SANFERMINES W PAMPELUNIE

SANFERMINES W PAMPELUNIE

Czasami  warto przeglądać facebook’a. Wszedłem na funpage Mateo z Barcelony i ze zdumieniem stwierdziłem, że Mateo za dwa tygodnie będzie miał urodziny i to okrągłe – dwudzieste piąte. Zacząłem się zastanawiać jak tu fajnie uczcić taką okazję. Zaprzyjaźniłem się z chłopakami z Barcelony. To dzięki nim znalazłem się w Warszawie i pozostałem w Polsce. Jego urodziny wypadały 4 lipca. Ciekawa data – to rocznica ustanowienia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Dzień  znany jako Independence Day czyli  Dzień Niepodległości. Są już wakacje, chłopaki na pewno już po egzaminach. Zdecydowałem, że pojadę do Barcelony i na miejscu coś wymyślę.

W międzyczasie wpadł mi do głowy inny pomysł. Dlaczego do Barcelony, można przecież spędzać urodziny w innych miejscach. Ja chętnie bym pojechał do Kraju Basków na północy Hiszpanii. Bardzo chciałbym zwiedzić Bilbao, a przede wszystkim zobaczyć nowoczesne Muzeum Guggenheima – muzeum sztuki współczesnej. A jak już będę w Bilbao, to super pomysłem będzie pojechać do Pampeluny. Właśnie w tym czasie odbywa się fiesta na cześć patrona miasta – Św. Fermina. Sanfermines, bo tak nazywają to święto, trwają cały tydzień. Tradycją jest, że podczas Sanfermines odbywają się na ulicach miasta gonitwy byków i ludzi tzw. encierros.  I właśnie na taką gonitwę chciałem zaprosić jubilata i jego przyjaciół. Ciekawy byłem co oni na to? Mnie pomysł wydał się wystrzałowy.

Zacząłem szybko planować podróż. Polecę do Madrytu, stamtąd złapię połączenie do Bilbao. Tam zabawię dwa dni, zobaczę to, co mnie interesuje  i pojadę do Pampeluny. W Pampelunie spotkamy się z ekipą i weźmiemy udział w encierros. Zostaniemy tam dwa dni, a potem wrócimy do Barcelony. Odwiedzę ciotkę Bonitę  i może skoczymy jeszcze z chłopakami szlakiem barów z pysznymi tapas. Moim zdaniem pomysł extra. Zabukowałem bilet do Madrytu i  drugi bilet lokalnymi liniami do Bilbao. Na booking. com znalazłem pokój w Bilbao dla siebie na dwie noce i od razu zarezerwowałem pokój w Pampelunie dla naszej ekipy. Wcale nie było łatwo, ale znalazłem. W czasie tego święta większość hoteli jest pełnych turystów, ale mnie udało się znaleźć pokój wieloosobowy w małym pensjonacie.

4 lipca wyleciałem liniami Ryanair do Madrytu. Zanim pojechałem na lotnisko wysłałem do Mateo życzenia urodzinowe z tajemniczą informacją, że za kilka dni czeka go z mojej strony niespodzianka. Chciałem mu dawkować urodzinowe przyjemności. Z Bilbao prześlę mu współrzędne, gdzie ma się  stawić z chłopakami. Wtedy wydawało mi się to zabawne. Jadąc na lotnisko do Modlina, wyłączyłem telefon, aby Mateo mnie nie wypytywał o szczegóły.

Samolot wylądował na lotnisku Barajas w Madrycie punktualnie. Miałem dwie godziny przerwy do drugiego samolotu do Bilbao. Pomyślałem, że zjem na lotnisku śniadanie, zadzwonię do ciotki Bonity, że jestem w Hiszpanii i umówię się na spotkanie w Barcelonie za kilka dni. Zabrałem swój plecak z górnej półki i zacząłem się przesuwać do tylnego wyjścia  samolotu. Na pokładzie już czekał lotniskowy autobus, by zabrać turystów do terminala. Ale nie tylko, na zewnątrz, na płycie lotniska stały radiowozy policyjne z włączonymi kogutami. Jakaś obława policyjna czy co, pomyślałem. Uzbrojeni policjanci stali przy schodkach wpatrując się w twarze schodzących w dół pasażerów. Poczułem się dziwnie, zupełnie jakbym coś przeskrobał i to na mnie mieliby czekać.

Nie pomyliłem się. Gdy stanąłem na ostatnim schodku dwóch policjantów podeszło do mnie, wyjmując odznaki i zadając standardowe pytanie „ Pan Astur Romer – obywatel Australii ?” – „Tak, to ja” – odpowiedziałem i wszystkie łapy zaczęły mi się trząść. „ Jest pan aresztowany, proszę się nie stawiać i iść za nami”  Oh, Kunapipi, co ja wtedy przeżyłem, babciu Dolores, tego się nie da opowiedzieć.

Zakuli mnie w kajdanki, wsadzili do radiowozu i odjechaliśmy. Nikt nic nie mówił. Zacząłem się sam dopytywać o co chodzi. „ Dowie się pan w odpowiedniej chwili” – odparł nam moje pytanie młodszy aspirant. „To na pewno jakaś pomyłka” stwierdziłem chyba tylko po to, by przed samym sobą się usprawiedliwić  i przestać się trząść.. Przecież nic nie zrobiłem. Zawsze starałem się żyć w zgodzie z prawem, a nawet pomagałem policji. Owszem miałem scysję z policją chińską, ale to było sto lat temu i tylko dlatego, że znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Wiele lat później w Rio de Janeiro zamieniono mi walizkę i przez cudzy bagaż popadłem w konflikt z prawem. Ale to też było nie z mojej winy. O co chodziło teraz ?

Siedziałem w pokoju, w którym był stół i dwa krzesła, a na ścianach lustra weneckie, typowy pokój przesłuchań. Komisarz, który wszedł do pomieszczania powiedział do mnie krótko „ Jest pan oskarżony o napad z bronią na bank i doprowadzenie do utraty zdrowia dwóch osób” – zbaraniałem. Jak to napad na bank, ja, kiedy, a w  ogóle co za brednie – zdążyłem tylko pomyśleć, gdy komisarz ciągnął dalej „Będzie pan zeznawał i składał wyjaśnienia sam, czy poczekamy na pańskiego adwokata?” Tak zaschło mi w gębie, że nie mogłem powiedzieć ani słowa. W końcu zdobyłem się na wykrztuszenie z siebie paru zdań. „Ja nic nie zrobiłem, dopiero co przyleciałem do Madrytu”  – „ Tak, wiemy, napad miał miejsce 12 kwietnia w Barcelonie, został pan rozpoznany przez świadków”

Zapytałem, czy mogę zadzwonić do jedynej osoby w Hiszpanii, która mogłaby mi pomóc wyplątać się z tej kabały. Komisarz kazał przynieść moje rzeczy. Włączyłem telefon, bo do tej pory był wyłączony. Okazało się, że mam siedem nieodebranych połączeń od Mateo i na końcu sms „Astur, nie wiem co jest grane, w telewizji pokazywali napad na bank, w którym brałeś udział. Jesteś poszukiwany w Hiszpanii, nie przylatuj do Barcelony  – Mateo”  Komisarz przyglądał mi się jak czytałem smsa. „Złe wiadomości ?” zapytał

No chyba gorsze już być nie mogły. „Nie, dowiedziałem się właśnie od kolegi z Barcelony, że ściga mnie cała hiszpańska policja” odparłem. „ Może być jeszcze gorzej, proces, odsiadka w więzieniu…” – komisarz nie  dokończył, ponieważ ja wszedłem mu w zdanie „ Jakie więzienie, jaki proces, to się musi jakoś wyjaśnić. Nie byłem 12 kwietnia w Barcelonie, ani w ogóle w Hiszpanii.” – „ To gdzie pan był tego dnia?” – „Nie wiem, gdzie byłem, to było prawie trzy miesiące temu, czy pan pamięta co pan robił trzy miesiące temu?” – zapytałem   „Ja nie muszę pamiętać, nie jestem o nic oskarżony” – odparł komisarz.

„Zaraz, moment na początku kwietnia poleciałem do Australii, byłem tam  dwa tygodnie. Zmarła moja babcia, był pogrzeb” – nagle sobie przypomniałem. „A kto to może potwierdzić?” zapytał komisarz

Odpowiedziałem mu, że wszyscy, co byli na pogrzebie, ba nawet mogą sobie sprawdzić bilety lotnicze. Poprosiłem, żeby zadzwonił do ciotki Bonity do Barcelony. Ciotka nie wiedziała, że przyleciałem do  Madrytu, nie zdążyłem jej jeszcze poinformować. Poza tym, ona nie ma telewizora, więc na pewno  nie oglądała wiadomości i nic nie wie, że policja mnie poszukuje. Komisarz spisał z mojego telefonu numer do ciotki, wyszedł na korytarz. Nie było go z 45 minut, pewnie ciotka go porządnie przemaglowała. Gdy wrócił zadał mi tylko jedno pytanie „Dlaczego nie powiedział nam pan, że w ubiegłym roku skradziono panu paszport w Barcelonie?”   „Jasne, zupełnie o tym zapomniałem, to było na wiosnę, skradziono mi w barze przy Sagrada Familia cały plecak, a tam był mój paszport. Zgłosiłem to na policję, przyjechał aspirant spisał moje dane i na tym się skończyło. Potem zgłosiłem fakt kradzieży w placówce konsularnej mojego kraju i wystawiono mi dokument podróżny, na podstawie którego wróciłem do Australii, gdzie wystawiono mi nowy paszport. To było rok temu, więc zapomniałem o tym.” przyznałem szczerze. „Tak, właśnie to sprawdziliśmy, pańska ciotka również potwierdziła fakt śmierci swojej matki, a pańskiej babki oraz to, że oboje byliście wtedy na pogrzebie. Teraz sprawdzamy przeloty i jeżeli linie lotnicze potwierdzą udział pana w rejsie, to będzie oznaczać, że 12 kwietnia tego roku, nie mógł być pan jednocześnie w Barcelonie oraz w Australii.

Ja już wiedziałem, że policja hiszpańska popełniła duży błąd, aresztując mnie. Myślę, że komisarz też już wiedział, ale nie dał po sobie poznać.

Wyszedł z pokoju i znowu nie było go dość długo. Już straciłem rachubę. W pokoju nie było okien, tylko te lustra weneckie. Zegarek zabrano mi wraz z moimi rzeczami. Kiedy wrócił, usiadł naprzeciwko mnie i zaczął mówić. „ Wszystko już sprawdziliśmy, koledzy w Australii, mimo różnicy czasu, pracowali sumiennie, aby potwierdzić pańską niewinność. Nie mamy wobec pana zarzutów i jest pan wolny. Wydaje mi się jednak, że należy się panu wyjaśnienie”  i tu komisarz nie wdając się zbytnio w szczegóły śledztwa, opowiedział mi co się zdarzyło 12 kwietnia w Barcelonie i dlaczego właśnie mnie podejrzewano o popełnienie tego przestępstwa.

Otóż na początku kwietnia osoba z moim paszportem weszła do Banco de Katalunya i poprosiła o umożliwienie zostawienie czegoś w skrytce. Procedura jest taka, że należy skopiować dokument tożsamości klienta. Co uczyniono. Ponieważ ja jestem dość charakterystyczny, pracownik banku zapamiętał moją facjatę. Tydzień  później pięcioosobowa ekipa napadła na bank, raniąc z broni palnej ochroniarza i jednego pracownika. Co ciekawe wszyscy bandyci wyglądali tak samo jak ja. Co oznacza, że na bank napadło pięciu kangurów wyglądających identycznie. Zupełnie jak w hiszpańskim serialu „Dom z papieru” . Wszystko było z góry zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Obrabowali wszystkie skrytki z przedmiotami wartościowymi należących do klientów banku. Zanim zjawiła się policja oni zniknęli. Szybko skojarzono fakty i ustalono moją tożsamość. Ponieważ nikt o moim nazwisku nie opuścił w tym czasie Hiszpanii, uznano, że nadal jestem w kraju. Wydano zatem list gończy za mną.

Dopiero, gdy załoga samolotu potwierdziła, że znajduję się na pokładzie samolotu Ryanair lądującego w Madrycie, zastawiono nam nie pułapkę. I tak oto znalazłem się w policyjnym areszcie. I jak wam się to podoba, historia niemal z filmu sensacyjnego.

Gdy komisarz zakończył swoje opowiadanie, wstał i rzekł do mnie „ No cóż, brakuje mi słów, aby pana przeprosić za zaistniałą sytuację. Mam nadzieję, że nie podupadł pan na zdrowiu w naszym areszcie.” Chciałem powiedzieć, że nie zdążyłem, ale ugryzłem się w język. W końcu on tylko wykonywał swoje obowiązki. „ Od razu wdrożyliśmy procedurę cofnięcia listu gończego. Gdyby jednak miał pan z tego tytułu problemy, poruszając się po Hiszpanii, proszę tu jest moja wizytówka. W razie kłopotów proszę powołać się na mnie i zadzwonić na mój telefon.” – Cóż miałem robić, podziękowałem, choć nie wiem za co, wziąłem wizytówkę i chciałem wychodzić, gdy policjant zapytał mnie, czy mam się gdzie podziać. Na zewnątrz   budynku dochodziła już północ. Zgodnie z prawdą odparłem, że nie. Samolot do Bilbao miałem koło 14.00 i zarezerwowany pokój w stolicy Basków. Komisarz zaproponował mi, że odwiozą mnie do hotelu policyjnego ( nie mylić z aresztem 🤣) Jutro z rana któryś z policjantów odwiezie mnie na lotnisko i na koszt państwa przebukuje bilet do Bilbao. Taka opcja nawet mi odpowiadała. Pożegnałem się z komisarzem i radiowóz policyjny zawiózł mnie do hoteliku, gdzie już wszystko było załatwione.

Następnego dnia rano siedziałem już w samolocie  i zastanawiałem się jak rozegrać dalszy ciąg mojego pobytu w Kraju Basków i w jaki sposób zawiadomić chłopaków, żeby jednak przyjechali do Pampeluny. Miałem na to jedną godzinę i 15 minut – tyle, ile trwał lot do Bilbao.

Na szczęście mój pokój nie był jeszcze wynajęty. Przeprosiłem grzecznie gospodynię, obiecując wynagrodzić straty i ruszyłem do Muzeum Guggenheima – mojego głównego celu przyjazdu do Bilbao. Powoli zdążyłem już ochłonąć po ostatnich wydarzeniach i wrócić do codzienności. Starałem się wymazać przykre chwile z pamięci. Przede mną Bilbao a jutro Pampeluna. Zawiadomiłem już Mateo. Wysłałem mu krótką informację, że u mnie wszystko w porządku. Jestem w Bilbao, a jutro czekam na nich w Pampelunie, tu podałem adres pokoju w małym pensjonacie, i zamierzam z nimi obchodzić urodziny Mateo biorąc udział w gonitwie byków. Mateo długo się nie odzywał, aż wreszcie przysłał wiadomość. „Ty to masz pomysły, napędziłeś nam strachu, do zobaczenia”

Następnego dnia byłem już w Pampelunie, rozgościłem się w pokoju i czekałem. Właściwie to nawet nie wiedziałem, czy koledzy przyjadą. Nie dali mi jasnej wiążącej  odpowiedzi. Ostatnie wydarzenia mnie zmęczyły, musiałem sporo rzeczy przemyśleć. Nie miałem sił na spacer po Pampelunie, choć idąc z dworca autobusowego, widziałem jak miasto żyło już Fiestą. Od jutra miały się zacząć gonitwy byków po ulicach miasta. Gdy tak myślałem o tym wszystkim, przyszedł sen i zapadłem w błogą nicość.

Obudziło mnie stukanie do drzwi. Jeszcze pół przytomny, otworzyłem drzwi. W drzwiach stał Mateo i Rodi. Zadowoleni, uśmiechnięci z butelką czerwonego wina La Rioja. „ Astur, chłopie, ale nas wystraszyłeś, co się działo, opowiadaj” No i od początku opowiedziałem im wszystko co mi się wydarzyło.  Przecierali oczy ze zdumienia. No, cóż, mnie też trudno było w to uwierzyć. Chłopaki słyszeli w telewizji o napadzie. Co prawda nie pokazywali, ale mówili, że sprawcy byli poprzebierani i mieli na głowach maski kangurów. Żaden z nich nie skojarzył tego ze mną, a bardziej myśleli, że dla bandziorów inspiracją był serial „Casa de Papel”, gdzie ekipa profesora miała na twarzach maski wg projektu Salvador’a Dali, a ubrani byli w czerwone kombinezony.

Rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Następnego dnia od rana poszliśmy do centrum, by uczestniczyć w najbardziej niebezpiecznej fieście w Hiszpanii. O godzinie 8 rano byki są wypuszczane z zagrody i wąskimi uliczkami miasta muszą przebiec wśród tłumu rozentuzjazmowanych kibiców, mieszkańców a przede wszystkim turystów, 825 metrów, aż do areny Plaza de Toros, na której kończy się gonitwa. Dla byków to jednak nie koniec gonitwy. Zwierzęta biorą udział w krwawej korridzie i śmiertelnie ugodzone kończą swój żywot na arenie. Gonitwa z bykami jest bardzo niebezpieczna szczególnie dla ludzi, którzy biorą w niej udział. Żeby wybiec na ulicę w tłum byków należy spełniać warunki: mieć skończone 18 lat, należy być ubranym w biały strój z dwoma czerwonymi elementami np. pasek i chusteczka oraz mieć w ręku tylko zwiniętą gazetę do ew. obrony przed bykiem. Ryzyko kontaktu z rogami byków jest ogromne i wielu ludzi zostaje poturbowanych w tym czasie. Nikogo to jednak nie odstrasza i z roku na rok jest więcej śmiałków.

My jednak byliśmy bardziej zapobiegawczy i nie zdecydowaliśmy się na bezpośrednie starcie z bykami. Znaleźliśmy sobie dobrą miejscówkę i z góry parzyliśmy jak fala rozjuszonych ludzi i pięciu byków pędzi uliczkami miasta. Widok i odgłosy niezapomniane. Podczas gonitwy usłyszeliśmy cztery wystrzały: pierwszy oznaczał, że otwarto drzwi od zagrody, drugi – że byki już są na ulicach miasta, trzeci – że dotarły do areny, a czwarty wystrzał sygnalizował zakończenie gonitwy. Nas nie interesowała już korrida na arenie. I tak widok pędzących byków w tłumie ludzi zrobił na nas ogromne wrażenie. Resztę dnia postanowiliśmy uczcić urodziny Mateo, kolędując od baru, do baru i degustując pinchos, czyli baskijskie tapas.

Dzień dobiegał końca, zmęczeni, ale zadowoleni, bo zobaczyliśmy na własne oczy, to o czym tylko każdy z nas gdzieś czytał. Szkoda, że Xavier i Juan nie przyjechali. Xavier po zakończonej sesji wrócił już do  domu do Meksyku, natomiast Juan poleciał na Kanary, by tam wraz ze swoim klubem szkolić umiejętność nurkowania. Niech żałują, taka druga okazja może się nie powtórzyć. Ja nie żałuję, choć gdybym nie wpadł na taki pomysł, to uniknąłbym tej nieprzyjemnej i upokarzającej sytuacji na lotnisku i potem w areszcie.

Ale jak to mówią, co cię nie zabije, to cię wzmocni. I tego się trzymajmy….

About Author

client-photo-1
Astur4-manager