Wujek Lence

RODZINA ROMERÓW – WUJEK LENCE

O wujku Lencie – bracie dziadka Maxa, nie było wzmianki w naszych kronikach, tzn. były do czasu jak odszedł z Ranczo. Niejednokrotnie pytałem dziadka, co się wtedy stało, ale on zwykle wymijał się z odpowiedzią. Może byłem za mały, żeby słuchać mrocznych opowieści rodzinnych? Jak już dorosłem, wróciłem do tematu i zapytałem taty. Tata na szczęście był wtajemniczony przez dziadka Maxa i chętnie opowiedział mi o tym, co się kiedyś zdarzyło. Niestety historia ta rzuciła ciemne światło na rodzinę.

Wujek Lence był typowym młodzieńcem. Kontaktowy, może aż za bardzo, lubiącym wolny czas spędzać w towarzystwie innych młodych. Na co dzień pomagał ojcu i bratu Maxowi na Ranczo. W soboty i w niedziele urywał się, czy to do miasta, czy do okolicznych farm. Lubił zabawy, jeździł dobrze na koniu, miał liczne towarzystwo. Był jeszcze zbyt młody, żeby dokładnie wiedzieć, czego od życia oczekuje. Po śmierci Ryana, pradziadkowi Joshowi zostało dwóch synów. Wiadomo było, że Max, który bardzo się do tego garnął, obejmie gospodarstwo po ojcu. Gdyby Lence chciał, też mógłby pracować na Ranczo, bo pracy było wiele. Ale Lence, póki co, nie mógł się zdecydować.

Pewnej soboty pojechał do Toowoomby na lokalne święto plonów. Spotkał się tam z kolegami, wypili parę piw i czekali na wieczorną potupajkę. Lence nauczył się tańczyć i chętnie brał udział w takich zabawach. Tym bardziej, że gdzieś w tłumie przewinęła mu się Molly, piękna panna, którą wcześniej poznał. Gdy zabawa się zaczęła, Lence miał już dobrze w czubie. Piwo buzowało, nogi już nie były takie sprawne. Zobaczył jak jakiś mięśniak porywa Molly do tańca i krew momentalnie uderzyła mu do głowy. Chciał odbić pannę, ale jej towarzysz nie bardzo miał na to ochotę. Wiecie jak to jest, jak dwa kangury skaczą sobie do gardeł. W ruch idą i prawe i lewe sierpowe, nie ma litości. Lence nie miał szans. Mięśniak był wielki i przede wszystkim trzeźwy. Obił pysk Lencowi, tak że ten zataczając się zszedł ze sceny. Oko miał podbite, łuk brwiowy rozcięty, wyglądał jak siedem nieszczęść i tak też  pewnie się czuł. Do domu nie miał co wracać, bo ledwie trzymał się na nogach. Dowlekł się do najbliższej ławki, padł na nią i zrobił to, co było najlepsze w tym momencie, czyli zasnął.

Obudził się kilka godzin później, czuł się fatalnie, ale postanowił wracać do domu. Osiodłał konia, którego zostawił w zajeździe i przez pola, pognał do domu. Obudził Maxa, z którym dzielił pokój, po krótce mu opowiedział co zaszło, walnął się na swoje wyrko i zasnął jak kamień. Około południa obudził go ojciec, czyli pradziadek Josh. Był niesamowicie wściekły. Pradziadek zresztą podobno zawsze był bardzo impulsywny i biada temu, kto mu nadepnął na odcisk. Ściągnął zaspanego, jeszcze nie do końca trzeźwego Lenca z łóżka, używając przy tym wielu mniej lub bardziej niecenzuralnych słów.

Dziadek Max też przybiegł zaraz do pokoju, bo rumor był ogromny. Pradziadek Josh w ogóle nie dał dojść Lencowi do słowa. Wyzywał go od najgorszych hulaków,  bandytów a nawet morderców. Zaraz, zjawiła się prababcia Ella, ale i ona nie mogła uspokoić swojego męża. Pradziadek kazał natychmiast spakować Lencowi swoje rzeczy i wynosić się z Ranczo. Nie pomogły tłumaczenia, prośby. Nawet Max próbował ojcu wytłumaczyć wszystko. Przecież Lence niejednokrotnie jeździł na potańcówki. Nie raz miał podbite oko i nawet kiedyś złamane żebro. Nie raz wlewał w siebie morze piwa, ale nigdy ojciec tak mocno nie zareagował na wybryki syna, jak wtedy. Wyrzucił Lenca z domu i powiedział, że od tej pory nie ma już najmłodszego  syna.

Lence bardzo szybko wytrzeźwiał, zebrał swoje manatki do plecaka i opuścił Ranczo. Myślał, że opuszcza je na chwilę, wierzył, że może  ojcu złość przejdzie. Tak na dobrą sprawę, to nie wiedział do końca, o co mu chodziło. Był przekonany, że po prostu ojciec miał już dość jego wybryków. Nie zdawał sobie wówczas sprawy, że opuszcza dom rodzinny na zawsze, i to nie z własnej woli. Max był załamany, prababcia płakała, a pradziadek Josh przestał się odzywać do rodziny.

Szybko okazało się, co zdarzyło się tego ranka i dlaczego pradziadek wpadł w taką furię, że wyrzucił syna z domu. Otóż rankiem pojechał do kolonialnego sklepu w Toowoombie i spotkał swojego znajomego, niejakiego Georga. Panowie niezbyt się lubili, ale grzeczności sobie okazywali. Stary George zaczepił Josha w sklepie i nie owijając w bawełnę nazwał go ojcem mordercy. Pradziadek był tak zaskoczony, że nie wiedział co powiedzieć. Staremu Georgowi sprawiło pewnie wielką przyjemność opowiedzieć ze szczegółami przebieg poprzedniego wieczoru.

Pradziadek  dowiedział się, jak to jego syn Lence, zalał się w trupa, pobił się z lokalnym macho o pannę  i tak go skatował, że biedny Willuś, na skutek odniesionych ran, oddał ducha w lokalnym szpitalu. Josh zapomniał wówczas, po co przyjechał do miasta, natychmiast zawrócił i pognał do domu. Dalszą część zdarzenia z tego dnia już znacie. Nie skończyła się dla Lenca dobrze.

Tymczasem jakiś czas później sprawa sama się wyjaśniła. Pamiętajcie, że Ranczo Romerów stało na odludziu. Wiadomości nie docierały tam tak szybko, jak teraz. Jak ktoś nie przyjechał, nie powiedział, co słychać, jak się nie bywało w mieście czy u okolicznych farmerów, to nie miało się pojęcia, co się wokół dzieje. Po wyrzuceniu Lenca z domu, pradziadek Josh zamknął się w sobie, nigdzie nie jeździł i nie przyjmował żadnych gości. Prababcia Ella w końcu przestała płakać po utracie kolejnego syna, ale chyba do końca swoich dni nie wybaczyła mężowi, tego co zrobił. Zwłaszcza, że….

Pewnego dnia dziadek Max pojechał na pobliski targ, by zrobić zakupy. Od kumpla Lenca, dowiedział się, co wtedy zaszło na festynie. Otóż po tym, jak mięśniak Willy obił porządnie Lencowi pysk i ten wycofał się z życia towarzyskiego, zasypiając na ławce, Willy podochocony zwycięstwem szukał dalej zaczepki. Chłopakom dużo nie trzeba, aby wywołać bijatykę. Rozróba była na całego. Potupajkę szybko zakończono, panny z piskiem uciekły ze sceny i rozpierzchły się. Panowie dawali upust swoim ułańskim fantazjom. Willy najpierw udawał bohatera, ale szybko okazało się jaki cienki z niego Bolek. Mark Spencer tak mu przywalił, że ten padł i przestał się ruszać. Podczas upadku walnął łbem w jakiś kamień i trudno go było ocucić. Szybko go zawieziono do pobliskiego szpitala, ale niestety wstrząs był tak silny, że nie udało się uratować Willego. Głupio skończył, to prawda, ale nikt po nim nie płakał, bo kawał drania był z niego. Policja, potem, przesłuchiwała uczestników zajścia. Lenca nikt się nie czepiał, bo on się szybko zwinął do domu. Markowi nie udowodniono winy, bo bójka była ogólna, a upadek na kamień, to czysty przypadek.

Dziadek Max z tymi nowinami pognał szybko na Ranczo. Zwołał rodzinę i przedstawił, to co usłyszał. Prababcia Ella znowu zalała się łzami, a pradziadek Josh nie powiedział ani słowa, zacisnął zęby, odwrócił się i odszedł. Ale dziadek Max zdążył zauważyć łzy, które pojawiły się na policzku. Pradziadek Josh od tego momentu zaczął szukać swojego syna, poruszał niebo i ziemię, aby dowiedzieć się co się z nim dzieje.

Lence jednak tak się gdzieś zaszył, że nie sposób go było znaleźć. Odciął się od rodziny, która tak łatwo go wykluczyła. Wiele lat później Max dowiedział się, że Lence mieszka na Tasmanii. Nawet się z nim kontaktował, ale ten nie chciał słyszeć o powrocie na Ranczo. Pradziadek Josh długo nosił w sobie żal do samego siebie. Zrozumiał swój błąd i chciał go naprawić, ale niestety nie mógł. Zmarł jakiś czas później i na łożu śmierci prosił Lenca o wybaczenie. Lecz do tego czasu, nigdy oficjalnie nie przyznał się, jaki straszny błąd popełnił w życiu. Kroniki rodzinnej nigdy nie uzupełnił. Musiałby się przyznać do tego, co zrobił. Dziadek Max powiadomił Lenca o śmierci  ojca, ale ten nie przyjechał na pogrzeb. Niedługo po pradziadku, odeszła prababcia Ella. Lence podobno był w tym czasie w dalekiej podróży i też nie było go na pogrzebie. Ożenił się z Tasmanką, doczekał się potomstwa. Obiecałem sobie, że kiedyś popłynę na Tasmanię, odnajdę rodzinę Romerów, poznam kuzynowstwo i doprowadzę sprawę do końca. Uzupełnię Kronikę Rodzinną, podając brakujące fakty. Należy się to Lencowi, bo nie zrobił nic, co mogłoby zhańbić rodzinę. Mam nadzieję, że pradziadek Josh będzie mi za to wdzięczny.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager