów – uśmiechniętych i głodnych wrażeń, wyruszyliśmy na podbój Saksonii, jednak nie takiej standardowej, gdzie odwiedzamy Bastei, Konigsstein czy Stolpen, ale innej, wspanialszej, ciekawszej i przede wszystkim bardzo malowniczej.

Już krajobrazy po drodze zapowiadały świetne wrażenia. Majestatyczne góry zatapiały się w słonecznych promieniach, jednocześnie krocząc po soczystej zieleni. Ogromne skały towarzyszyły nam praktycznie przez cały czas, na zmianę z polami i ukwieconymi łąkami. Przy drodze każdy z parkingów zatłoczony, a to wskazywało, że dziś będziemy mieli wielu turystów na swojej drodze.

W tym ogromie wspaniałych krajobrazów autokar nagle zjechał na parking. O ho, zaczynamy? Super! W końcu rozprostuję swoje łapki, porobię fantastyczne zdjęcia i zobaczę to, czego potencjalny turysta nie zwiedzi będąc w Saksońskiej Szwajcarii.

Ok. wysiadka, „sikunda”, plecaki na plecy, pierwsze zdjęcia. Idziemy! Nie, przepraszam – grupa idzie, a mnie niosą . Jak nie, jak tak…! Przecież jestem tu pierwszy raz i w dodatku najmniejszy, nie mogę się przecież zgubić… Jaka to byłaby strata . No dobra wystarczy o mnie. Saksonia czeka.

Pierwsze kroki kierujemy z parkingu niedaleko Bastei w stronę lasu. Idziemy przez malownicze pole zboża aby móc podziwiać piękne krajobrazy i wejść w wielką tajemniczość tego miejsca. Leśna ścieżka, którą następnie podążamy zaskakuje nas bogactwem roślinności. Towarzyszą nam tu nie tylko majestatyczne drzewostany, ale liczne kwiaty i owoce leśne. Ścieżka nie jest trudna do pokonania, raczej prowadząca po prostym terenie. Zachęca uczestników do rozmów i wspominek.

Dokąd nas zawiedzie? 

Niespodzianka – zaczyna się… Nagle nasza trasa zaczyna opadać dość stromo w dół.

Gdzie my jesteśmy? Czy na pewno idziemy dobrze? No ale przecież nasz przewodnik zna tę drogę, nie wyprowadzi nas w pole….

Idziemy – Matko!

Tu skała, tu przewalone drzewo, tu uskok. Trzeba podnosić wysoko nogi, aby się nie potknąć (ja nie muszę mam miejscówkę w plecaku, niech inni się martwią). Przepiękna, dzika przyroda towarzyszy nam jeszcze przez długi czas. Mi najbardziej podobają się skały o przeróżnych formach, z licznymi szczelinami, skąd wyłaniają się rzadkie gatunki roślin i paproci. Atmosfera jak w filmie z dużą dawką tajemniczości. Mógłbym tu zostać – jest tak pięknie. No ale jeszcze tyle przed nami… 

Krok za krokiem nagle docieramy do wytyczonej ścieżki. Jak się okazuje jesteśmy w malowniczym wąwozie Uttenwalder Grund, a tędy prowadzi słynna ścieżka malarzy (Malerweg). Jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Saksońskiej Szwajcarii, prowadzący przez bajeczne krajobrazy. Nic dziwnego zatem, że tacy artyści jak Caspar David Fridrich bardzo szybko odkryli Góry Połabskie wykorzystując je jako gigantyczne kulisy w swoich obrazach. To właśnie tutaj powstał słynny na całym świecie obraz „Wędrowiec nad morzem mgły”, czy też niektóre sceny do filmów „Opowieści z Narni”, „Atlas chmur” czy „Grand Budapest Hotel”. Fajnie, że tu jesteśmy. Jest super. Jak ja się cieszę, że przyjechałem.

Po drodze nasz przewodnik zafundował nam jeszcze nie lada atrakcje. Kto chce, może zobaczyć dziką jaskinię. Jak nie ja to kto? – idę… wąski wąwóz, wszędzie paprocie i inne dziwne rośliny. I nagle – na drodze wielka skała, normalnie nie można przejść. Trzeba prawie na kolanach. Jak ja się cieszę, że siedzę w plecaku – moje spodnie będą czyste…. Przeszliśmy, troszkę wspinaczki i jest jaskinia… No fajna – podoba mi się, ale idźmy już dalej, bo sztraszno tu trochę. Wracamy na szlak.

Leśna ścieżka prowadzi nas dalej ku wyjątkowemu miejscu Waldidylle, który ma swoją historię i tradycję. Zbudowany w końcówce XVIII w. budynek wielokrotnie musiał przeciwstawiać się siłom natury takim jak burza i woda. I przetrwał. Dziś jest to miejsce zarówno na odpoczynek jak i na małe co nie co . Mi się jednak tym razem nie udało skosztować tutejszego jedzenia, moim towarzyszom zresztą też nie. Za dużo ludzi, za długie oczekiwanie – a przed nami jeszcze tyle drogi. Obeszliśmy się smakiem, ale jeszcze tu wrócimy.

Droga prowadzi nas dalej. Ja już prawie nie mam sił, więc idę na końcu. A co tam i tak beze mnie nie pójdą dalej. Nagle…. nagle z gąszczu zieleni moim oczom wyłania się na wzniesieniu zamek, malownicze małe domeczki… Wow! gdzie ja jestem…? Gonię do przewodnika. Jest! Stoi z resztą grupy na dziedzińcu pięknego malowniczego miasteczka Stadt Wehlen. Wokół bajkowe kamieniczki, mnóstwo kafejek, wspaniały kościół… Chce się tu zostać. A ponieważ mamy chwilę czasu wolnego to gonię na lody, ummm, ale pychotka…. W takim miejscu i z takimi towarzyszami Dziękuję grupo.

Czas szybko minął, wszyscy zregenerowali siły, więc czas iść dalej….

Najpierw idziemy na prom. Chcemy przepłynąć Łabę na drugą stronę, aby udać się w kolejne piękne miejsce. Na drugim brzegu rzeki ukazuje się nam wspaniała panorama miasta, w którym byliśmy. Z tego miejsca doskonale widać, iż jest ono wspaniałym i popularnym kurortem.

Zanim ruszyliśmy dalej, niektórzy nasi towarzysze wybrali lżejszą trasę do kurortu Rathen…. Ja nie wiem – którędy mam iść? No dobra, idę z przewodnikiem…. Najpierw droga wznosi się powoli ku górze, aby potem wystrzelić nieoczekiwanie w górę. Halllooooooo poczekajcie na mnie…. zostałem na końcu. I gdyby nie ta gigantyczna naparstnica purpurowa to pewnie jeszcze przez długi czas szedłbym sam. A ponieważ wzbudzała ona wielkie zainteresowanie, to i przewodnik się przy niej zatrzymał aby podkreślić jej majestatyczność….. Nie powiem – niezła z niej sztuka! 

Po kolejnej wspinaczce w końcu jesteśmy – Rauenstein. Jak tu jest pięknie, jakie widoki. W pewnej chwili przez myśl przeszło mi: Niech sobie idą dalej, ja zostaje – tu jest moje królestwo. A z resztą… co ja będę opowiadał – sami zobaczcie:

Po tych wszystkich widokach, gdzie zobaczyłem Konigsstein i Bastei w innej odsłonie, czas na… zimne piwo. Grupa się delektuje w tak pięknym miejscu wszelkimi smakami, a ja….? Ja dalej patrzę i nadziwić się nie mogę!

Aż w końcu…. Niestety, wiedziałem, że w końcu to usłyszę. Wracamy. Ale ja nie chcę, ja zostaję. Gdzie się ukryć?

Hmmm, ale chyba muszę – bo chcę Wam o tym opowiedzieć i zaprosić Was w te piękne miejsca.

Po niedługim zejściu z Rauenstein dotarliśmy do kurortu Rathen. Stąd odjeżdżamy do domu. Z żalem, ale też wielkim apetytem na powrót w tę okolicę.

Saksońska Szwajcaria ma jeszcze wiele niezwykłych szlaków do zaoferowania, także koniecznie muszę namówić Asturki, żeby tworzyły kolejne programy!

Zabierzcie mnie tam raz jeszcze!