Co znajdziesz w artykule?

Kto nie chciałby spędzić choć kilku dni na słonecznej wyspie Santorini? A kto już tam był, chętnie  wróciłby jeszcze raz. Jest coś magicznego w tej małej greckiej wyspie leżącej w Archipelagu Cyklad na Morzu Egejskim. Ta wyspa jest jak Atlantyda, która zaginęła i po wybuchu wulkanu pojawiła się na nowo w zupełnie innej odsłonie.

Historia Thera – czyli jak powstała wyspa Santorini

Thera  była dość duża wyspa o kształcie zbliżonym do koła. W XVII p.n.e ten rejon Morza Egejskiego, nawiedziło trzęsienie ziemi. Mieszkańcy, odpłynęli w popłochu w obawie o swoje życie na większe wyspy oraz na ląd stały obecnej Grecji. Niedługo po trzęsieniu ziemi nastąpił ogromny wybuch wulkanu znajdującego się na dnie morza. Wybuch rozerwał wyspę od środka, tworząc ogromny krater niemal w środku wyspy. Krater bardzo szybko napełnił się wodą, tworząc obecną Calderę, czyli coś na kształt zatoki wpływającej do wnętrza wyspy. Caldera w najgłębszym miejscu ma ponad 400 metrów głębokości. Nowa wyspa, która postała po wybuchu wulkanu już nie miała okrągłego kształtu, tylko przybrała kształt półksiężyca tworzącego brzeg Caldery. Wybuch wulkanu zniszczył całkowicie życie na Therze. Dopiero 500 lat później zaczęli osiedlać się tam pierwsi osadnicy.  Obecna Santorini otrzymała swoją nazwę w XIII w. naszej ery od św. Ireny – Santa Irina.

Santoryn podział na wyspy

W skład całego Santorynu wchodzi 5 wysp powstałych po wybuchu wulkanu: największa Thira w kształcie półksiężyca, druga większa Thirasia, trzecia leżąca w samym środku Caldery – Nea Kameni  – niezamieszkała wyspa, którą tworzą kratery wulkanu, kolejna to dużo mniejsza, również niezamieszkała – Palea Kameni oraz malutka wyspa zamykająca krąg Caldery – wyspa Aspronisi.

Każdy turysta mówiąc o wyspie Santorini, ma na myśli tę największą, najbardziej romantyczną wyspę. Mieszkańcy, a jest ich około 17 tys. utrzymują się głównie z turystyki, która bardzo rozwinęła się w XX w. Główne miejscowości na wyspie to Thira/Fira – stolica leżąca w centralnej części wyspy, Oia na północy, Parissa i Kamari na wschodzie,  Akrothiri i Bychlada na południu wyspy.

Jak i czym można dostać się na wyspę Santorini?

Santorini - prom
Santorini – prom

Obecnie z dostaniem się na wyspę nie ma najmniejszego problemu. Codziennie odpływają promy z Pireusu – podróż trwa około 8 godzin. Statek zawija jeszcze na inne wyspy Archipelagu Cyklad: na Paros i na Nexos. Port na Santorini znajduje się w Calderze w miejscowości Athinion. Tu przypływają również  w sezonie kilka razy w tygodniu wielkie wycieczkowce, wypluwając na brzeg kilka tysięcy turystów, którzy autokarami odwożeni są do Firy, Oi czy na południe wyspy.

W małych miasteczkach robi się wówczas ogromny tłok. Innym sposobem dotarcia na wyspę jest droga powietrzna. We wschodniej części wyspy jest międzynarodowe lotnisko, gdzie przylatują samoloty, przywożąc turystów z różnych krajów. Najczęściej spotykane są samoloty Ryanaira, oferujące tanie przeloty z różnych miejsc w Europie oraz greckie wewnętrzne linie Olimpic, łączące Santorini z Atenami.  Z Polski możemy przylecieć Ryanairem z Krakowa i z Gdańska. Lot trwa ok. trzy godziny.

Jak i czym poruszać się po Santorini?

Gdy już znajdziemy się na wyspie, to czujemy się tak, jakbyśmy znaleźli się po drugiej stronie lustra. Tu wszystko jest inne, niż nam się zdawało. Z portu w Athinion kursuje autobus lokalnej sieci KTEL. Wspina się po stromym zboczu historycznego krateru tworzącego Calderę. Serpentyna drogi wije się w górę na wysokość ok. 400 m, aż w końcu wyprostuje się na grzbiecie wyspy. Autobusem dojedziemy do centrum Firy na dworzec autobusowy. Tu krzyżują się wszystkie linie kursujące po wyspie. Zgodnie z rozkładem jazdy możemy się dostać stąd na plażę w Parissie, na lotnisko, do Akrothiri na południe wyspy, czy do Oi na północno – zachodni kraniec Santorini. Połączenia są bardzo częste i łatwo dostępne. Bilety sprzedawane są w autobusie, a koszt ich wynosi od 1,60 Euro do 2,20 Euro w zależności od miejsca docelowego. Poruszanie się po wyspie jest więc bardzo proste. W każdej miejscowości jest wiele hotelików, pensjonatów, pokoi do wynajęcia o różnym standardzie i odpowiedniej cenie. Ci, którzy zdecydują się na pobyt w Tirze, mają do dyspozycji szeroką gamę atrakcji, jakie oferuje większe miasto, lecz niestety nie mają możliwości bezpośredniego korzystania z plaży. Tira leży wysoko na szczycie klifu tworzącego krater historycznego wulkanu. Aby korzystać z kąpieli morskich, trzeba udać się na wschodnią część wyspy np. do Parissy czy Kamari, gdzie ląd się wypłaszcza i łagodnie schodzi do morza, tworząc plaże. Niestety wschodnie miejscowości wyspy  oferują turystom niewiele oprócz plaży, kilku restauracyjek, gdzie można zjeść lokalny posiłek oraz kilku straganów z regionalnymi pamiątkami. Wieczorami jest tam pusto i głucho.

Najpopularniejsze miejsca wśród turystów na Stantorini – czyli Fira i Oia

 

Santorini Oia nocą
Santorini – Oia nocą

Najbardziej turystycznymi miastami na całej wyspie są  Fira i Oia. To one tętnią życiem do późnych godzin nocnych. Miejscowi nastawiają się na obsługę turystów. Znajduję się tu mnóstwo restauracji, knajpek, małych tawern, kawiarni, lodziarni. Wszystkie oferują pyszne greckie dania. Przyjęto, że hoteliki, pensjonaty, pokoje oferowane są turystom tylko ze śniadaniem na miejscu. Natomiast lunche, obiady i kolacje zjemy na mieście dając zarobić gastronomom.

 

Popularne potrawy i napoje, czyli co możemy zjeść na greckiej wyspie?

moussaka
moussaka

Już od wczesnych południowych godzin zapełniają się stoliki i turyści kosztują kuchnię grecką począwszy od przekąsek typu pita z gyrosem, suflaki czy greckie placuszki, a kończywszy na daniach obiadowych. Serwowane są wówczas takie dania  jak moussaka – zapiekanka z mięsa mielonego, bakłażana, pomidora polana sosem beszamelowym, gemisto – nadziewane ryżem z warzywami pomidory i papryki, zapiekane w piecu czy wspaniale grillowane lub pieczone ryby podawane ze schłodzonym piwem Alfa, bądź lokalnym białym winem ze szczepu Assyrtiko. Winnice wyglądają zupełnie inaczej niż w całej Europie. Krzewy winne rosną bardzo nisko tuż przy ziemi, bez żadnych podpórek, po to, by uchronić się od silnych wiatrów. Jadąc KTELem na wschodnią część wyspy, mijamy na nasłonecznionych stokach wiele takich winnic przyziemnych.

Na deser, na ochłodę wspaniale smakuje, oprócz oczywiście lodów w wielu smakach, schłodzony jogurt grecki wraz z chłodnymi pokrojonymi świeżymi owocami.  Do tego specjalna kawa, parzona w tygielku, oczywiście po grecku. Gdy dodamy jeszcze widok z kawiarni na Calderę z wulkanem Nea Kameni, to nic więcej do szczęścia nie potrzeba: siedzieć, degustować i cieszyć oczy widokiem.

Wokół otaczają nas białe domy, przyklejone do zbocza z niebieskimi okiennicami. Co jakiś czas oko wychwytuje pomiędzy domami niebieską kopułę, charakterystyczną dla kapliczek na wyspie. Wszystko  stwarza bardzo romantyczny nastrój. Gdy zasiądziemy w takiej kawiarni z widokiem na Calderę w porze wieczornej, to czeka nas wspaniały zachód słońca, które w odpowiednim czasie chowa się za wyspę Thirasię.

Zachód słońca na Santorini

Santorini - zachód słońca - Oia
Santorini – zachód słońca – Oia

Najpiękniejszy widok zachodzącego słońca jest w Oi na północnym zachodzie wyspy. Już od godziny 17.00 autobusy lokalne – KTELe zwożą turystów do miasteczka, chcących uwiecznić ten piękny obraz swoimi aparatami fotograficznymi, bądź przeżyć niezwykły moment, gdy zachodzące słońce topi się w morskiej toni, daleko na horyzoncie. W tym czasie Oia przeżywa oblężenie turystów. Po zachodzie słońca, zasiada się w restauracyjkach, odwiedza liczne sklepiki, zostawiając dla miejscowych drogocenne euro.

Jakie plaże znajdują w Santorini?

Jadąc do Grecji na wakacje nie wyobrażamy sobie, że nie będziemy korzystać z kąpieli, wręcz odwrotnie, chcemy to robić jak najczęściej i mieć szybki dostęp do plaży. Mieszkając w Tirze tak się nie da, ale za to mamy możliwość poznać różne rodzaje: od tych ciemnych kamienistych, przez plaże czerwone, aż do białych, choć one w niczym nie przypominają naszych szerokich bałtyckich z białym piaskiem.

Na Santorini nie ma piasku na plażach, jest kamień, kamyczek, mniejszy lub większy. Dlatego polecam wszystkim zabierać kryte buty przeznaczone do kąpieli. Jak już pisałam, najbardziej przyjazne ciemne – niestety, ze względu na ukształtowanie geologiczne wyspy, są plaże na wschodzie wyspy, gdzie ląd łagodnie schodzi do morza np. w Perissie czy w Kamari.

Czerwona plaża

Santorini - czerwona plaża
Santorini – czerwona plaża

Na południu, dojeżdżając do Akrothiri, możemy dość skalną ścieżką (nie polecam klapek lub japonek na tę ścieżkę) do czerwonej plaży, przy której czerwone klify wpadają do morza, tworząc przy brzegu wąską plażę z wypłukanych czerwono-czarnych kamyczków. Podobny krajobraz jest na północy wyspy, niedaleko Oi, w Ammoudi.

Biała plaża

Santorini - biała plaża
Santorini – biała plaża

Morską taksówkę w Akrothiri, możemy dopłynąć do białej plaży. Ogromne białe piaskowce wyrzeźbione przez wodę,  tworzą ścianę skalną topiącą się w morzu, choć na małym odcinku są nieco cofnięte w ląd, dając możliwość utworzenia niedużej plaży, oczywiście kamienistej. I tak codziennie możemy się kąpać i spędzać czas w innym bardzo urokliwym miejscu. Wszystkie autobusy odchodzą z Tiry promieniście w każdym kierunku. Mieszkając poza Tirą musimy do niej dojechać, przesiąść się na inny autobus i jechać do wybranego celu. I choć odcinki nie są długie, od kilku do kilkunastu minut jazdy autobusem, to jednak dojazdy zabierają nam cenny na wyspie czas.  Ale coś  za coś.

Rejs po Calderze czy warto?

Będąc na Santorini musimy koniecznie popłynąć w rejs po Calderze – koniecznie zabierzmy ze sobą  strój kąpielowy oraz ręcznik. Bilety kupimy w każdym biurze turystycznym w Tirze lub Oi. Statki odpływają w starym porcie w Tirze, do którego dostaniemy się kolejką gondolową tzw. teleferika lub możemy skorzystać z pieszej wędrówki i zejść po prawie 600 schodach prowadzących z centrum Tiry prosto do portu. W drodze powrotnej można skorzystać z usługi transportowej na ośle. Kilka przygotowanych odpowiednio osiołków czeka na dole, aby za opłatą wwieźć na swoim grzbiecie ospałych turystów.

Rejs trwa około trzech godzin. Statek płynie najpierw do zatoczki przy wyspie Nea Kameni. Tam cumuje, a turyści ruszają w głąb wulkanicznej wyspy. Sama wyspa to wygasłe kratery wulkaniczne, nie ma tu żadnej roślinności jedynie zastygła lawa w różnych formach. Lokalne władze stworzyły na wyspie Park Wulkanu i po wykupieniu biletu,

Santorini - rejs statkiem
Santorini – rejs statkiem

możemy swobodnie poruszać się po ścieżce prowadzącej na szczyt krateru. Droga pod górę, po kamieniach w upalny dzień, to wyzwanie, ale osiągnięcie szczytu o wys. 128 m n.p.m. wynagradza zmęczenie i trud marszu. Mamy niesamowite widoki na wszystkie cztery strony świata, a w środku – krater wulkanu. Cała trasa do krateru i z powrotem zajmie nam około 60 minut. Więc czy warto? Zdecydowanie tak!

Wyspa Palea Kameni

Dalsza trasa rejsu prowadzi wokół wyspy Nea Kameni. Możemy podziwiać zastygłą lawę tworzącą przedziwne formy skalne wystające z wody. Dopływamy w końcu do wyspy Palea Kameni, gdzie przy samym brzegu są gorące źródła  zawierające dużo minerałów. Statek nie dobija do brzegu, tylko cumuje w odległości ok. 100 metrów od basenu ze źródłami. Turyści skaczą  do wody, bądź schodzą po trapie. Ci, co nie umieją pływać, dostają piankowe wspomagacze, chociaż woda jest tak słona, że bardzo trudno jest się w niej choćby zanurkować. Niedaleko miejsca cumowania znajdują się gorące źródła, gdzie możemy potaplać się w mineralnym błotku.

Ostatni rzut okiem na Santorini

Można tu jeszcze wiele zobaczyć i eksplorować najdalej wysunięte miejsca na wyspie. Czasu nigdy nie będzie za dużo. Jeszcze ostatnie spojrzenie na Calderę, na wulkan, na białe, przyklejone do skał, co najmniej raz w roku malowane domy, na niebieskie kopuły kapliczek, na otwarte kawiarenki zapraszające do środka, na rozwieszone na ulicach stragany z pamiątkami, wystawy sklepowe pełne lokalnych towarów, na wąskie uliczki z kamiennymi schodkami, na grecką muzykę sączącą się z otwartych drzwi lokali, czy sklepów.

To wszystko składa się na magię i romantykę  wyspy Santorini…

Witajcie,

Dziś wyruszamy na Szlak Piastowski. Niestety nie zdołamy całego Szlaku zwiedzić w jeden weekend. Skupimy się na Ostrowie Lednickim, Gnieźnie, Biskupinie i na koniec zawitamy do Wenecji. Zaczynamy więc od początków Państwa Polskiego, które związane jest z przyjęciem  chrztu przez księcia Mieszka I, władającym wówczas  zjednoczonymi ziemiami obecnych Kujaw i Wielkopolski. Kroniki źródłowe podają różne daty przyjęcia chrztu, rozbieżność w czasie jest kilkuletnia. Aby  ujednolicić tę datę, przyjęto rok 966 jako rok przyjęcia Chrztu przez Polskę oraz  wiary katolickiej.  Nie ma też zgodności źródłowej, gdzie miała miejsce ta uroczystość. Pod uwagę bierze się katedrę w Poznaniu na Ostrowie Tumskim, katedrę w Gnieźnie oraz pallatium Mieszka I na Ostrowie Lednickim.

Naszą podróż zaczniemy właśnie od Ostrowa Lednickiego. Dzieciaki gotowe, zarówno Krystianek jak i Nelcia nie mogły doczekać się kolejnej podróży z babcią. Tym razem też będzie ciekawie.

No to ruszamy.

 

Pllatium Ostrów Lednicki

Po dojeździe do Dziekanowic nad jeziorem Lednica, zostawiamy auto na parkingu i idziemy na prom, który wozi turystów z Dziekanowic na Ostrów Lednicki i z powrotem. Rejs promem trwa krótko, ale dla dzieci to duża atrakcja. Gdy tylko dobijamy do brzegu, witają nas drewniani jeźdźcy na koniach.

Ostrów Lednicki to największa wyspa na jeziorze Lednica.

Tu właśnie odkryto średniowieczne Pallatium, które należało najprawdopodobniej do władcy ówczesnych ziem – księcia Mieszka I. Pallatium, to obecnie obiekt archeologiczny, ale zachowany w bardzo dobrym stanie i przy odrobinie wyobraźni, można zorientować się jak wygadała rezydencja księcia Polan. Jest również kaplica, w której zachowały się misy chrzcielne, co mogłoby świadczyć o tym, że właśnie tu dokonano chrztu władcy polskiego. Pallatium można obejść, trzymając się wyznaczonego toru przejścia.

Potem można jeszcze pospacerować po wyspie wzdłuż wałów drewniano ziemnych, które obrazują jak kiedyś wyglądał gród średniowieczny. Do dzieci to mało przemawia, ale trzeba im opowiedzieć historię króla Mieszka I i jego żony Dobrawy, pokazać gdzie mieli swoje komnaty, gdzie bawiły się ich dzieci i gdzie chodzili do kaplicy. Ale i tak najbardziej podobają się drewniani rycerze na koniach.

Z Dziekanowic jedziemy wzdłuż jeziora, do Lednogóry, a potem jeszcze na Pola Lednickie. Po drodze oglądamy raz jeszcze największą wyspę na jeziorze Lednica czyli Ostrów Lednicki oraz dwie mniejsze wysepki, wyspę Ledniczkę i wyspę Mewią. Na Polach Lednickich zatrzymujemy się, bo chcę dzieciom pokazać Bramę Trzeciego Tysiąclecia – Bramę Rybę. Jest to ogromna rzeźba w formie ryby symbolizującą przejście z  drugiego do trzeciego tysiąclecia. Dla katolików ma ona ogromne znaczenie. Tu bowiem odbywają się co roku Ogólnopolskie Spotkania Młodych Lednica 2000. Młodzi ludzie śpiewem i modlitwą wyznają swoją wiarę. Symboliczne przejście przez bramę oznacza zbliżanie się do Chrystusa. Dzieci oczywiście też przeszły drogę od jeziora i przekroczyły Bramę Rybę.

Teraz udajemy się do Gniezna. Dzieje tego miasta sięgają daleko w głąb historii Polski. Z Gnieznem wiąże się legenda o trzech braciach: Lechu, Czechu i Rusie. Podczas długich wędrówek bracia zatrzymali się nad jeziorem ( obecnie nazywanym Jelonek ) popatrzyli na siedem wzgórz i Lech stwierdził, że on założy tu swoje gniazdo. Pozostał w tym miejscu, a bracia poszli dalej: jeden na południe, a drugi na wschód. Miejsce, które obrał Lech na swoją siedzibę rozrosło się i do dziś uważane jest za pierwszą siedzibę – gniazdo narodu polskiego.

My udajemy się na Wzgórze Lecha, najwyższe z siedmiu otaczających miasto wzniesień. Tutaj zbudowano najważniejszy obiekt sakralny – bazylikę archikatedralną p.w. NMP i św. Wojciecha. Dzieci są mało zainteresowane zwiedzaniem katedry, choć jest ona piękna i majestatyczna. Ale gdy zaprowadziłam je do Drzwi Gnieźnieńskich, o których wcześniej im opowiedziałam, to stały i długo przyglądały się poszczególnym scenom z życia i męczeństwa św. Wojciecha przedstawionych na poszczególnych kwaterach. Parząc od dołu do góry, można prześledzić na płaskorzeźbach całe życie świętego. Bardzo się podobała dzieciom taka książka z obrazkami na drzwiach, przedstawiająca świętego. Zeszliśmy też do podziemi katedry i tam zobaczyliśmy m.in. fragmenty murów obiektu sakralnego zbudowanego przez Mieszka I, który rezydował na Ostrowie Lednickim. Opuszczamy Wzgórze Lecha, na którym znajduje się jeszcze wiele interesujących miejsc, ale dzieci już ciągną mnie na Trakt Królewski, aby między innymi szukać królików.

 

 

Zapytacie o co chodzi z tym królikami. Otóż ściągnęłam na telefon aplikację Królika Goń, która ułatwi poruszanie się po Trakcie Królewskim. Trakt Królewski to piesza trasa przez centrum miasta, łącząca  najważniejsze zabytki miasta, pomniki 5 królów polskich koronowanych w katedrze gnieźnieńskiej oraz małe zabawne postacie wspomnianych już królików. 15 postaci  królików – figurek symboli nawiązujących  do najważniejszych momentów w historii miasta. I tak możemy znaleźć królika kupca, królika rajcę, królika degustatora, królika woja, czy królika hokeistę. Dla dzieci to świetna zabawa, a przy tym nauka. Aplikacja pomaga, uczy, opowiada. Przy każdym znalezionym króliku czy królu jest historyczna zagadka, na którą trzeba odpowiedzieć i zdobywać punkty. Dla moich wnuków zagadki te są za trudne, ale i tak zabawa była przednia. Bieganie po centrum miasta i odnajdywanie coraz to nowych figurek czy pomników królów, zajęło nam całe popołudnie, aż w końcu trzeba było udać się do hotelu i odpocząć po wyczerpującym dniu. Do Gniezna jeszcze wrócimy, bo zabrakło czasu na zwiedzanie Muzeum Początków Państwa Polskiego, a to jeden z ważniejszych  punktów turystycznych na mapie Gniezna.

Następnego dnia żegnamy Gniezno, ostatni rzut oka na dominującą nad miastem katedrę. Teraz udajemy się do Biskupina. Jedziemy ok. 40 km na północ pokonując kolejne etapy Szlaku Piastowskiego. Biskupin – to mała miejscowość, w której znajduje się jeden z największych w Europie Rezerwat Archeologiczny. Tu można spędzić wiele godzin spacerując po ogromnym terenie i oglądając pozostałości i ślady dawnego osadnictwa od epoki kamienia łupanego aż do wczesnego średniowiecza.

My nie mamy tyle czasu i też zainteresowanie dzieci skupia się bardziej  na tym co przemawia do ich wyobraźni. Idziemy zatem do najciekawszej ekspozycji położonej na wyspie, czyli rekonstrukcji osady obronnej z epoki brązu i żelaza. Tutaj dzieci mają sporo atrakcji do obejrzenia: chaty drewniane, do których można wejść do środka i zobaczyć jak kiedyś mieszkali tam ich właściciele,  ulicę okalającą rząd domostw, mury obronne, bramę wjazdową z charakterystyczną wieżą. Pomiędzy domostwami krążą pracownicy muzeum ubrani w stroje z ówczesnej epoki. Dzieciom wydają się bardzo dziwni, bo ich ubranie znacząco odbiega od strojów , które my teraz nosimy. Wizyta w Rezerwacie Archeologicznym to prawdziwa lekcja historii. Myślę, że dzieci sporo zapamiętają, ale nie możemy zostać tu zbyt długo, bo przy wejściu do Muzeum  jest przystanek kolejki wąskotorowej, do której wsiądziemy i pojedziemy otwartymi wagonikami aż do Wenecji.

Ta podróż, to dopiero jest atrakcja. Kolejka jedzie powoli, można podziwiać widoki dookoła. Pogoda jest piękna i odkryty wagon pozwala cieszyć się urokami lata. Drewniane siedzenia nadają urok tej podróży. Takiego komfortu jazdy już nie spotkamy w pociągu. Po kilkunastu minutach docieramy do Wenecji na Pałukach. Dlaczego Wenecja ? Bo miejscowość leży nad trzema jeziorami: Biskupińskim, Weneckim i jeziorem Skrzynka. Tutaj  czekają na nas dwie ostatnie atrakcje na dzisiaj. Pierwsza to ruiny zamku, nazywanego czarcim zamkiem z wystawą maszyn oblężniczych. Zainteresowały one szczególnie  Krystianka. Przyglądał się każdej z osobna i zasypywał mnie pytaniami jak się z tego strzela czy też do czego służą poszczególne elementy machiny. No cóż moja militarna wiedza jest ograniczona, więc musiałam używać wyobraźni, aby zaspokoić ciekawość wnuka. Na koniec naszej wycieczki spacer do Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji. Tu z kolei mnóstwo starych parowozów, pociągów, do których można wejść i poczuć się jak podróżny z poprzedniej epoki.

I tak zakończył się nasz krótki weekend na Szlaku Piastowskim. Wrócimy tu za rok i zobaczymy kolejne miejsca związane z pierwszym Piastami na ziemiach polskich. Tymczasem pora wracać do domu. To już ostatni weekend wakacji, zaczyna się szkoła i nie będzie już czasu na wyjazdy weekendowe, choć może jeszcze uda się gdzieś, choć na krótko wyskoczyć.

Cieszę się i dziękuję Wam bardzo za to, że podróżowaliście z nami. Gdybyście jeszcze kiedyś chcieli się wybrać na weekend z nami, to dajcie znać. Moje wnuki gotowe są do podróży zawsze, a ja też nie posiedzę zbyt długo w domu.

Zatem do zobaczenia, gdzieś na kolejnym szlaku…

Babcia Pola

Azulejos

Portugalia jest jednym z tych krajów, które już przy pierwszych odwiedzinach sprawiają, że koniecznie trzeba będzie tu wrócić. Krajobrazy, miasta, ludzie, kuchnia. Wszystko jest fantastyczne i niepowtarzalne. Ale Portugalia to jeszcze różne ciekawostki takie jak chociażby azulejos. Spotykane niemal na każdym kroku ścienne dekoracje, niejako kafelki, są jednym z najbardziej rozpoznawanych symboli Portugalii.

Azulejos to nic innego jak ceramiczne płytki, o kwadratowym kształcie pokrytym nieprzepuszczalnym i błyszczącym szkliwem. Są  one używane w Portugalii jako elementy mozaik, które składają się z wielu licznych elementów pokrywających ściany.  Urocza w pojedynkę, w grupie tworząca arcydzieło. Kiedyś płytki te pokrywały całe ściany, podłogi i sufity w domach czy pałacach, obecnie natomiast spotykamy je na zewnętrznych ścianach budynków oraz w portugalskich kuchniach i łazienkach. Azulejos to nie tylko dekoracja, to przede wszystkim przekaz scen historycznych, mitologicznych czy religijnych, ale także szeroka gama elementów dekoracyjnych, zarówno geometrycznych jak i roślinnych. Ponadto układanie azujejos dawniej miało bardzo ważne społeczne znaczenie. W ten sposób odróżniano domostwa, a nawet je dekorowano.

Jak zatem wytłumaczyć nazwę azulejos? Są dwie teorie pochodzenia tej nazwy. Jedna z nich wskazuje na prawdopodobne pochodzenie nazwy od arabskiego azzelij, co ma oznaczać mały gładki kamień. Druga teoria twierdzi natomiast, że azulejo wzięło się od słowa „azul” co oznacza niebieski i niewątpliwie jest dość dobrym tropem, ponieważ większość produkowanych kafelków azulejos jest właśnie koloru niebieskiego.

Technologia wytwarzania azulejos dotarła do Portugalii na przełomie XV i XVI w. za sprawą przybyłych do Portugalii Maurów. Maurowie znali technikę pokrywania porcelany szkliwem, ponieważ mieli z nią styczność wcześniej, dzięki chińskiej porcelanie docierającej do Europy przez Jedwabny Szlak. Pierwsze produkowane kafle były koloru białego. Dopiero z czasem pojawił się na nich błękitny ornament. I choć Portugalia stała się niejako matką tych charakterystycznych cieńkich płytek, to dotarły one również do Holandii czy Włoch.

Azulejos mają też bardzo specyficzne właściwości. Poza tym, że pełnią funkcje ozdobne i dekoracyjne to przede wszystkim są bardzo trwałe. Ich funkcjonalność natomiast przejawia się tym, że latem chronią przez upałem, a jesienią i zimą przed wilgocią. Ze względy na typ produkcji możemy wyróżnić azulejos mudejar, majolika i półprzemysłowe azulejo.

Azulejos jest pięknem samym w sobie. Przemiło jest spacerować i zwiedzać wśród tak wspaniałych form zdobniczych. Za najwspanialsze miejsca, gdzie niewątpliwie można podziwiać unikatowość azulejo uchodzą: Muzeum Azulejos w Lizbonie, Manufaktura Loja Viuva Lamego, Igreja e Convento dla Graca w Lizbonie, Stacja Sao Bento w Porto czy Miraduoro Santa Luzia.

Wszędzie tam gdzie spotkamy się z azulejos na swoim szlaku, na pewno będziemy nim niezmiernie zachwyceni.

Czeska kuchnia

Kulinaria. Ten aspekt wszelkich naszych podróży przeważnie wysuwa się na pierwszy plan turystów. Często w trakcie licznych wyjazdów pada pytanie – a co pysznego można tutaj zjeść czy spróbować? Bardzo często nasuwa się automatyczna odpowiedź – wszystko 😊. Tak wszystko. Skosztować należy każdej kuchni i każdego dania i dopiero później wyrobić sobie zdanie – smakuje mi, nie smakuje. Ale skosztować trzeba. O smakach różnych kuchni można dyskutować wieloma godzinami. Tym razem skupimy się jednak na kuchni czeskiej, na tych wszystkich specjałach, które warto pokosztować odwiedzając Republikę Czech – naszych sąsiadów. A wszystko to za sprawą „Polsko- Czeskiego Festiwalu smaków pogranicza”, który właśnie trwa w Jeleniej Górze. Gotowi na podróż w kulinarne czeskie smaki? To zaczynamy.

Czeska kuchnia jest bardzo bogata w różne smaki i specjalności. Wśród dań mamy wiele możliwości wyboru mięsnego czy bezmięsnego posiłku. Można znaleźć tu pyszności w postaci pieczeni wieprzowej z kilkoma rodzajami knedlików i kapustą, ale także placek ziemniaczany z przyprawami, knedliki owocowe, czy też obłędny smazeny syr. Wszystko to ma niepowtarzalny smak i aromat, który skusi każdego, nawet najbardziej upartego turystę. Wpływ na dzisiejsze czeskie smaki mały zarówno warunki geograficzne jak i wielowiekowe wpływy historio-kulinarne. Tak – historia Korony Czeskiej odcisnęła wielkie piętno również na jedzeniu. Naleciałości kuchni myśliwskiej, a także zamiłowanie do potraw mącznych, Czesi zawdzięczają Habsburgom, którzy panowali tu na przestrzeni XVI – XX w. Zatem w czeskiej kuchni na każdym kroku można spotkać naleciałości kuchni austriackiej i niemieckiej w postaci sznycli, wieprzowych pieczeni aż po jabłkowego strudla. Po ustaniu rządów austro – węgierskich możemy oficjalnie mówić o procesie kształtowania się kuchni narodowej, która dzisiaj ma wyjątkowy i ciekawy smak.

Na czeskich stołach w codziennym jadłospisie króluje wieprzowina i drób, a przy szczególnych okazjach – dziczyzna. Czesi chętnie jedzą wszelakie wędliny, zwłaszcza w typu salami. Typowymi dodatkami do mięsa są tu ziemniaki i to w różnych postaciach, ale również knedliki, o których jeszcze będzie mowa. Warzywa na talerzu to jedynie dodatek, wręcz ozdoba. Do niektórych dań jednak dodaje się obłędną zasmażaną kapustę, zarówno białą jaki i czerwoną. Ale o warzywach nie zapominają – jak zdawać by się mogło. Strączkowe warzywa Czesi wykorzystują w zupach, zwłaszcza soczewicę, która jedzą w formie ostrej… z octem…Ponadto nasi południowi sąsiedzi są wielkimi miłośnikami grzybów leśnych, które zarówno chętnie zbierają jak i dodają do zup i mięsa. Najpopularniejszymi przyprawami jakie Czesi używają są koperek i kminek, na stołach króluje też ocet i musztarda.

A zatem będąc w Czechach koniecznie trzeba skosztować następujących specjalności:

  • Svickova – nazwa dania odnosi się do mięsnego dania z polędwicy podanej w bardzo ciekawym smakowo sosie w asyście z knedlikami, bitą śmietana i żurawiną
  • Knedliki – przygotowane na bazie gotowanych ziemniaków lub mąki pszennej. Przygotowane knedliki kroi się w plastry i podaje jako dodatek do dań
  • Vepro knedlo zelo – to absolutna klasyka – połączenie plastrów knedli z pieczonym mięsem i kapustą
  • Pecena kachna – to danie na bazie pieczonej przez wiele godzin kaczki podawanej w asyście knedlików i czerwonej zasmażanej kapusty
  • Smazeny syr – kawałek dużego sera w panierce, smażony i podawany z frytkami i sosem tatarskim
  • Veprovy rizek – kotlet schabowy w panierce podawany często z sałatka ziemniaczaną na zimno
  • Utopenci – małe kiełbaski marnowane z cebulą w octowej zalewie
  • zupy – przepyszne takie jak czosnkowa z grzankami i serem, kapuściana czy kyselica, a na południu kulajda – czyli zupa przygotowana z wykorzystaniem gęstej śmietany, grzybów, jaj i ziemniaków doprawionej koprem czy kminkiem
  • słodkości: pyszny trdelnik – ciasto w formie walca podawane na różne sposoby czy valasske frgle – cienkie i duże placki drożdżowe z twarogiem, marmolada i kruszonką, a także popularne palacinky

 

Wśród ciekawostek czeskich kulinariów nie może zabraknąć rohlików, czyli podłużnych bułek, których nie kroi się w poprzek, tylko smaruje po wierzchu masłem i okłada serem lub wędliną. Ciekawym zwyczajem kulinarnym są chlebicky, czyli coś podobnego do kanapek, przygotowywane z pieczywa typu bułka paryska, posmarowane pastą na bazie majonezu i obłożone serem, szynką, gotowanym jajkiem i innymi dodatkami.

Poza tymi rozmaitościami są też iście lokalne smakołyki. I tak w Horicach w pobliżu Karkonoszy produkuje się rurki z Horic, czyli zwinięte cienkie wafle wypełnione kremem. W Pardubicach skusi nas słodki piernik, który produkowany jest tutaj od stuleci, w Stramberku na Morawach – koniecznie trzeba skosztować korzennych ciastek nazywanych tu Sztamerskie Uszy. Dla wszystkich tych, którzy nie są miłośnikami słodyczy godne polecenia są wyroby z okolic Ołomuńca i Lostic, gdyż to tu skosztować można wybornych, specjalnych dojrzewających i aromatycznych serów nazywanych tvaruzkami.

Jak mowa o czeskim jedzeniu to nie może też zabraknąć wzmianki o czeskich napojach. A jak mowa o napojach to oczywiście na czołówkę wysuwa się czeskie piwo. Ten złoty napój jest nieodłącznym towarzyszem każdego dorosłego Czecha i każda okazja a nawet jej brak jest doskonałą sposobnością by wypić kufel lub dwa. Piwo to wielka pasja, miłość i duma Czechów. Możemy skosztować tu 2 rodzaje piwa – jasne i ciemne, ale każde wyrabiane w kilku odmianach. Porządne czeskie piwo to złocisty pilzner lub lager czyli svetle pivo, które mam wyważony smak, chmielowy i gorzki i ważony w dwóch odmianach – 10% ekstraktem i 12% ekstraktem. Każde z nich trzeba koniecznie spróbować.

Na Morawach natomiast koniecznie trzeba spróbować lokalnego wina. Wytwarzane tu winne trunki są wyśmienite i na pewno zaskoczą niejednego smakosza. Skosztujemy tu zarówno białych jak i czerwonych win, mniej i bardziej aromatycznych, a odwiedzając lokalne piwnice zaskoczą nas one swoja wielkością i różnorodnością. Wśród najbardziej znanych gatunków trzeba koniecznie wymienić: Muskat moravsky, Devin, Palava, Tramin cerveny, Cabernet Moravia, Svatomartinskie ruzove czy Vetlinskie zelene.

Co kraj to inne specjalności, które trzeba koniecznie skosztować czy po degustować. Dlatego też będąc w Czechach czy przy każdej nadarzającej się okazji niech towarzyszą nam te specjały. Smacznego.

Agnieszka

BABCIA POLA OPOWIADA…

Mazury: Góry Świętokrzyskie

Witajcie,

I znowu ruszamy na weekendową wycieczkę. Tym razem wybrałam Łagów na Pojezierzu Lubuskim. Kto chce z nami jechać, to zapraszam. Będzie można powędkować. Dziadek się już szykuje na wielkie ryby 😊. Dzieciaki też się cieszą, bo pobyt nad wodą, to zawsze frajda.

No to ruszamy. Województwo Lubuskie zaprasza. Podczas jazdy Krystianek słusznie zauważył, rozważając nazwy województw, że niektóre z nich nazywają się tak jak ich stolice np. łódzkie, opolskie czy lubelskie. „A jakie miasto jest stolicą województwa lubuskiego ?” zapytał mnie wnuk. Otóż tu jest sprawa dość skomplikowana, bo akurat to województwo ma dwie stolice: Zieloną Górę i Gorzów Wielkopolski. 1.01.1999 wprowadzono reformę podziału administracyjnego i podzielono Polskę na 16 województw zamiast 49  istniejących od 1975 roku. Województwo Lubuskie powstało w wyniku połączenia województw zielonogórskiego, gorzowskiego i częściowo leszczyńskiego. Ponieważ oba duże miasta pretendowały do stolicy nowego województwa i oba były godne, by piastować to stanowisko, postanowiono, że będą dwie stolice. I tak Gorzów Wielkopolski jest siedzibą wojewody lubuskiego, a w Zielonej Górze znajduje się samorząd województwa. A sama nazwa pochodzi od dawnej krainy historycznej Ziemi Lubuskiej, choć jej stolica Lubusz znajduje się obecnie na terenie Niemiec. Ale przyzwyczajenie do nazwy zostało.

Całą drogę dzieci drzemały, dziadek prowadził samochód, rozmyślając jakie to ryby złowi dzisiaj. Gdy byliśmy już na drodze ekspresowej nr 3, Krystianek się obudził spojrzał przez okna i aż krzyknął. „Babciu co to wielki biały człowiek  tam stoi na wzgórzu?”  No tak, dojechaliśmy właśnie do Świebodzina, miasta które zasłynęło w 2010 z posiadania największego pomnika Chrystusa Króla na świecie, mierzącego 33 metry wysokości. Dwa lata później w Boliwii odsłonięto pomnik Chrystusa o 1,2 m. wyższego od świebodzińskiego pomnika. Dzieci zażyczyły sobie zobaczyć pomnik z bliska. Zjechaliśmy z S-3 i wjechaliśmy do miasta. Zaparkowaliśmy samochód na parkingu pod pomnikiem i weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którym stoi pomnik. I tu rozczarowanie, dzieci podniosły głowy do góry i widziały tylko białą ścianę. Pomnik o wiele lepiej prezentuje się z daleka.

Dalsza droga przebiegała już bez postojów. W Świebodzinie skręciliśmy na drogę krajową nr 92 i nią dotarliśmy prosto do celu, czyli do Hotelu Bukowy Dworek  w Gronowie, tuż przed Łagowem. Tam zarezerwowałam  jeden z domków na terenie hotelu.

O siedzeniu w domku nie było mowy, bo panom strasznie śpieszyło się na ryby. Do Łagowa jest tylko kilka kilometrów, więc szybko znaleźliśmy się w centrum miasteczka. Łagów Lubuski to taka perełka regionu. Miasteczko jest bardzo urokliwe, oblane z każdej strony wodami jeziora Łagowskiego  i jeziora Trześniowskiego. Oba te jeziora łączą się ze sobą wąskim kanałem pod ulicą Zamkową. Pierwsze wzmianki o Łagowie pochodzą już z XIII wieku, kiedy to miejscowość należała do komandorii Templariuszy. Potem przeszła w ręce zakonu Joannitów, którzy włożyli duży wkład w rozwój Łagowa i okolicznych miejscowości. W samym sercu miasteczka na wzgórzu zbudowali zamek, w którym mieściła się siedziba władz zakonnych. Obecnie w zamku znajduje się hotel, ale można wejść do środka, obejrzeć dziedziniec i mury zamkowe od środka, czy salę gotycką. Na teren zamku prowadzą dwie bramy zamkowe: Polska i Marchijska, a cały zamek wraz z wieżą otacza piękny Park Zamkowy.

Dziadek z Krystiankiem nawet nie chcieli słuchać o Łagowie. Zabrali z samochodu wędki i poszli szukać odpowiedniego miejsca, aby rozłożyć się ze sprzętem. Wcześniej dziadek załatwił stosowne zezwolenie na połów ryb na jeziorze Łagowskim. My zaś z Nelcią udałyśmy się do Parku Zamkowego. Obeszłyśmy zamek, zajrzałyśmy do środka na dziedziniec. Zdecydowałyśmy nawet wejść na wieżę zamkową po 334 stopniach i pooglądać Łagów z góry. Przy zamku jest plac zabaw dla dzieci i tam zrobiłyśmy sobie przerwę. Nelcia była zadowolona, bo huśtawki  i karuzela, to dla niej najlepsza zabawa. Ale w końcu i to się znudziło i postanowiłyśmy poszukać naszych panów łowiących ryby nad jeziorem. Ale, żeby było ciekawiej, to zdecydowałam, że będziemy ich szukać z wody, a nie z brzegu. W miasteczku jest kilka wypożyczalni sprzętu wodnego. Pomimo sobotniego popołudnia nam się udało i wypożyczyłyśmy rower wodny. Nelka dostała pomarańczowy kapok, taki specjalny dla dzieci. Ja też skorzystałam, bo nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć.

Wypłynęłyśmy na jezioro. Niestety, ale musiałam sama pedałować, aby nasz rower wodny posuwał się do przodu. Płynęłyśmy na drugą stronę jeziora, bacząc czy gdzieś nie widać naszych wędkarzy. Liczyłam, że ich namierzymy, choć nabrzeże jeziora Łagowskiego jest dość długie i kręte. Ale udało się, bo dziadkowi nie chciało się iść zbyt daleko.  Nelcia zauważyła pierwsza Krystianka siedzącego na brzegu na małym krzesełku z wędką na kolanach. W domu przeszedł szybkie szkolenie i wyglądał jak prawdziwy wędkarz. Dziadek natomiast w wysokich specjalnych  butach stał po kostki w wodzie i zarzucał wędką na tzw. muchę.

Gdy dopłynęliśmy do nich, to nie wierzyli własnym oczom, że to my. Krystian już nie chciał łowić, tylko koniecznie na rower. No cóż na pewno jest to przyjemniejsze zajęcie niż siedzenie i czekanie aż ryba zechce podpłynąć i dać się nabrać na różne wędkarskie sztuczki. Wracaliśmy tym rowerem już we trójkę. Ja miałam pomocnika do pedałowania i dość szybko osiągnęliśmy drugi brzeg.

Zrobiło się już późno i pora była by wracać do naszego domku. Dziadek oczywiście nic nie złowił, chociaż plany miał ambitne. Odgrażał się, że następnego dnia, to on nam pokaże prawdziwe ryby.

Zaraz po śniadaniu, pojechaliśmy  jeszcze raz do Łagowa. To co prawda kilka kilometrów z Gronowa, ale trzeba jechać samochodem. I znów dziadek z całym swoim oprzyrządowaniem wędkarskim zasiadł na brzegu, a my postanowiliśmy korzystać z uroków tego pięknego miasteczka. Tym razem Krystianek już nie chciał łowić ryb z dziadkiem, bo zbyt nudziło go to zajęcie.

Przeszliśmy po raz kolejny przez Bramę Polską i znów znaleźliśmy  się na terenie zamkowym. Krystianek oglądał go po raz pierwszy, a my z Nelcią siedziałyśmy w parku na ławeczce. Chłopak w 15 minut obleciał zamek dookoła i był nawet na dziedzińcu wewnątrz. Gdy dzieciom zaczęło już się nudzić, zafundowaliśmy sobie rejs stateczkiem po jeziorze Trześniowskim. I to był strzał w dziesiątkę. Dla dzieci wszystkie sporty i rekreacja na wodzie, to fajna zabawa. Stateczek nieduży, płynął powoli, ale dzięki temu mogliśmy obserwować wszystko, co się dzieje  na wodzie i pod wodą oraz na brzegach porośniętych pięknymi bukowymi lasami. Jezioro Trześniowskie inaczej nazywane jezioro Ciecz, to jedno z najczystszych jezior w Polsce i jedno z najgłębszych. To polodowcowa rynna usytuowana u stóp najwyższego wzniesienia na Ziemi Lubuskiej – Bukowca o wysokości 227 m. Głębokość jeziora to prawie 60 metrów, co klasuje go  w pierwszej dziesiątce wśród polskich jezior. Jezioro Trześniowskie  upodobali sobie nurkowie, którzy tu mogą szlifować swoje umiejętności. Dzięki czystej wodzie, wielu gatunków ryb oraz różnorodnej roślinności, która bujnie rośnie na brzegach, na terenie wokół jeziora utworzono Łagowski Park Krajobrazowy. A więc mamy czyste, świeże powietrze, przeźroczystą wodę, szum drzew na brzegach i odgłosy wzbijających się do lotu ptaków, i czego więcej potrzeba do kontemplowania przyrody ?  Ten rejs był naprawdę wielką przyjemnością. Aż szkoda, że tak szybko się skończył. Dzieci były zawiedzione, gdy stateczek przybił do przystani koło kościoła.

Ale obiecałam im jeszcze jedną atrakcję. I wiedziałam, że dzieci się nie zawiodą. To był Park Linowy z trzema trasami o różnej trudności. Gimnastyka na wysokościach ( mniejszych lub większych w zależności od rodzaju trasy  ) daje mnóstwo satysfakcji. No, ja nie próbowałam, choć gorąco mnie namawiano, ale się wymigałam. Kibicowałam Krystiankowi na trasie trudnej i Nelci na trasie dla dzieci. Te dwie godziny spędzone w Parku Linowym, były dla dzieci ukoronowaniem pobytu w Łagowie Lubuskim. Dzień zleciał  bardzo szybko i trzeba było już szykować się do powrotu do domu. Samochodem podjechaliśmy na miejsce, gdzie dziadek łowił ryby. Jak myślicie, ile ryb złowił ? Żadnej, wszystkie są tak sprytne, że zjadały mu przynętę i tyle je było widać. Ale, co sobie połowił, to jego.  Aż szkoda było żegnać się z tym miasteczkiem – piękną perełką usytuowaną pomiędzy dwoma jeziorami i z wysokim zamkiem stojącym po środku. Trzeba będzie jeszcze kiedyś tu wrócić – Ziemia Lubuska zaprasza i ma wiele do zaoferowania.

Tymczasem żegnam się z Wami i zapraszam na kolejny weekendowy wypad. Gdzie? Może zobaczymy co się dzieje na Szlaku Piastowskim? Zapraszam za tydzień.

Pozdrawiam weekendowych turystów

Babcia Pola