Amy urodziła się zaraz po Archiem. Wniosła do naszej rodziny wiele radości. Była bardzo pogodnym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta, nie marudząca, nie płaczącą,  zadowolona ze wszystkiego. Rodzice i dziadkowie bardzo cieszyli się z jej przyjścia na świat, ponieważ była całkowitym przeciwieństwem swej starszej siostry Zoe, która nie była wdzięcznym dzieckiem.  

Dzieciństwo Amy

Amy od samego początku lgnęła do kobiet. Była ulubienicą babci Dolores. Większość czasu spędzała z nią. Mama ciągle miała obowiązki związane z młodszym rodzeństwem, więc nie mogła Amy poświęcać zbyt wiele czasu. Natomiast babcia miała go dla wnuczki aż nadto. Uczyła Amy szyć, robić na drutach, haftować i wiele jeszcze innych babskich zajęć. Amy bardzo chętnie przysposabiała te trudne czynności. Najlepiej lubiła szyć ubranka dla lalek. Miała ich kilka do zabawy. Zoe nigdy lalkami się nie bawiła, więc oprócz swoich lalek, Amy miała jeszcze do dyspozycji lalki Zoe. Z małych ścinków materiałów szyła im sukienki, spódniczki i inne fatałaszki. Robiła na drutach czapeczki, szaliki. Babcia Dolores zaszczepiła w niej chęć do wszelakich robótek ręcznych. Pomagała, doradzała, uczyła. Amy też znajdowała czas na to, by bawić się z nami. Należała do naszego gangu Romerów i również świetnie sprawdzała się w roli chłopaka.

Czasy szkolne

Z czasem, gdy Amy podrosła, zaczęła sobie szyć sama, najpierw proste ubrania, a potem wymyślała skomplikowane stroje. Gdy przyszedł czas na zamianę domowej szkoły z lekcjami przez radio, postanowiła,  że pójdzie do szkoły odzieżowej, aby nauczyć się doskonale szyć. Chciała zostać krawcową, ale nie taką zwykłą, tylko taką, co szyje ekstrawaganckie ubrania. Rodzice znaleźli jej taką szkołę w Melbourne. Szybko okazało się, że szycie ubrań już nie jest tak ekscytujące, jak ich wymyślanie. Amy, po pierwszym roku szkoły, sama przeniosła się na projektowanie odzieży. Tu mogła się realizować w nieograniczony sposób.

Podczas pięciu lat nauki, Amy wielokrotnie brała udział w różnych konkursach organizowanych w całym kraju. Zdobywała dla swojej szkoły nagrody. Projektowała damską odzież, a szczególnie upodobała sobie sukienki. Wymyślała takie wzory, że nie powstydziłby się ich wybitny projektant mody. Miała faktycznie talent.

Będąc już na ostatnim roku, wzięła udział w prestiżowym międzynarodowym konkursie dla młodych talentów. Jej projekt sukni balowej zyskał aprobatę australijskiego jury i został przesłany do dalszego etapu konkursu, do Paryża. Gdy się dowiedziała, że jej suknia wygrała konkurs i była najlepiej oceniona z 50 innych projektów z całego świata, wprost nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Nagrodą był wyjazd do Paryża i roczny kontrakt w pracowni Pierra Cardin’a.

Kariera projektantki mody

I tak, zaraz po ukończeniu szkoły, Amy wyjechała do Francji. Ten roczny pobyt w zespole Pierra Cardin’a  przedłużono jej  jeszcze o trzy lata. Była bardzo docenianą przez samego szefa asystentką w zespole projektantów. Nie dość, że miała  wspaniałe pomysły, to jeszcze potrafiła je realizować, szyjąc sama wzory modeli. Bardzo szybko nauczyła się języka francuskiego. Miała satysfakcjonującą pracę, dobrze płatną i mogła się spokojnie sama utrzymać z dala od rodziny w Australii. Po niedługim czasie kupiła sobie mieszkanie i była już całkiem niezależna.

Gdy skończyła jej się umowa z firmą Cardin, nie chciała już dalej jej przedłużać, choć propozycja była kusząca finansowo. Amy chciała spróbować swoich sił, jako niezależna projektantka. Na początku trudno jej było przebić się na rynku modowym, ale z czasem zdobywała coraz większą klientelę. Otworzyła w Paryżu swój salon z sukniami i cały czas rozwija się zawodowo. Pewnie kiedyś usłyszycie o marce damskiej odzieży Amy Romer. Projekty sukienek z taką metką wychodzą z pod pióra mojej siostry Amy, a ja jestem z tego bardzo dumny. Moja rodzina również…

RODZINA ROMERÓW – mój brat ARCHIE

Archie był w kolejności moim drugim bratem. To on wygonił mnie z torby mamy. Tak się darł przez cały czas, że postanowiłem szybciej opuścić spokojną miejscówkę. Pamiętacie jak Wam opowiadałem, że kangury to torbacze i noszą swoje dzieci w torbach. Mama może nosić dwoje dzieci na raz. Przy czym jedno sobie dorasta spokojnie, a drugie już wychodzi na spacery. Wraca do torby, pod warunkiem, że brat czy siostra zachowują ciszę nocną i nie wrzeszczą przez cały czas.

No cóż, u nas musiało tak właśnie być. Ale dzięki temu miałem więcej czasu na poznanie świata. I z tego się cieszę najbardziej. Archie był moim przeciwieństwem, nie śpieszył się na ten świat, pasowało mu siedzenie w torbie i wykorzystał to maksymalnie. Gdy opuszczał mamy torbę, był już całkiem duży.

Siedzenie w torbie w samotności sprawiło, że jako dziecko był dość nieśmiały i zamknięty w sobie. Dużo czasu mnie kosztowało, aby go rozruszać i sprawić, by śmiał się i cieszył ze wszystkiego, tak jak reszta dzieciaków. Ale udało się i potem Archie już nie odstawał od reszty rodzeństwa. Banda Romerów, tak nas nazywały inne dzieci w sąsiedztwie. Była nas szóstka ( nie liczę Joshuy i Zoe, bo oni byli dużo starsi od nas i nie bawili się z nami ). Zawsze stanowiliśmy przewagę, gdy dochodziło do konfrontacji między rówieśnikami.

Archie od małego lubił przyrodę. Najlepiej się czuł pośród kwiatków, drzew i właściwie pośród wszystkich roślin. Mógł z nimi rozmawiać, opowiadać im  różne rzeczy. One go słuchały, ale nie wyśmiewały się z niego, jak powiedział coś głupiego, nie szturchały go. Były nieme, ale cierpliwe. Zbierał kwiatki, listki, suszył je i układał w albumy. Oznaczał, podpisywał ( gdy już umiał pisać ) i tworzył swego rodzaju zielniki z tych suszonych roślin. Najlepiej lubił biologię w naszej domowej szkole. Wówczas to on najwięcej zabierał głos na lekcjach. Zadawał pytania nauczycielce dotyczące wszystkiego co nas otacza i czasami stawiał ją w kłopotliwej sytuacji, gdy nie znała odpowiedzi. Reszta dzieci była z tego bardzo zadowolona, bo biologia zawsze nam mijała bardzo szybko.

Archie nie był typem lubiącym sport. We wszystkich siłowych dyscyplinach, jakie uprawiają dzieci, zawsze zajmował ostatnie miejsca, ale i tak był bardzo dumny z tego, że udało mu się dobrnąć do końca.

Zwykle tak było podczas zawodów, jakie urządzał nam wujek Frank – młodszy brat taty. Frank był lekkoatletą i to wielce zasłużonym. Brał udział nawet w olimpiadach i zdobywał medale w biegach na krótkich dystansach. Był niesamowicie szybki. Na co dzień trenował w Sydney. Ale bywało, że przyjeżdżał na ranczo na dwa lub trzy dni i wówczas organizował nam domowe igrzyska sportowe.

Wszystkie dzieci chętnie brały udział w zawodach, nawet najmłodsza Mia. Archie też się garnął do zawodów, traktował je jak zabawę. Nie miał ani kondycji, ani talentu do sportu, szczególnie do lekkoatletyki. Był ociężały, choć wagowo nie odbiegał od reszty dzieciaków, był po prostu bardzo powolny. Nie przeszkadzało mu to, by bawić  się z nami i cieszyć, gdy dobiegał do końca, czy skoczył w dal, choć wynik sportowy był bardzo słaby. Wujek Frank jednak nagradzał wszystkich uczestników w zawodach. Przygotowywał medale i na koniec wręczał je każdemu. Mieliśmy podium ze skrzynek, ale takie specjalne Romerowe – na sześć miejsc. Każdy kolekcjonował swoje medale i potem podczas innych zabaw, chwaliliśmy się między sobą i porównywaliśmy je. Najlepszy był oczywiście złoty medal, potem srebrny, brązowy, miedziany, stalowy i blaszany. Ja, nie chwaląc się, miałem najwięcej złotych, a Archie, niestety, najwięcej blaszanych.  Ale to nie miało znaczenia.

Dzięki wujkowi Frankowi, uczyliśmy się zdrowej rywalizacji, wygrywania i przegrywania. I to było najważniejsze. Gdy później przyszło nam w życiu, zmierzyć się z porażką, czy sukcesem, było łatwiej. Znaliśmy smak zwycięstwa i smak porażki.

Gdy podrośliśmy już na tyle, że szkoła zdalna przestała nam wystarczać, musieliśmy wybrać dalszą szkołę w Brisbane. Rodzice nie naciskali na nas, nie narzucali nam swoich preferencji. Sami musieliśmy dokonywać wyborów. Archie wybrał college o profilu przyrodniczym. Cieszył się na samą myśl, że będzie mógł pogłębiać swoją wiedzę botaniczną. Tymczasem okazało się, że szkoła oferowała wiele innych dyscyplin i była bardzo dobrze przygotowana do kształcenia młodzieży w wielu dziedzinach. Podczas kilku lat nauki preferencje Archiego uległy zmianie. Co prawda dalej botanika była oczkiem w głowie, ale coraz więcej czasu spędzał na zajęciach technicznych. Na koniec nauki okazało się, że swoje zawodowe życie chce poświęcić technice, a nie roślinom.

Dziwiło to rodzinę bardzo, ale cóż, gusta się zmieniają z wiekiem. Rodzice byli bardzo tolerancyjni wobec nas wszystkich. I to bardzo w nich cenię do dziś. Tradycja w rodzinie Romerów – to świętość. Pisanie kroniki, czy przekazywanie symbolicznych kluczy do Rancza, to obowiązek każdego pokolenia. Niejednokrotnie czytałem w kronice rodzinnej, jak ojciec przekazywał synowi pierworodnemu ster na Ranczo. A u nas, odkąd sięgnę pamięcią, nic takiego się nie działo. Rodzicom urodziło się ośmioro dzieci, dziadek Max i babcia Dolores, byli przy narodzinach każdego z nas. I nigdy nie słyszałem, aby któryś z synów został przez ojca naznaczony na następcę. Fakt, nigdy też się nad tym nie zastanawiałem.

Joshua jako najstarszy, powinien zgodnie z tradycją, przejąć po ojcu Ranczo. Niestety, ale on w bardzo młodym wieku, opuścił dom rodzinny i chyba nie miał nigdy zamiaru zajmować się gospodarką. Potem była Zoe, która w ogóle się nie nadawała do pracy na farmie i zresztą też szybko opuściła ranczo razem z niefortunnie przyjętym pracownikiem sezonowym – Ralphem. Mnie nigdy ani tato, ani dziadek nawet nie zadali pytania, czy chciałbym kontynuować rodzinną tradycję. Zresztą i tak nie chciałem. Archie na początku z tą swoją botaniką, może i by się w końcu nadał na farmera, ale potem od niej odstąpił i został inżynierem. Zaczął pracować i  pracuje do dziś w Zakładach Metalowych w Brisbane, pnąc się po szczeblach kariery. Paolito nie przejawiał żadnego zainteresowania rolnictwem i hodowlą. Dziewczyny z góry były przekreślone, chyba, że wyszłyby za mąż za osiłków, którzy by chętnie pracowali na farmie. Ale to już nie byliby Romerowie. Pozostał tylko Tomie, który owszem lubił zwierzęta, ale co innego lubić psa czy kota, a co innego prowadzić ogromne ranczo. I tu się pojawiał problem, który musieli rozwiązać rodzice. A oni milczeli i nie dawali po sobie poznać, nawet gdyby już mieli wówczas jakieś plany.

Los potem sam rozstrzygnął ten dylemat rodzinny, ale o tym opowiem Wam innym razem.

Tymczasem mara mara ….