Urlop w Chorwacji

URLOP W CHORWACJI

Pod koniec sezonu turystycznego w ubiegłym roku czułem się już bardzo zmęczony. Kiedy Celka pochwaliła się, że jedzie z rodziną na urlop do Chorwacji, to zaraz nadstawiłem uszu. W Chorwacji byłem kilka razy. Ostatni raz wiele lat temu, popłynąłem z Boogim i jego paczką w rejs po wyspach Adriatyku. Bardzo fajną przygodę wtedy przeżyliśmy i chętnie bym wrócił w tamte klimaty.

Jak usłyszałem od Celki o tym rodzinnym wyjeździe do Trogiru, to aż serce zabiło mi mocniej, ale nie dałem nic po sobie poznać. Celka jednak się zorientowała, bo powiedziała, że ma miejsce w samochodzie i jakbym bardzo chciał, to mogę z nimi jechać. No, wiecie, mnie, nie trzeba dwa razy powtarzać. Już poczułem ciepłe morze i rozleniwiające słońce. Celka tylko upewniła się, że  jej rodzina nie będzie miała nic przeciwko i klepnęliśmy umowę.

W dwa dni później, spakowałem swój lekko zużyty plecak. Gdyby babcia Dolores wiedziała, że jadę na urlop do Chorwacji, to pewnie znowu by mi kupiła piękną nową chińską walizeczkę. Nie, żebym miał coś przeciwko chińskim walizeczkom, ale jedna już mi kiedyś zepsuła pobyt w Rio.

Wieczorem o ustalonej godzinie do Dębowego Gaju zajechał ciemny samochód. Za kierownicą siedział Bob Budowniczy – mąż Celki ( tak go nazwałem, bo Celka wciąż powtarza, że jej mąż ciągle coś buduje i buduje, a dzieci się skarżą, że buduje dla wszystkich, tylko im nie chce domu wybudować.) Bob to świetny gość, więc już się cieszyłem, że sobie w drodze pogadamy. Na tylnym siedzeniu siedziały dzieci: Mirabelka i Daktylek. Obie zawinięte w koc, poprzypinane pasami, już słodko spały.

Czekała nas całonocna podróż. Przed granicą w Jakuszycach, Celka, tak właściwie pro forma, zapytała, czy mam dokumenty. No pewnie, głupie pytanie, ja – obieżyświat bez dokumentów… I nagle jakby piorun we mnie strzelił. Zobaczyłem scenę: kładę paszport na stół, zadzwonił telefon, poszedłem odebrać go w kuchni, zaraz potem przyjechało auto z rodziną Celki, zabrałem plecak z korytarza i wyszedłem z domu. O, kunapipi, nie zabrałem ze stołu paszportu. No, niemożliwe…  A jednak…            Cóż, musieliśmy się wracać do Dębowego Gaju. Kiedy już miałem paszport w plecaku, rozsiadłem się wygodnie w kącie na tylnej kanapie. Byłem prawie pewien, że teraz to już spokojnie dojedziemy do celu.

Wczesnym rankiem, na dworze jeszcze było ciemno, zatrzymaliśmy się na krótki postój gdzieś na południu Austrii. Młode dalej spały, rodzice wyszli z auta na kawę, ja też postanowiłem rozprostować kości. Po krótkim spacerze wróciłem do samochodu. Otworzyłem tylne drzwi i zdążyłem tylko zauważyć, że Celka przesiadła się do tyłu, gdy nagle rozległ się paniczny krzyk. Już wiedziałem, że to nie Celka. Kobieta darła się niemiłosiernie. Jedyne co zrozumiałem to kaaanguuuur. (Ten wyraz jest prawie identyczny w każdym języku.) No, tak się darła, jakby nigdy kangura nie widziała. Zrozumiałem od razu, że pomyliłem auta. Powiedziałem grzecznie Entschuldigung, bo tyle jeszcze po niemiecku potrafię i wycofałem się. Ale na tym się nie skończyło. Wrzask był tak głośny, że prawie wszyscy na całym parkingu słyszeli. Na szczęście Celka była blisko, złapała mnie za kołnierz, w ekspresowym tempie wrzuciła na tylnie siedzenie ich auta i z piskiem opon ruszyliśmy z tego  parkingu. Znów dałem plamę. Tym razem już obiecałem im, że się odwdzięczę, bo drugi raz w ciągu 12 godzin ratują mnie z opresji.

W końcu dotarliśmy do Trogiru. Dziewczyny wyspane, pełne energii, by zdobywać świat, Bob zmęczony podróżą, a Celka nerwowo szukała zamówionego apartamentu. Okazało się, że jest przy samej plaży, całkiem ładny i przestronny. Trudy podróży zostały wszystkim wynagrodzone. Rodzina się rozpakowywała, a ja wraz ze swoim plecakiem, przeszedłem przez centrum Trogiru, potem przez most i udałem się na otok Ciovo.

Pamiętacie Vladko Kovacevica, który był z nami w rejsie. To stary wilk morski, mieszkający na stałe na Ciovo. Zawsze mnie zapraszał do siebie, to też teraz,  postanowiłem skorzystać z zaproszenia i parę dni spędzić u niego. Miło się spotkać po latach. Vladko jak mnie zobaczył, to sławetna fajka wypadła mu z ust. „Astur, chłopie jak miło cię widzieć po latach.” Przywitał mnie i ogarnął niedźwiedzim uściskiem. „Nie wierzę własnym oczom” Vladko nie mógł się nadziwić, że to ja we własnej osobie, stoję przed nim. „Nada” zawołał do żony, „Przynieść no z ziemianki rakiję, musimy uczcić przyjazd naszego gościa”. Nada, całkiem postawna kobieta w wieku nieokreślonym, przyszła się przywitać. Ścisnęła mi łapę tak, że poczułem wszystkie kości. Oczywiście nie chciała mi zrobić krzywdy, ale miała taką krzepę, że och. Vladkowi tylko współczuć. Cały wieczór  gościliśmy się u Vladka, Nada jeszcze zrobiła porządną kolację i siedzieliśmy z Vladkiem na werandzie  do późnych godzin nocnych popijając rakiję.

. Morze było tak ciepłe i przyjemne, słońce grzało jeszcze dość mocno. No, żyć, nie umierać. Cały dzień byczyłem się na plaży, kąpiąc się w morzu i wygrzewając  w słońcu na przemian. Wieczorem znów z Vladkiem ucztowaliśmy. Tym razem Nada zrobiła pyszne chorwackie danie: coś z rybami, ryżem i warzywami. No mówię Wam pychota. Bukłak rakiji znowu pękł. Jakże się cieszyłem, że nie jestem u Kostasa w Kalambace, bo musiałbym pić z nim ouzo – brrr..  Po kilku dniach pobytu na Ciovo, które w zasadzie były stałe powielanym dniem świstaka, postanowiłem, że pora się pożegnać z gościnnymi Chorwatami i wrócić do Trogiru, do zaprzyjaźnionej rodziny.

 

Następnego dnia koło południa obudziłem się, Vladka ani Nady nie było już w domu. Postanowiłem pójść na plażę

Gdy dotarłem do ich apartamentu, wszyscy właśnie zaliczali sjestę poobiednią na plaży. Dorośli leżeli plackiem na materacach, a młode bawiły się przy rodzinnym legowisku. „O Astur, wróciłeś wreszcie, już się niepokoiliśmy o ciebie” – Celka otworzyła jedno oko, jak usłyszała ruch przy legowisku. „Mamo, tato, patrzcie, Kangurek Asturek wrócił do nas” Mirabelka zawsze potrafiła mnie rozbroić. „Ano jestem, a co u was słychać?” zapytałem grzecznie. Dziewczynki przekrzykiwały się jedna przez drugą, chcąc opowiedzieć mi ze szczegółami przebieg ostatnich kilku dni. Dla nich wszystko było nowe i pełne wrażeń. Ja z kolei raczej nie  chciałem się z nimi dzielić wspomnieniami z ostatnich dni, bo musiałbym albo nakłamać, albo trochę konfabulować, żeby się nie skompromitować.   Za to obiecałem im, a przede wszystkim rodzicom, że zaraz zabiorę je na nurkowanie w wodzie.

Radość była ogromna. Celka i Bob wyrazili swoją aprobatę, mogłem zabrać dziewczynki i przygotować na początkowe nurkowanie. Nic się nie bójcie, kangury świetnie pływają i nurkują, a my dzieci z Ranczo, dzięki wujkowi Frankowi, umiemy to robić perfekcyjnie. Zabraliśmy maski z rurkami i po krótkim instruktażu, zaczęliśmy oglądać przybrzeżny podwodny świat. Zajęło nam to ponad dwie godziny, ale zarówno Mirabelka jak i Daktylek były przeszczęśliwe.

Wieczorem zrobiliśmy ucztę. Vladko dał mi ryby do podsmażenia na grillu. Od Nady dostałem bańkę oliwy z oliwek, tłoczonej na zimno. Taką tłoczarnie ma rodzina Nady mieszkająca w górach i od lat zaopatruje ich w oliwę. Oj, działo się do późnego wieczora. Daktylek padł pierwszy, a Mirabelka wytrzymała pół godziny dłużej. Umęczyłem dzieci, aż wreszcie poszły spać. Bob Budowniczy i Celka byli bardzo zadowoleni z pobytu. Pogoda dopisywała, w ciągu dnia zażywali morskich kąpieli, a wieczorem korzystali z długich spacerów.

Zostały jeszcze dwa dni do powrotu. Musiałem spełnić im swoje obietnice. Następnego dnia wydawało się, że dzień będzie dość pochmurny, więc zabrałem ich do mariny w Trogirze, aby pokazać skąd zaczynaliśmy nasz sławetny rejs po Adriatyku. Akurat na nabrzeżu stała przycumowana nasza Bawaria – 17, którą pływaliśmy. Ale miałem szczęście. Od razu ją rozpoznałem, bo miała  na dziobie w górnej części, duży uszczerbek na rancie burty. Poza tym fok był w kolorze pomarańczowym, co bardzo rzadko zdarza się na jachtach. Opowiedziałem im nasze przygody na rejsie. Nie dało się oczywiście powiedzieć wszystkiego, raz że czasu mało, dwa że dzieci słuchają. A nie były to opowieści dla małolatów. Zresztą Celka już znała te moje historie.

Potem zrobiło się tak gorąco, że zamiast do Starego Trogiru, zabrałem ich na dziką plażę. To aż niewiarygodne, w środku sezonu, na obrzeżu Trogiru, jest mała zamknięta z trzech stron plaża, gdzie nie ma żywej duszy. Można się kąpać w stroju kąpielowym lub bez. Nikogo nie ma i nikt cię nie obserwuje i nie ocenia. Cieszę się, że ich tam zabrałem, bo zobaczyli, że kąpieliska w Chorwacji mogą być całkiem inne od tych, z których wszyscy korzystamy.

Potem udaliśmy się do historycznej części miasta, aby pokazać im to co najbardziej wartościowe. Obejrzeliśmy twierdzę Kamerlengo, pospacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, piękną promenadą, oglądając wspaniałe morskie fury zacumowane przy brzegu. Niektóre tak wypasione, że sam Onasis by się nie powstydził takiego jachtu. Bob nie mógł się napatrzeć na ten jachtowy luksus. Takie były bryki, że życia braknie,  by na nie zarobić, a co dopiero je utrzymać. Ale cóż, kto bogatemu zabroni. Cieszyliśmy oczy tym high lifem, aż w końcu  Celka racjonalnie skomentowała. „Doceńmy to co mamy” dodając, że ich auto wcale nie jest takie ostatnie.

Na koniec zaciągnąłem ich na Plac Katedralny przy bazylice św. Lorenza i tam zaprosiłem do jednej z kafejek. Usiedliśmy na schodach, na specjalnie przygotowanych dla gości poduszkach. Przyszedł kelner i przyjął zamówienie. Dziewczyny, co można się było spodziewać, zamówiły największe porcje lodów. Dostały olbrzymie, bajecznie kolorowe, kręcone kule. Daktylek, aż się ugiął pod ich ciężarem. Patrząc na to Celka już nic nie chciała, bo wiedziała, że więcej jak połowę lodów będzie musiała zjeść za córkę. Natomiast ja z Bobem Budowniczym, nie bacząc na nic, zamówiliśmy po dużym kuflu zimnego jasnego Ożujska.  I więcej szczęścia facetom nie było potrzeba w to gorące popołudnie.

Ostatni dzień spędziliśmy razem w Szybeniku. To bardzo ładne miasteczko z Twierdzą św. Mikołaja górującą nad miastem. Obeszliśmy całą Starówkę. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy kościele św. Jakuba. Pokazałem im głowy mieszczan umieszczone na gzymsach kościoła. Każda płaskorzeźba jest inna, każda wzorowana na innym mieszkańcu. Obeszliśmy dookoła kościół ze dwa razy, szukając swojej podobizny. Ja swojej oczywiście nie szukałem, bo wiadomo, że nikt z kangura miary by nie brał…. Ale młode zawzięcie szukały podobizn mamy i taty.

Na koniec dnia jeszcze wróciliśmy do naszego apartamentu. Ostatnia kąpiel w morzu,  ostatni wypoczynek na plaży. Powrót zaplanowany był, tak jak poprzednio. Wyjazd z Trogiru na autostradę i nocna jazda, prosto na północ, do Polski.

Ja udałem się jeszcze na drugi spacer. Chciałem pożegnać się z morzem. Wiedziałem, że jak wrócę w góry, to długo nie będę morza widział. Doszedłem plażą do dzielnicy ekskluzywnych hoteli. Normalnie to bym w ogóle się nie rozglądał, bo co mi tam, Vipem nie jestem i nie szukam towarzystwa z górnej półki. Ale tym razem coś ściągnęło mój wzrok. Najpierw nie bardzo wiedziałem, co mnie tak zaintrygowało, aż wreszcie dotarło do mnie, że na wprost mnie, na leżaku, przykryte ręcznikiem są kangurze stopy.

No, wybaczcie, ale ile kangurów może opalać się w Chorwacji przed  5 gwiazdkowym hotelem? Na myśl przyszła mi moja ciotka Lisa. Ale zaraz, ona już chyba odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. No to kto? Nie, chyba nie… Ale spróbuję…

O, kunapipi !  – krzyknąłem nagle. Wiedziałem, że jeżeli się nie pomyliłem, to zaraz ręcznik odchyli się i prawda wyjdzie na jaw. I nie pomyliłem się. Z leżaka poderwała się moja krewna, czyli najmłodsza siostra mojego taty, ciocia Bonita. „Astur, czy ja dobrze  widzę? Czy to naprawdę ty?” Ciocia  nie mogła uwierzyć, ja zresztą też.

„Tak ciociu, to ja, we własnej osobie”. I choć ciocia Bonita nigdy nie była wylewna, to padliśmy sobie w ramiona. Tak dla przypomnienia powiem tylko, że ciocia Bonita, to ta siostra taty, która wyjechała do Hiszpanii, by na uniwersytecie w Barcelonie uczyć angielskiego, a przy tym jeszcze kilku innych języków. Nie widziałem jej już dość długo, dlatego też nagadać się nie mogliśmy. Okazało się, że ona przyjechała, oczywiście sama, do Chorwacji, aby trochę odpocząć i przede wszystkim zobaczyć ten piękny kraj. Jej wakacje  już się kończą, ale miała w planie jeszcze zobaczyć Dubrownik i za kilka dni stamtąd samolotem wrócić do Barcelony.

Gdy się dowiedziała, co ja tu robię i że w nocy już opuszczam już Chorwację, zaczęła  mnie usilnie namawiać, abym z nią pojechał do Dubrownika. Wiecie, mnie nie trzeba długo prosić. Ja, tak jak moja ciotka Lisa, korzystam z każdej nadarzającej się okazji, która, już może się w życiu nie powtórzyć. Oczywiście się zgodziłem, miałem jeszcze parę dni wolnego, więc lepiej je spędzić tu, niż samemu w Dębowym Gaju.

Szybko pobiegłem z powrotem do  naszego apartamentu. Rodzina już prawie spakowana, dziewczyny jeszcze ostatnie muszelki upychały do auta, Celka jeszcze wymiatała miotłą z apartamentu resztki pobytu, a Bob Budowniczy już czekał w blokach startowych. Szybko poinformowałem ich, że zostaję jeszcze na kilka dni, bo spotkałem swoją ciocię Bonitę i jadę z nią do Dubrownika, a  stamtąd wrócę już do domu. Chyba do końca mi nie uwierzyli. Jak to możliwe, by na chorwackiej plaży spotkały się dwa australijskie kangury i to jeszcze z jednej rodziny. Przypadek jeden na milion. A jednak….

Pożegnałem się ze wszystkimi. Młode się rozmazały, chyba mnie polubiły. Taki dziwny wujek dla nich byłem. Daktylek dał mi na pamiątkę swoją największą, znalezioną na plaży, muszlę. To wielki dla mnie zaszczyt. Mirabelka tak mi się uwiesiła na szyi, że rodzice nie mogli jej ode mnie oderwać. To miłe, bo rzadko mam z dziećmi do czynienia, ale to tylko znaczy, że się sprawdziłem. To mnie bardzo cieszy. Już niedługo zaangażuję się w pracę z dziećmi na stałe i taka, choć krótka, przygoda z młodymi, to dla mnie wspaniała lekcja życia. I podobało mi się też jak mówiły do mnie – kangurek Asturek. Tak, dla dzieci mogę być kangurkiem Asturkiem, dla bliskich przyjaciół też, ale dla reszty….kangur Astur.

Pożegnałem się w końcu z rodziną, pomachałem im na drogę, życząc spokojnej podróży do domu, a sam zabrałem swój plecak i wróciłem do vipowskiego hotelu cioci Bonity. Nazajutrz miałem razem z nią pojechać do Dubrownika.

Ale czy pojechałem?  I co się wtedy wydarzyło?

Opowiem Wam następnym razem.

 

Tymczasem mara mara i do następnego….

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager