Carcassonne

Miasto – Twierdza

 

Wspomnienia – wspomnieniami, marzenia – marzeniami, a tym czasem za rogiem czeka kolejne fantastyczne miasto, którego nie powinno zabraknąć w planie wycieczki do Francji. Tak – Francji. Każda podróż do tego wyjątkowego kraju skupia się na możliwości odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca i w sumie mnie to nie dziwi. Intrygujące i zaskakujące jednocześnie, otoczone murami z fantastyczną atmosferą – Carcassonne. O tym miejscu każdy przynajmniej raz słyszał, czy też widział na widokówce czy innym obrazie.

Miasteczko położone w południowej Francji w regionie Langwedocja zawsze intrygowało turystów. Z resztą nie ma się co dziwić, ponieważ zarówno jego historia jak i specyficzny „wygląd” u każdego wzbudzają zainteresowanie. Carcassonne jest jednym z najlepszych przykładów średniowiecznych założeń miejskich. Prawdopodobnie założycielami pierwszej osady na miejscu dzisiejszego Carcassonne byli Celtowie w IV w. Doskonałe usytuowanie osady na skrzyżowaniu szlaków handlowych łączących Ocean Adriatycki z Morzem Śródziemnym oraz Półwysep Pirenejski z pozostałą częścią Europy spowodowało dość szybki jej rozwój. Mieszkańcy trudnili się rolnictwem i łowiectwem a także nabywali kunsztu sprawnej wymiany handlowej. Co więcej – z czasem zajęli się również  górnictwem, a wszystko przez wydobycie złota w okolicach Montagne Noire. Natomiast pierwsze prawdziwe miasto na tym miejscu zbudowali Rzymianie pod nazwą Carcasum.

Miasto z wieku na wiek Bardzo mocno się rozwijało. Francuzi wzmocnili fortyfikacje miejskie, zbudowali nową część miasta po drugiej stronie rzeki Aude i sprawili, iż Carcassonne stało się twierdzą graniczą nie do zdobycia pomiędzy Francją i Aragonią. Z czasem utraciło ono militarne znaczenie na korzyść przekształcenia się na ważny ośrodek produkcji sukna. Straciły na tym najbardziej obwarowania miasta. Fortyfikacje z roku na rok ulegały zniszczeniu, aż do tego stopnia, że chciano je rozebrać. Sprzeciw społeczeństwa nie pozwolił jednak na to, a wdrożona rekonstrukcja i odbudowa zniszczonych elementów pozwala nam dzisiaj na podziwianie tego wspaniałego miasta – twierdzy.

Po wejściu do miasta, turysta ma wrażenie jakby odwiedzał plan filmowy albo co najmniej cofnął się w czasie o kilka wieków. Nie ma się co dziwić, ponieważ jest to największy w Europie kompleks zabytków. Wejście do miasta następuje przez imponującą Bramę Narbońską, która składa się z 2 wież i przeróżnych architektonicznych rozwiązań obronnych. Możemy tu zobaczyć otwory strzelnicze, tarany, łańcuchy oraz okna przez które odpierano ewentualny atak wroga. Dawniej przed bramą znajdowała się fosa oraz barbakan z mostem zwodzonym. Kolejną ważną wieżą jest Wieża Inkwizycji, która skrywała w sobie salę tortur i bardzo ciekawe naścienne napisy. Miejsce to przywołuje jednak ponure myśli, zwłaszcza kiedy uświadomimy sobie jego historię i przeznaczenie.

Carcassonne podzielone jest na dwie części. Część górną stanowi warowna fortyfikacja o nazwie Cite, której główną częścią jest zamek, datowany na ok. 1130 r. Patrząc na niego ma się wrażenie niesamowitego kunsztu obronnego. Budowla jest naszpikowana blankami, otworami strzelniczymi, wieżyczkami, a do jej środka prowadzi brama i dwumetrowy most zwodzony. Ciekawe miejsce . Obecnie w zamku znajduje się muzeum archeologiczne z bardzo bogatą wystawą eksponatów z różnych epok, a ponad to XII marmurową fontannę, liczne krzyże nagrobne czy naścienne malowidła.

Część dolną natomiast stanowi przede wszystkim Canal du Midi, który ciągnie się aż do Morza Śródziemnego i mierzy sobie ponad 281 km długości. Powstał on w XVII wieku i jest nie lada gratką dla odwiedzających turystów. Ta część Carcassonne może poszczycić się wspaniałą Katedrą St. Michel oraz kościołem St. Vincent, zabytkami XIII i XIV wiecznymi.

Spacerując po miasteczku koniecznie trzeba odwiedzić Pasaż Inkwizytorów skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. A poza tym liczne wąskie uliczki, ganki czy przejścia pomiędzy murami wprowadzają niesamowitą atmosferę średniowiecza i tajemniczości. Po odwiedzeniu wszystkich zakątków koniecznie trzeba usiąść w ulicznej tawernie i skosztować wspaniałości tutejszego regionu.

Carcassonne jest miejscem magicznym. Co prawda nie lubię tego sformułowania, ale … Atmosfera, historia i wygląd miasta sprawiają, że każdy kto tu zajrzy choć na chwilę, dozna niejako przeniesienia w przeszłość. Należy również pamiętać, iż w 1997 r. Carcassonne zostało wpisane na listę UNESCO, a niezwykły klimat tego miejsca sprawił, że to właśnie tu Kevin Costner realizował swój film „Robin Hood – Książę Złodziei”. Miejsce godne wszelkiego polecenia. Koniecznie trzeba je zobaczyć.

Agnieszka

Pocztówka z podróży 

Alpy Austriackie

W dobie pandemii, gdzie zamiast podróżować wspominamy nasze wyjazdy, jeden z naszych turystów przysłał mi na whats’apa zdjęcie z naszego wspólnego wyjazdu w 2018 roku w Alpy Austriackie i do Dolnej Austrii. Był to dla mnie szczególny wyjazd, dlatego wspomnienia wróciły jak żywe, choć minęło już prawie 3 lata.

Ale zacznę od początku…

Nasza grupa długo nie mogła się zebrać, bo wszyscy uważali, że Alpy to dla młodych, zwinnych, pełnych energii, a nie dla takich turystów, którzy już bawią wnuki. A jednak się udało i wyruszyliśmy w autokarową podróż na zwiedzanie austriackich regionów położonych u stóp Alp i nie tylko ….

Na początku musieliśmy przejechać przez Bawarię i tu mogliśmy rozkoszować się małymi miejscowościami leżącymi u podnóża Alp Bawarskich. Uwagę wszystkich przyciągnęła niesamowita czystość, zadbane obejścia, nieduże domki, kolorowe okiennice pełne kwiatów. Prawie jak w bajce.

Dojechaliśmy do Insbrucku – stolicy Tyrolu. Miasto – pełne tajemnic, pięknie położone na wys. 574 m n.p.m. w dolinie rzeki Inn. Starówka, która należy do jednych z lepiej zachowanych średniowiecznych starówek w Austrii, zrobiła na nas duże wrażenie. Z daleka lśniąca Kamienica ze Złotym Dachem znajdująca się na Starym Mieście – to symbol miasta. Drugą ważną budowlą w mieście jest zamek cesarski Hofburg – trzeci w Austrii zabytek architektoniczny należący do rodziny Habsburgów. Zamek jest udostępniony dla turystów, przepiękna sala balowa, sypialnie cesarskie, kaplica zamkowa czy prywatny pokój cesarzowej Sisi. Nam, niestety nie udało się go zwiedzić w środku, gdyż zbyt późno dotarliśmy do miasta, obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz. Na koniec zwiedzania podjechaliśmy autokarem pod jeszcze jeden znany obiekt w Innsbrucku. Tym razem to był obiekt sportowy. Kibicom skoków narciarskich znany jako skocznia narciarska Bergisel, na której swoje sukcesy odnosili też polscy skoczkowie w Turnieju Czterech Skoczni. Skocznia jest bardzo nowoczesna – wieża została zaprojektowana przez znaną na całym świecie architekt Zahę Hadid. Na szczycie znajduje się kawiarnia, skąd rozpościera się wspaniały widok na miasto i całą dolinę rzeki Inn.

Wieczorem, gdy dotarliśmy do hotelu, czekała na nas niespodzianka. Tyrolczycy są bardzo gościnni i dla swoich gości przygotowują różne atrakcje. Tym razem zostaliśmy zaproszeni do udziału w wieczorze tyrolskim. Tyrolczycy znani są z tego, że kultywują swoje tradycje. W każdym miasteczku czy gminie są zespoły regionalne, które grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tyrolskie piosenki. W tych zespołach biorą udział całe pokolenia. Najmłodsze dzieci, ubrane po tyrolsku w takt muzyki pląsają w kółeczku. Młodzież nastoletnia chętnie tańczy bardziej skomplikowane układy taneczne. Młodzi mężczyźni i kobiety grają na różnych instrumentach i śpiewają, a seniorzy i seniorki wspomagają głosowo tworząc chórki. Miło było patrzeć jak na scenie uczestnicy dają z siebie wszystko, aby móc przybliżyć publiczności swoją kulturę, swoją miłość do kraju, do muzyki. Dla nich szeroko pojęty folklor, to część ich życia. Muzykę mają we krwi, a noszenie stroju tyrolskiego to zaszczyt. Pasterskie jodłowanie takie jolojo joloi nieodłącznie kojarzyć nam się będzie właśnie z góralami w Tyrolu.

Kolejnego dnia w drodze do Salzburga, zatrzymaliśmy się w Alpach Bawarskich nad jeziorem Konigsee. Jest to najwyżej położone jezioro w Niemczech – 600 m n.p.m. Jezioro leży na terenie Parku Narodowego Berchtesgaden i ma 8 km długości. To była czysta przyjemność, rejs stateczkiem turystycznym po kryształowym jeziorze, mając po obu stronach wysokie alpejskie szczyty z najwyższym masywem góry Watzmann. Krótki postój w trakcie rejsu na półwyspie Hirschau pozwolił rozprostować nogi i napawać się urokiem otaczającej nas przyrody. Przy okazji mogliśmy zobaczyć maleńki kościółek św. Bartłomieja, a głodni mogli zaspokoić głód w lokalnej restauracji oferującej smażone ryby. Dla mnie wizyta przy kościele św. Barłomieja zawsze będzie kojarzyć się z – moją wnuczką. To właśnie podczas postoju na półwyspie Hirschau dostałam telefon od syna z informacją, że na świat przyszła nasza pierwsza, długo oczekiwana wnuczka Kornelka. Mojej radości nie było końca. Musiałam oczywiście w autokarze podzielić się z grupą tą wspaniałą nowiną. Kto ma już wnuki, to wie, co to znaczy, gdy dziadkowie dowiadują się o pierwszym swoim wnuku. Kornelka jest pewnie jednym z niewielu dzieci, któremu w dniu przyjścia na świat gromkie sto lat śpiewał cały autobus. To taka mała prywatna dygresja, ale nawet teraz po prawie trzech latach, spotykając uczestników tej wycieczki, zawsze pada pytanie „ A jak się miewa Kornelka ?” To takie miłe, że wszyscy zapamiętali to zdarzenie.

Wracając na nasz szlak turystyczny, tego dnia dotarliśmy jeszcze do Salzburga – miasta Wolfganga Amadeusza Mozarta. I faktycznie wszystko jest tu związane z tym kompozytorem. Począwszy od domu narodzin przy głównej ulicy Getreidegasse, a skończywszy na plakatach, bilboardach, nazwach kawiarni, sklepów i niezliczonej ilości pamiątek z wizerunkiem Mozarta, w tym także słynne Mozartkugel – czyli czekoladki w formie kulki z wizerunkiem Mozarta, które wszyscy turyści kupują w Salzburgu na pamiątkę.

Salzburg – to miasto z pięknie zachowaną Starówką wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Należałoby też wspomnieć o górującej nad miastem twierdzy Hohensalzburg – jednej z największych w Europie.

 

 

Kolejnym z punktów naszego programu było zwiedzanie jaskini lodowej Eisriesenwelt położonej w pobliżu miejscowości Werfen ok. 50 km od Salzburga w samym sercu Alp Salzburskich. Jaskinia to ponad 40 km ciąg grot pokrytych lodem przez cały rok. Jest to jednocześnie największa na świecie jaskinia lodowa usytuowana na wysokości 1641 m n.p.m. Nic więc dziwnego, że wszyscy uczestnicy byli pełni obaw, jak tam dotrzemy. Na szczęście nasz przewodnik dawkował nam te informacje i dzięki temu grupa, nieświadoma co ją czeka na trasie, prawie w komplecie ruszyła na zdobywanie jaskini. Sprawę utrudniał jeszcze padający deszcz. Od parkingu musieliśmy podejść ok. 350 metrów do stacji kolejki linowej, która miała nas wznieść prawie 500 m w górę. W małym wagoniku jechaliśmy tylko kilka minut, ale wrażenie z tej jazdy było ogromne. Kolejka prawie nie przemieszczała się na linie poziomo, by nabrać wysokości, tylko od razu pięła się w górę niemal po prostej, prawie ocierając się o zbocze góry. Po wyjściu z wagonika czekał nas jeszcze spacer 20 minutowy w korytarzach wydrążonych w zboczach osłoniętych od góry drewnianym dachem. Deszcz dalej padał, ale daszki osłaniały nas od deszczu, choć i tak mieliśmy już wierzchnie ubranie dość mokre. Na trasie były przystanki i kto chciał mógł odpocząć, napić się gorącego napoju i ew. poczekać aż grupa będzie schodzić z góry. Przy wejściu do jaskini musieliśmy poczekać na swoją kolej i naszego obiektowego przewodnika. Pierwsze co nas uderzyło po wejściu do środka, to lodowaty ziąb, który przeszywał nasze zmoknięte ubrania na wskroś. W jaskini jest temperatura ok. zera stopni, a na zewnątrz było ok. +18.

Do zwiedzania przeznaczony jest tylko odcinek ok. kilometra, cały skuty lodem. Do wyższych poziomów prowadzą wąskie drewniane schody, mające ok. stu stopni. Ale jednak warto się wspiąć wyżej, bo potem natura wynagradza nam wszystkie niedogodności. Możemy podziwiać najróżniejsze formy lodowych stalaktytów i stalagmitów, rzeźb, tuneli czy lodowych welonów. Fantastyczny lodowy świat. Całe zwiedzanie trwało ok. 1,20 minut. Na koniec trzeba jeszcze raz pokonać te sto stopni schodów, ale tym razem w dół, przejść przez śluzę zamykającą jaskinię i znowu można się znaleźć w zielonym, normalnym świecie.

Będąc w Salzburgu należy koniecznie odwiedzić inne ciekawe miejsca w okolicy. My byliśmy w urokliwym uzdrowisku Bad Ischl, gdzie najważniejszym zabytkiem jest letni pałac rodziny Habsburgów, w którym cesarz Franciszek Józef poznał swą przyszłą żonę Elżbietę – znaną jako Sisi. Odwiedziliśmy też miejscowość St. Wolfgang nad brzegiem jeziora Wolfgangsee, gdzie znajdowała się cela pustelnicza świętego Wolfganga – biskupa Ratyzbony, a obecnie stoi tysiącletni kościół p.w. św. Wolfganga.

 

W czasie naszej wycieczki odwiedziliśmy jeszcze jedno święte dla Austriaków  miejsce – Mariazell. Jest to miejscowość położona ok. 120 km od Wiednia, znana jako najważniejsze miejsce pielgrzymkowe w Austrii. To tu w niewielkiej Bazylice króluje figurka Matki Bożej Królowej Narodów Słowiańskich znanej też jako Wielka Matka Łaskawa Austrii. Co roku przybywają tu rzesze pielgrzymów z Europy Środkowej. Do Bazyliki w Mariazell pielgrzymowali również koronowane głowy, czy papieże.

 

 

 

 

Trudno będąc w Austrii nie wpaść choć na chwilę do Wiednia. I my też tak zrobiliśmy. Wiedeń nie był naszym głównym punktem wyjazdu, więc też nie zwiedzaliśmy go tak dokładnie jak podczas typowej wycieczki do stolicy Austrii. Niemniej jednak udało nam się obejrzeć Innere Stadt robiąc objazd autokarem po Małym Ringu – okrężnej ulicy, przy której stoją najważniejsze zabytki i budowle Wiednia, a która to zamyka wewnątrz całe Śródmieście. Widzieliśmy przepiękny Belweder, Wiedeńską Operę, klasycystyczne budynki, w których znajdują się najważniejsze muzea miasta, Ratusz Miejski, Parlament, kościół wotywny. Jednak najważniejsza świątynia Wiednia stoi w samym sercu miasta – jest to katedra Św. Szczepana. Pomimo dużej liczby zwiedzających w tym czasie, udało nam się wejść do środka i obejrzeć tę wspaniałą gotycką budowlę od wewnątrz. Wspaniały pałac Hofburg – rezydencja Habsburgów lśnił w słońcu w całej swojej okazałości. Nieodłączne dorożki pozwalały wyobraźni cofnąć się w czasie. Był też czas wolny na degustację wiedeńskiej kawy z tortem, z którego słynie miasto Straussa. Niestety niewielu osobom się to udało, gdyż dzień wolny, piękna pogoda, sprawiła, że w centrum stolicy było mnóstwo ludzi i znalezienie wolnego stolika w kawiarni graniczyło z cudem. Ale i tak sama atmosfera Wiednia pozwoliła nam poczuć się po królewsku.

Na koniec dnia pozostał nam akcent polski w Wiedniu, czyli Wzgórze Kahlenberg. Każda wycieczka powinna tu zajechać, by zobaczyć pamiątki i posłuchać opowieści o Odsieczy Wiedeńskiej dowodzonej przez polskiego króla Jana III Sobieskiego, który właśnie w tym miejscu na błoniach pod Kahlenbergiem obronił Europę przez rozlewającą się ekspansją Turków. Tu w małym kościółku św. Józefa – który jest Polskim Sanktuarium Narodowym na ziemi austriackiej, znajduje się wiele pamiątek związanym z tym wydarzeniem. My byliśmy tam w przeddzień obchodów rocznicy wielkiej bitwy, która odbyła się 12.09.1683 roku. Widać było przygotowania do uroczystości, w której następnego dnia mieli wziąć udział oficjalne delegacje z Polski i Austrii.

Po tych ostatnich wzruszeniach, związanych z naszą ojczyzną na ziemi Austriackiej, trzeba było wracać już do kraju. Te kilka dni minęły tak szybko. Zostawiły tyle wrażeń i przyniosły tyle wzruszeń, że długo każdy z nas będzie wspominać tę podróż po Dolnej Austrii. Żeby mieć pełny obraz tego kraju, należałoby się jeszcze udać bardziej na południe i odwiedzić Górną Austrię, która też ma bardzo dużo do zaoferowania turystom. Ale to już temat na następną wyprawę do Austrii.

Zapraszamy zatem jeszcze raz do Austrii wszystkich tych, którzy już z nami byli i wielu innych, dla których zwiedzanie, to sposób na życie.

Magda

1 Maja – Święto Pracy.

Jak świętuje świat?

W rocznym kalendarzu jest mnóstwo różnego rodzaju świąt, które mniej lub bardziej celebrujemy. Jedne są dla nas bardzo ważne, a o innych bardzo często nie pamiętamy. Duży nacisk kładziemy jednak na święta, które jednocześnie implikują dzień wolny od pracy. Daje nam to wówczas możliwość spędzenia tego dnia w szczególny sposób. Wybieramy się czy to na wycieczkę, czy gdzieś na odpoczynek czy tez na spotkanie z bliskimi i znajomymi. Pierwszym przykładem dla potwierdzenia tych słów jest „majówka”, która w mniemaniu wielu jest czasem odpoczynku czy grillowania. Tymczasem ma ona bardzo ważny i głęboki wymiar, o którym często się zapomina. Zwłaszcza dzień 1 Maja – dzień który jest Świętem Pracy. Przyjrzyjmy się zatem, krótkiej historii tego święta i zobaczmy jak spędzają go wybrane narody.

Dzień 1-go Maja każdego roku jest dniem, który przypomina nam wydarzenia z 1886 r. w Chicago. Wówczas strajkujący na ulicach robotnicy walczyli o ośmiogodzinny dzień pracy, godziwe jej warunki i płacy. Protest ten został bardzo krwawo stłumiony przez policję, a od kul zginęło wówczas wiele osób. W nawiązaniu do tych wydarzeń w 1889 r. w Paryżu II Międzynarodówka wprowadziła Święto Pracy, wyznaczając za dzień obchodów właśnie rocznice wydarzeń z Chicago. Pierwsze obchody tego święta na świecie odbyły się już w 1890 r. i organizowane były przez lokalne związki zawodowe czy partie polityczne. Od tego czasu dzień ten jest obchodzony praktycznie na całym świecie poza Stanami Zjednoczonymi, gdzie Święto Pracy obchodzi się w pierwszy poniedziałek września.

Na ziemiach polskich w organizacji tych obchodów przodowała Polska Partia Socjalistyczna Józefa Piłsudskiego, a po odzyskaniu niepodległości – Związek Zawodowy Polski. Po II wojnie światowej dzień ten był bardzo hucznie obchodzony i starannie przygotowany. Praktycznie od marca już przygotowywano pochody i wiece. Podczas uroczystości rozpowszechniano hasła o treści ideologicznej i politycznej. Cała trasa przemarszu pochodu była udekorowana flagami, a ludność uczestniczyła w nich bardzo licznie, choć należy wspomnieć, iż uczestnictwo to było bardzo mocno wymuszane. Efektem tamtych czasów jest fakt, że 1 Maja to Święto Pracy i symbol Polski Ludowej. Po upadku PRL pochody praktycznie zanikły, choć każdy z nas pamięta o ważności tego dnia. W Polsce – 1 Maja, Święto Pracy jest świętem państwowym.

Święto Pracy jest obchodzone na całym świecie. Zabrakłoby nam tu czasu i miejsca na przedstawienie obchodów w każdym państwie, choć pewien schemat pewnie by się powtarzał, dlatego też przypatrzmy się tylko wybranym narodowościom:

1.      Finlandia

W kraju tym oficjalnie 1 Maja jest Dniem Pracy. Kiedyś było to święto robotników i rzemieślników, dziś jednak ten charakter święta został zdominowany przez tamtejszy karnawał Vappu (Noc Walpurgii). Dzień ten jest kojarzony przede wszystkim ze studentami, którzy podczas imprezy ubrani są w charakterystyczne stroje. Cała impreza rozpoczyna się już dzień wcześniej i jedną z jej obowiązkowych tradycji jest ubieranie helsińskiego pomnika nagiej kobiety Havis Amanda w studencką czapkę – ylioppilas lakki. Poza tym jest to dzień licznych ulg, jak chociażby w spożywaniu alkoholu na wolnym powietrzu. Podsumowując – Finlandia się bawi.

2.      Grecja

W Grecji dzień 1 maja jest nie tylko Świętem Pracy, ale również dniem kwiatów i życia, które budzi się po długiej zimie. Mieszkańcy Grecji zbierają wówczas polne kwiaty, z których robią wieńce i dekorują nimi drzwi swoich mieszkań. Poza tym tłumnie udają się na pikniki za miasto, świętując i podziwiając niebo pełne latawców.

Popularnym zwyczajem związanym z tym dniem są skoki przez ogień. Wieczorem, w dzień poprzedzający 1 maja, kobiety zbierają się i rozpalają ognisko, używając do tego gałęzi nazbieranych w ostatnich dniach. Po rozpaleniu ognia tańczą w kręgu śpiewając ludowe pieśni. Dzieci zaś ze zwilżonymi włosami i ubraniami, skaczą przez ogień. Wydarzenie to ma symboliczny charakter i ma chronić przed powrotem zimy i chorobami.

3.      Francja

Również Francuzi oprócz Święta Pracy, w dniu 1 Maja obchodzą Święto Konwalii. Kwiat ten uznawany jest za symbol szczęścia, pomyślności i młodości. W tym dniu Francuzi obdarowują bukiecikami, bliskich, przyjaciół, wszystkich tych których cenią i lubią. Gest ten jest oznaką życzenia szczęścia i pracy. W tym dniu we Francji odchodzi się również od powszechnego zakazu sprzedaży kwiatów na ulicy bez pozwolenia i podatków. A wszystko po to, aby dochować tradycji.

4.      Chiny

Święto Pracy to również bardzo ważny dzień w Chinach. W tym kraju jednak uroczystości są dłuższe, ponieważ trwają od 29 kwietnia do 2 maja. W tych dniach Chińczycy nie muszą  przychodzić do pracy, choć 2 z tych trzech dni muszą zostać odrobione w innym terminie.

Świętuje się w tym kraju bardzo specyficznie. Każdy wraca do swoich rodzinnych miejscowości, aby spotkać się z bliskimi, a tymczasem na ulicach dużych miast królują pochody, w których uczestniczą przede wszystkim turyści. Czas owego świętowania jest wyjątkowy, gdyż jest to również czas największych chińskich festiwali zakupów i licznych obniżek cen biletów do muzeów. Jednym słowem, Święto Pracy obchodzone jest tu bardzo hucznie.

5.      Anglia

W Wielkiej Brytanii 1 Maja jest dniem ustawowo wolnym od pracy. Wówczas organizuje się liczne demonstracje, w trakcie których propaguje się i celebruje prawa pracownicze. Ale jest to również dzień, w którym sezon letni możemy uznać za oficjalnie otwarty.

W Anglii, Walii i Irlandii Północnej ten dzień powszechnie nazywany jest May Day. Do głównych tradycji tego dnia należy chociażby maypole dancing, czyli taniec wokół słupa. Dzieci, szczególnie dziewczynki, tańczą wokół słupa, na którym zawieszone są kolorowe wstążki. Bardzo widowiskowe.

6.      Bangladesz

Święto w tym kraju wygląda zupełnie inaczej. Jest też inaczej nazwane – „Dniem Gniewu”. A wszystko za przyczyną wydarzeń z 2013 roku, kiedy tydzień przez 1 maja zawaliła się fabryka odzieży i zginęło setki ludzi. Odzewem zaistniałej sytuacji było wyjście na ulice Dhaki ok. 10 tyś robotników, którzy domagali się ukarania właścicieli zakładu. To wydarzenie do dnia dzisiejszego jest mocno wspominane.

7.      Niemcy

Kiedy ustalono 1 Maja dniem Święta Pracy, w dużych miastach niemieckich trwały jedne z największych w historii kraju strajki. A ponieważ ich skala w porównaniu do innych państw i tak była niewielka, Niemcy nie traktowali Święta Pracy poważnie. Pierwsze próby oficjalnego świętowania wprowadzono w 1919 r bez wielkiego odzewu. Dopiero w 1933 r. 1 Maja został świętem państwowym i zostało nazwane „Narodowym Dniem Pracy”. Po II wojnie światowej 1 Maja został podtrzymany. Po powstaniu muru berlińskiego i podziału Niemiec, święto to w NRD obchodzono w perspektywie odpoczynku, spotkania z przyjaciółmi. Inaczej było we Wschodnich Niemczech. Tutaj pod mianem „Międzynarodowy Dzień Pracy dla Pokoju i Socjalizmu” odbywały się międzynarodowe parady wojskowe.

Obecnie w Niemczech 1 Maja jest dniem wolnym od pracy, jest czasem na odpoczynek czy spotkania z rodziną. Dzień przed świętowaniem odbywa się tu „Tanz in den Mai”, który potocznie możemy nazwać taneczną majówką. Najważniejszą częścią obchodów są pochody, w których gdzieniegdzie ludzie otrzymują czerwone goździki jako symbol święta.

1 Maja jest bardzo ważnym dniem zarówno pod względem historycznym jaki i tradycjonalnym i świętujmy go odpowiednio.

Óbidos – miasto ślubów

Jednym z ostatnich wpisów została zainaugurowana seria opowieści i wspomnień z wyjątkowych, bajecznych, pocztówkowych miejsc. Na pierwsze wspomnienie załapało się Alberobello, niewielkie miasteczko we włoskiej Apulii słynące z domeczków trulli. Tym razem los padł na Óbidos.

Za każdym razem, kiedy moje ścieżki pilocko-przewodnickie kierowane były w kierunku przepięknej Portugalii na trasie nie mogło zabraknąć tego miejsca. I choć niejednokrotnie zastanawiałam się nad alternatywą i pokazaniem innego miejsca, to za każdym razem po przekroczeniu bramy wejściowej do miasta, okazywało się, że tak – to właśnie jest to miasto i dobrze, że znów wygrało. Dlaczego?

Dokładnie nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy moje drogi skrzyżowały się z tym miejscem. Pewnie podczas którejś z pielgrzymek szlakiem „Sanktuariów Europy”, ale na pewno musiało zrobić na mnie pioronujące wrażenie, bo wspominam go za każdym razem.

Óbidos to maleńkie miasteczko, otoczone murami, które zachwyca jeszcze z odległej drogi, malując swój wizerunek w krajobrazie. Położone na wzgórzu i otoczone majestatycznymi murami, sprawia, że chce się tam już być i spacerować. Po przyjeździe na parking nic nie zapowiada fantastyczności tego miejsca. I dopiero, kiedy udamy się do bramy wejściowej do miasta – Parta da Vila, która zachwyca wspaniałymi azulejos, dostrzegamy tą niewyobrażalną bajkową scenerię. Wspomniałam o bramie i azulejos. Cóż to takiego? Ja nazywam je „kafelkami”, ale są to ceramiczne płytki obecne w tym kraju praktycznie na każdym kroku. W Portugalii używano ich najczęściej jako elementów mozaik, które pokrywały ściany mieszkań, kościołów, pałaców czy ogrodów. W skrócie można by je nazwać ścienną dekoracją. Obrazy wykonane z tych płytek, często odwoływały się do scen historycznych, mitologicznych i religijnych. Szczerze mówiąc – robi wrażenie.

 

 

 

 

 

 

Po przekroczeniu bramy ukazuje nam się zalążek bajowości miasta. Początki Óbidos datowane są na 308 r p.n.e i prawdopodobnie zostało ono założone przez Celtów. W swej historii bardzo mocno ucierpiało na skutek trzęsienia ziemi, na szczęście po tym wydarzeniu zostało pieczołowicie odbudowane. Zachowany układ przestrzenny, dawne uliczki to wszystko sprawia, że mamy wrażenie jakbyśmy przenieśli się z czasie. Jak wcześniej wspomniałam, Óbidos to malutkie miasteczko, ale bardzo chętnie odwiedzane przez turystów, zwłaszcza w sezonie. Swoją sławę niewątpliwe zawdzięcza Dionizemu I jego małżonce – Izabeli Aragońskiej, która zakochała się w tutejszym zamku, otrzymanym w podarku ślubnym. I tak od 1282 roku obdarowanie zamkiem królewskiej małżonki stało się tradycją, a Óbidos zyskiwało na popularności jako „miasto ślubów”.

Do zamku jeszcze wrócimy. Po przejściu przez bramę czeka nas wyjątkowy obraz: uliczki z pięknymi domeczkami, ukwieconymi oknami i tętniącymi życiem sklepikami. W całym mieście taki widok to normalna sprawa. Samo serce Óbidos skrywa aż 14 świątyń i kapliczek. Ale warto skupić się przede wszystkim na Kościele Najświętszej Maryi Panny, którego wnętrze w całości jest pokryte azulejos z akcentami roślinnymi. W kontekście odwiedzenia tej świątyni nie można również zapomnieć o Josefie de Óbidos, znanej barokowej malarce związanej z tym miejscem. Kościół sam w sobie ma dość ciekawą historię. Początkowo, gdy w mieście swoją władze sprawowali Maurowie, był tu meczet, który w XII został przekształcony na świątynię chrześcijańską. Dziś jest to jedno z miejsc które trzeba odwiedzić i zobaczyć.

Kolejne kroki po miasteczku prowadzą nas w zaciszne i spokojne zaułki. A do tego tak niesamowicie kolorowe i wyjątkowe. Za każdym razem, te wąziutkie uliczki usłane urokliwymi domami kojarzyły mi się z niewyobrażalnym pięknem kwitnących bugeewilli, fuksji czy drzew owocowych. Miałam wrażenie, że jest ich tu całe morze. Moje odczucia wielokrotnie były też potwierdzane zaskoczeniem i podziwem tego miejsca przez turystów.

I tak wśród malowniczej scenerii, po niedługim spacerze uliczkami docieramy do wyjątkowego miejsca w Obidos. Jest nim wspomniany już zamek. Zamek był ślubnym prezentem podarowanym przez króla swojej poślubionej małżonce. Prezent wyjątkowy, tak jak i wyjątkowe miasteczko. I choć zdawać by się mogło że te czasy już dawno odeszły w niepamięć, to na uliczkach Óbidos po dzień dzisiejszy odczuwa się atmosferę tej wielkiej wzniosłości i dworskości. Zamek jest bardzo ciekawym obiektem, również ze względy na dzierżący tytuł jednego z siedmiu architektonicznych cudów Portugalii. Został wybudowany w 1195 r, a obecnie pełni funkcje zabytkowego hotelu – Pousada. Niewątpliwie jest przykładem świetnie zachowanej architektury średniowiecza i tłumnie odwiedzanym przez turystów. Ponad to co roku w lipcu staje się scenerią tradycyjnego Medieval Market i turnieju rycerskiego. Miejsce, które naprawdę warto zobaczyć.

Óbidos jest miastem wpisanym na listę UNESCO i to jeszcze bardziej podkreśla jego wartość. Chroni je to również przed wywieszaniem kiczowatych reklam czy ogłoszeń, dzięki czemu wygląda imponująco.

Zwiedzając miasteczko nie można zapomnieć o lokalnych produktach, które towarzyszą nam na każdym kroku. Od pierwszej chwili pobytu uwagę przyciągają stragany z lokalnymi wyrobami, świeżymi owocami i pamiątkami. Ale na szczególną uwagę zasługuje ginja, czyli słodki likier wiśniowy. Skosztować go można na każdym kroku i co ciekawe, tej degustacji doświadczymy nie w jakiś tam plastikowych kieliszeczkach, a w czekoladowych. Tak! Specjalne czekoladowe kieliszeczki, mini miseczki są przygotowane właśnie po to, aby likier ten smakował jeszcze wykwintniej. Z resztą nie ma się co dziwić, że pomysł doskonały, bo przecież Óbidos słynie z Festiwalu czekolady. Wówczas miasteczko wypełnia się czekoladowymi rzeźbami, pokazami kulinarnymi, truskawkami w czekoladzie i innymi delicjami. Nie da się tego do końca opisać. Po prostu trzeba to przeżyć.

Óbidos to ciekawe, chwytające za serce miejsce. Odwiedzając Portugalię koniecznie trzeba je odwiedzić i zakosztować tej wyjątkowości. W moim odczuciu, jest to miasteczko, którego nigdy nie zabraknie na trasie zwiedzania i we wspomnieniach. Óbidos – wspaniałe miejsce.

Agnieszka

Niezapomniane smaki Apulii

               Jedno ze słynnych powiedzeń głosi, że „co kraj, to obyczaj”. Z mojego punktu widzenia trzeba je koniecznie uzupełnić o „co kraj, to smakowita kuchnia”. Zwiedzając różne zakątki świata, każdy z nas oprócz podziwiania wspaniałych budowli, zabytków, krajobrazów, daje się również ponieść smakołykom danego kraju, miejsca, które odwiedza. Czyż nie? Pizza i pasta, bacalao i paella, cevapcici czy frutti di mare, sajgonki czy ratatouille. To smaki naszych podróży, które wspominamy tak samo jak zwiedzane miejsca czy spotkanych ludzi. Dlaczego zatem nie poświęcić temu zagadnieniu troszkę uwagi? Uważam, że wręcz te płaszczyzny trzeba ze sobą połączyć, tak aby pokazały nam dane miejsce, region czy kraj w pełnej okazałości. Ponieważ ostatnio, opowiadaliśmy sobie o Alberobello, które położone jest na terenie Apulii, to nie może być inaczej, by udać się w podróż kulinarną w inne miejsce. A zatem – smakołyki Apulli czekają.

Pierwsze moje spotkanie z Apullią będę pewnie wspominać do końca życia. Oprócz różnych niechcianych zdarzeń, pamiętam je właśnie od strony niepowtarzalnych smaków. Może to zabrzmi troszkę dziwnie, ale to właśnie wtedy, ponad 20 lat temu poznałam prawdziwy smak pomidora, soczystego, o wyjątkowym aromacie i smaku. Zupełnie innego niż do tej pory znałam. I tak naprawdę od tego się zaczęło. Kolejne moje wizyty w tym regionie były coraz bardziej owocujące w tutejsze smaki. Takim moim kolejnym „smakowym” przeżyciem była wizyta u skromnej Pani (imienia nie pamiętam ;( ), znajomej moich przyjaciół, która poczęstowała mnie kromką własnego chleba, z oliwą, pomidorem i … dodatkami z łąki ( nie mam pojęcia co to było). Pamiętam to do dziś. I  kiedy tylko przejeżdżam w pobliżu Manfredonii te cudowne wspomnienia wracają. Tym razem we wspomnieniach, ale następnym razem spróbujemy rzeczywiście udać się w tą ciekawą podróż.

W ostatnim artykule wspominałam, że Apulia jest bardzo ciekawym regionem, położonym praktycznie na obcasie włoskiego buta. Słynie ze wspaniałych plaż, zabytkowych domów i doskonałego jedzenia. Urodzajna ziemi i dogodne ukształtowanie powierzchni sprawia, że Apulia wręcz obfituje w zboża, gaje oliwne, winnice i plantacje warzywne, które są podstawą w przygotowywaniu tutejszych specjałów.

Na piedestał smaków apulijskich niewątpliwie wysuwają się warzywa i owoce, które są serwowane niemal wszędzie w różnych postaciach. W makaronach, sałatkach, gulaszach, na zimno czy ciepło. Faworytem jest tu fava, czyli bób, któremu towarzyszą również karczochy, pomidory, cykoria, rzepa brokułowa, zielona rukiew, kapusta, kalafior, bakłażan i papryka. I to wszystko w jednym regionie. Ciekawostką jest, że Apulia słynie również z bulwy szafirka miękkolistnego – który dodawany jest do potraw, a jego specyficzny gorzki smak nadaje potrawą nieprzeciętny smak. Jeśli zaś chodzi o owoce to niekwestionowaną królową tego regionu jest … figa, oczywiście!

 

 

 

 

 

 

Apulia jak już wspomniałam, obfituje w różne rodzaje zboża, a co za tym idzie, możemy spotkać tu przepyszne chleby i makarony wytwarzane domowym sposobem. Najpopularniejszym jest orecchiette – którego kształt przypomina małe uszka i bardzo często podawane jest w towarzystwie rzepy brokułowej, strascinatti, o charakterystycznym podłużnym kształcie czy cavatieddi, które serwowane jest najczęściej z ragu, brokułami, frutti di mare czy nawet z …. jeżowcami. Osobiście nie próbowałam, choć kilka podejść było. Nie mogłam się przełamać. Ale może kiedyś …

Wybrzeże Morza Adriatyckiego i towarzyszącego mu Morza Jońskiego w Apulli jest niezwykle zasobne w ryby oraz frutti di mare. Na stołach zatem goszczą małże – czarne cozze, spaghetti con vongole, surowe ostrygi, kalmary, mątwy, ośmiornice, krewetki a nawet jeżowce. Wszystkie te delicje morskie podaje się na różne sposoby, albo w panierce, albo smażone lub surowe. Cóż, przysmakiem wszystkich pugliesi są pesce crudo, czyli owoce morza na surowo. Fakt – pyszne. Dlatego też, Apulia dla mnie pachnie właśnie takim aromatem i tak smakuje, bo jak frutti di mare to tylko tu.

Apulia to też smak wyjątkowego mięsa, który unosi się w powietrzu. Na stołach gości tutaj surowa kiełbasa (saliccia), karkówka, wieprzowina. Smak mięsnej strony tej kuchni to również ślimaki, które podaje się tu na różne sposoby, czy to w sosie pomidorowym (cazzavune alla barese) czy w zupie (monacelle alla pugliese). Osobiście jest to najmniej przeze mnie degustowana część kuchni apulijskiej. Przy tak wspaniałych warzywach, rybach i owocach, o mięsie szybko się zapomina.

Oczywiście – region Apulii to również wspaniałe, aromatyczne wina. Kiedyś produkcja tego trunku była tak duża, że przewyższała produkcje na Sycylii czy w Toskanii. Niejednokrotnie można jeszcze spotkać się z nazwą Apulii jako „piwniczką Europy” i nic w tym dziwnego, bo wytwórstwo wina jest tu naprawdę imponujące. Paleta tutejszych win jest bardzo bogata: białe, czerwone, różowe, słodkie czy wytrawne. Na stołach stoi po prostu każde. Dominującymi szczepami są tu: Primitivo, Negroamaro, Nero di Troia, Malvasia, Aleatico czy Bombino Bianko i Bombino Nero. A co więcej Apulia może się pochwalić winami z oznaczeniem DOC ( denominazione di origine controllata) oraz DOCG (denominazione di origine controllata e garantita) – które są gwarancją włoskiego pochodzenia i jakości.

 

 

 

 

 

 

Co zatem zjeść z tych wszystkich bogactw Apulii? Możliwości jest naprawdę wiele. Jednak będąc w tym regionie koniecznie trzeba spróbować:

  • Sgagliozze – kawałki smażonej polenty, czyli kaszy kukurydzianej w niezwykle chrupiącej skórce – palce lizać. Najlepsze spotkamy na ulicach Barii
  • Riso, patate e cozze – czyli mieszanka ryżu, ziemniaków i małż. Tak! Wszystko podane razem i nie ma, że się nie da łączyć ryżu z ziemniakami. Wszystko układane jest warstwami z odrobiną cebuli i pomidorów
  • Parmigiana – to taka apulijska wersja lasagne bez makaronu. Gwiazdami dania są bakłażan, passata, regionalna kiełbasa. I wszystko oczywiście zapieczone.
  • Burrata – młodsza siostra mozzarelli. Trudno ją opisać – to taki woreczek z mozzarelli z półpłynną mieszanką strzępków samego sera i śmietany w środku. Smak – mega kremowy. Raj dla podniebienia.
  • Orecchiette – o którym wcześniej wspominałam, ale koniecznie trzeba je spróbować w towarzystwie sosu pomidorowego z dodatkiem pecorino (ser) i parmezanu lub z rzepą brokułową w smaku podobną do szpinaku.
  • Panzerotti – przekąska wytwarzana z „pizzopodobnego” ciasta  z mozzarelli i kawałków pomidora smażona na głębokim tłuszczu. Kaloryczna ale skosztować trzeba.
  • Pesce crudo – wspomniane owoce morza na surowo, naprawdę smaczne i uważam, że w tym regionie spokojnie można ich popróbować
  • Polpo – czyli ośmiornica czy to grillowana czy na surowo w sałatce. Próbowałam tez w pomidorach i skradła moje podniebienie. Smaczna.

Cóż! Można by jeszcze wymieniać i wymieniać, ale resztę spróbujemy już na miejscu

 

Apulia, jak każdy region w Itali czy każdy inny kraj, jest przebogata w smaki i aromaty, których koniecznie trzeba posmakować odwiedzając te zakątki. I dopiero wówczas kiedy zwiedzimy wszystkie ważne miejsca, nasycimy się wspaniałymi widokami i krajobrazami oraz okrasimy to wszystko wspaniałym jedzeniem, możemy powiedzieć – tak! Byłem zwiedziłem, skosztowałem, znam.

Agnieszka