Rejs po Adriatyku

REJS PO ADRIATYKU

Opowiadałem Wam już o rejsie po wyspach na Adriatyku, nie – chyba jeszcze nie. To się przygotujcie, ale to nie jest opowieść dla szczurów lądowych…

Miałem kiedyś kumpla, wołali na niego Boogie. To stary wilk morski. Na niejednej łajbie pływał i niejedną udało mu się zatopić. Potrafił wlać w siebie morze rumu, ale i tak trzymał się na nogach. Boogie miał szlify kapitańskie i najczęściej sprzedawał swoje usługi bogatym właścicielom luksusowych łodzi. Któregoś ranka zadzwonił mój telefon. Po drugiej stronie Boogie – trzeźwy jak poranna rosa, proponował mi rejs po wyspach Adriatyku. Kunapippi, zaraz jaki rejs, jakie wyspy? Chyba się jeszcze nie obudziłem na dobre. „Bumerang – powiedział Boogie „ masz trzydzieści siedem i pół sekundy, aby się decydować, po tym  czasie oferta nieaktualna” i się rozłączył. Boogie tak często był na rauszu, że nigdy nie mógł zapamiętać mojego imienia… Nazywał  mnie bumerangiem, czasami dziobakiem, a jak już miał dobrze w czubie, to jedyne co mógł wymyśleć, to – kangu. No cóż dobre i to, znaczyło, że wiedział skąd pochodzę. Ale zaraz, wyspy Adriatyku, jakie wyspy?  Ile ich jest?  Co za rejs?  Skąd łajba? Szybki scan mózgu i już wiedziałem – CHORWACJA: ponad 700 wysp i około 400 niezamieszkałych wysepek. Jak mawiała ciotka Lisa, trzeba łapać okazję, bo się może więcej nie powtórzyć. „Boogie – płynę z tobą” – oddzwoniłem zaraz do niego. „No, Bumerang, masz szczęście, minęło już 35 sekund i zaraz miałem dzwonić do Małego”. Boogie wiedział, że swego czasu kucharzyłem na statku płynącym z Bombaju do Afryki i pewnie myślał, że zrobi ze mnie znów kuchtę pokładowego, ale się przeliczył.

Spotkaliśmy się wszyscy w marinie w Trogirze. Oprócz Boogiego, była Angela – jego żona, gruby Rycho, Gacek, stary Chorwat Vladko Kovacevic i mały Papaj – karłowaty pinczer – pupil Angeli. Świetna załoga na dwutygodniowy rejs. Boogiego i Angelę poznałem kiedyś na Malcie, byli wtedy młodzi, pełni entuzjazmu, głodni życia. Zakumplowaliśmy się od razu. Ale to inna historia… Dobrze, że Angela płynęła teraz z nami, bo choć Boogie jest kapitanem, to jednak ona trzyma stery. Zarówno swojego pinczerka jak i Boogiego prowadzi od lat na krótkiej smyczy. Ale wszystkim wychodzi to na dobre. Gruby Rycho wcale nie był gruby, wręcz odwrotnie. Wysoki, wysportowany, ale wiecie jak to jest, ksywki dostaje się z przekory. Mój najmłodszy brat Tomie, choć jest największy z nas wszystkich, ma prawie 100 kg, to i tak wszyscy na Ranczo wołają na niego „Mały ”.  Vladka Kovacevica nie znałem wcześniej. Był podobny do Boogiego: siwe, postrzępione włosy, ogorzała twarz z fajką w zębach, znoszone spodnie i rozciągnięty sweter. Pasował do załogi. Ja otarłem się o żeglarstwo już nie raz, gruby Rycho też już z niejednego morza pił wodę, ale Gacuś to szczur lądowy, będzie wisiał na relingu i tyle z niego będzie pożytku. No, ale Gacek to siostrzeniec Angeli, więc chyba innej opcji nie będzie. Ale po co zabrała na łódź Papaja?  Myślicie, że nie zapytałem? Odpowiedziała mi szczerze, Papaja musiała zabrać, bo to jest tak wredny pies, że nikt ze znajomych i z rodziny nie chce go przygarnąć jak oboje z Boogim wyjeżdżają. I tyle. Ale za to my będziemy musieli się z nim użerać…

Zaokrętowaliśmy się w końcu na łajbie,  starej Bavarii-17. Kiedyś to była szybka, nowoczesna łódź. Teraz, to już tylko łódź, ani szybka, ani nowoczesna, ale miała  porządny grot i jeszcze sprawny silnik. Nocą wypłynęliśmy z portu. Przed nami rejs na południe, na wyspę Vis. Boogie rozdzielił wachty, ustawił kurs, posprawdzał wskaźniki. Próbował też naprawić  skrzeczące radio, ale gdy się nie udało, to machnął ręką i poszedł spać.

A szkoda, że nie naprawił, bo właśnie całą noc służby morskie ostrzegały przed nawałnicami nad  środkowym wybrzeżem Chorwacji. Ale o tym przekonaliśmy się później. Boogie  smacznie spał, jemu nie przeszkadzały ani trąby jerychońskie ani trzęsienie ziemi. Bora szła od strony lądu, łodzią targało na lewo i prawo, a my z chłopakami próbowaliśmy utrzymać łajbę na wodzie. Najpierw zaczęło wiać powoli, ale silny wiatr wzmagał się z każdą chwilą. Pierwszy zszedł z pokładu Gacek.  Nie był w stanie utrzymać się na nogach. Angela pilnowała Papaja, żeby  nie wpadł do wody. Gruby Rycho co chwilę  opróżniał  żołądek za burtę i po godzinie był siny i tak słaby, że musiał się położyć.

Przy sterach  zostałem ja z Vladkiem. Tego wilka morskiego nic nie ruszało. Łodzią rzucało niemiłosiernie. Vladko w ekspresowym tempie zwijał grota i foka. Ja nie mogłem utrzymać sterów, ale dotrwałem do końca. Nad ranem dopłynęliśmy do mariny w Komiży na wyspie Vis. Morze ucichło i nie było śladu po nocnym sztormie. Jak tylko Vladko przycumował  łódź, to Boogie podniósł się z koi i  beztroskim głosem zapytał „O już przypłynęliśmy?” Myślałem, że go zabiję. Zresztą wszyscy byli podobnego zdania. Nikt w nocy nie zmrużył oka. W głowie nam huczało, oczy same opadały. A na dworze cisza, spokój, niebieskie niebo, piękne wschodzące słońce.

Rzekłbyś, że bora  nam się przyśniła. W Kapitanacie  oberwało się Boogiemu porządnie za niedostosowanie się do nakazu straży morskiej i kontynuowanie rejsu podczas sztormu. Wszystkie jednostki zostały zawrócone do portów, tylko nasza Bawaria zmagała się z borą, wbrew nakazom. Jak  Boogie to załatwił, to tylko on wiedział. Ja byłem święcie przekonany, że dostaniemy zakaz wypływania z mariny za niesubordynację i narażanie życia załogi, albo co najmniej, karę pieniężną. Ale Boogie ma zawsze szczęście. Po godzinie odpoczynku, kapitan podjął decyzję, że musimy iść na  wycieczkę w góry, by popatrzeć na zatokę i całą Komiżę.  Pewnie sobie wyobrażacie, jacy byliśmy szczęśliwi. Ale Boogiemu nie można było odmówić,  bo to kapitan. Po południu skoczyliśmy jeszcze na wyspę Bisevo, aby przepłynąć koło Błękitnej Groty, przepięknej formacji skalnej u brzegu wyspy.

Kolejny dzień, to kolejna wyspa. Morze było spokojne, fal prawie nie było. Trzeba było włączyć motor, bo nie dało się płynąć na żaglach, taka była flauta. W końcu dotarliśmy do Korczuli. To wspaniała, malownicza wyspa. Miasteczko na wyspie otoczone murem, taki mały Dubrownik. Naszą żaglówkę zacumowaliśmy na kotwicy, bo miejsca w marinie już nie było. Zamówiliśmy przez radio ( Boogie oczywiście je naprawił) wodne taxi i popłynęliśmy do miasteczka. Spędziliśmy tam cały dzień. Było cudownie: małe wąskie uliczki pełne sklepików, kawiarenek, wszędzie pełno turystów. Pierwszy raz byłem na Korczuli i byłem zachwycony. Wieczorem wszędzie było słuchać muzykę. O dziwo, śpiewali mężczyźni. W jednym z zaułków trafiliśmy na prawdziwy koncert. To musiał być jakiś zespół muzyczny. Dwóch panów grało na skrzypcach i akordeonie, a trzeci tylko śpiewał. Ubrani byli w czarne spodnie, białe koszule z szerokimi rękawami. Solista wykonywał melodyjne ballady, śpiewał po chorwacku, ale jak… Na placyku zebrał się spory tłumek, wszyscy słuchali z zaciekawianiem i nie szczędzili monet do kapelusza. Szkoda było wracać na łódź.

Rano czekała nas podróż na Lastovo. Lastovo to Narodowy Park Przyrody utworzony, po to by chronić  przed ludźmi małe wysepki, ich wybrzeża, faunę i florę. Przepływając przez Park nie można używać silnika, tylko żagle, kotwiczyć można tylko w wyznaczonych miejscach. Wieczorem, Boogie, jak co dzień, ogłaszał, że jutro śpimy dłużej, bo mamy luźny dzień. Po czym sam wstawał o 4.30, tak głośno chodził po decku, stukał, skakał, że my w kajutach wytrzymywaliśmy do 5.00. A skoro wstaliśmy i wszyscy byliśmy już na decku, to o 5.10 podnosiliśmy kotwicę i wypływaliśmy w dalszy rejs. Ale nigdy nie żałowaliśmy dnia, widoki zawsze były bajeczne i nie było jeszcze ruchu na morzu.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Dubrowniku. Naszą Bawarię zacumowaliśmy w marinie Frapa. Miasto cudne, mówię wam. Korczula była piękna, ale Dubrownik to magia, historia i oczywiście  pełno turystów. – „Bumerang”, Boogie znowu zapomniał mojego imienia. Wczoraj trochę balowaliśmy wieczorem i nasz kapitan jeszcze nie doszedł do siebie. „Ty się zajmiesz aprowizacją i zatankujesz łajbę, ja idę odpocząć, a Angela pokaże młodemu miasto”. No tak, kapitan wydaje rozkazy, trzeba słuchać. Dość szybko załatwiłem swoje zadania i pognałem na Stari Grad. Naszych znalazłem bardzo szybko, wdrapywali się na mury obronne. Angela ciągnęła na smyczy Pataja, a Gacek wlókł się za nimi i oczywiście miał w nosie zwiedzanie. Gruby Rycho z Vladkiem rozsiedli się w knajpce opodal Kolumny Rolanda i rozkoszowali się zimnym piwem Ożujsko.

Gacek to  ksywka młodego. Na  imię ma Grzesiek, ale uszy ma tak odstające, że nikt nie mówi na niego po imieniu, tylko Gacek. Poza tym prowadzi nocny tryb życia, siedząc godzinami na facebooku. Tak więc Gacek to idealne przezwisko dla młodego. Angela nie mając swoich dzieci, pomagała jak mogła siostrze wychowywać Grześka i często zabierała go ze sobą, mówiąc, że zawsze się czegoś nauczy.  W gruncie rzeczy to dobry szczeniak.

Po całodziennym zwiedzaniu perełki Adriatyku, wieczorem zrobiliśmy sobie morską ucztę. Rozsiedliśmy się  w nadmorskiej tawernie na plaży o swojsko brzmiącej nazwie Copacabana i postanowiliśmy rozkoszować  się morskimi rybami. Wiecie, tam, jak wchodzisz do tawerny, to przy wejściu stoi ogromne akwarium, a w nim pływają ryby. Możesz sobie wybrać te, na które masz ochotę. My wybraliśmy po jednej z każdego gatunku. Wyszło tego trochę sporo. To wcale nie znaczy, że na co dzień nic nie jedliśmy. Angela codziennie gotowała. Zabrała z domu worek ziemniaków, cebuli, jakieś konserwy, słoiki, marynaty, dżemy, kiszonki. O, kunapipi, czego ona nie wepchała do tej łodzi, zupełnie jakbyśmy płynęli na rok, na bezludną wyspę. Tak więc, mieliśmy co jeść, a ona starała się, by nam niczego nie zabrakło. Ja z Gackiem na przemian sprzątaliśmy mesę i zmywaliśmy  gary. A ta  restauracja, to mucha nie siada. Siedzieliśmy sobie wygodnie, sączyliśmy piwo, a kucharz się dwoił i troił, aby nam te ryby przygotować. Nazwy nie pomnę, bo to same morskie i lokalne ryby. Ale jak przynieśli je gotowe, to sułtan turecki mógłby pozazdrościć takiej uczty. Trzy godziny celebrowaliśmy posiłek. Kelner już delikatnie spoglądał na zegarek, ale Boogie nic sobie z tego nie robił. On płaci, on wymaga. No właśnie, jak przyszło do regulowania rachunku, Boogiemu trochę mina zrzedła, najpierw zbladł, potem zrobił się czerwony. Musieliśmy zrobić zrzutkę, a i tak zabrakło. Było za późno, żeby coś kombinować, a za żarełko, trzeba było zapłacić. Ostatecznie daliśmy to, co mieliśmy w kieszeniach i gruby Rycho zastawił kelnerowi swój zegarek. Nie byle jaki zresztą, ale co było robić. Nikt z nas nie miał nic cennego przy sobie. Rano Rycho skombinował kasę, odebrał zegarek i odpłynęliśmy z Dubrownika. Do końca rejsu, nikt z nas już nie sugerował żadnej uczty w tawernie.

Dalej, rejs przebiegał spokojnie, rozkładaliśmy rano żagle, wiatr pchał nas do przodu, a gdy ucichł, włączaliśmy na chwilę silnik, by znów znaleźć się w strefie wietrznej. Żeby rozluźnić atmosferę po wypasionej uczcie, Rychu postanowił zrobić dowcip Boogiemu, bo ten dalej trawił przejedzoną kasę w tawernie. Nie obyło się bez wysokogatunkowego dodatku, który skutecznie pozwalał zapomnieć o utraconym  majątku. „Rychu!” co jakiś czas wolał kapitan z mesy, gdzie podrzemywał, „Płyniemy na  północ na Hvar, wskaźniki ustawione, tylko trzymajcie kurs”. Rychu dobrze wiedział co ma robić, nie raz już pływał żaglówką, ale zrobić kapitanowi psikusa, to sama frajda. Płynęliśmy wzdłuż półwyspu Pljesac, po prawej  stronie mieliśmy wyspę Korczule. Rychu tak delikatnie obrócił na żaglach łajbę, przestawił wskaźniki, że żaglówka płynęła z powrotem na Mljet. Zszedł do mesy, zbudził kapitana i z głupią miną zapytał. „Szefie cumujemy na Mljecie?” Boogie otworzył jedno oko i zaspany nie wiedział o co chodzi. W końcu dotarło do kapitana. – „Jaki Mljet, czyś ty zdurniał, płyniemy przecież na Hvar”. „”No, nie kapitanie, kurs ustawiony na wyspę Mljet” – z poważną miną odpowiedział mu Rycho. My z Angelą pękaliśmy już ze śmiechu, słysząc jak idiotyczną rozmowę prowadzi kapitan i jego I oficer. W końcu Boogie wstał, kołyszącym krokiem wdrapał się na pokład, stanął i oczom swoim nie wierzył. Przed nami niemal na wyciągnięcie ręki wyspa Mljet, kurs obrany  na południe,  a my przecież powinniśmy płynąć na północ, na wyspę Hvar. Ciężko się przyznać staremu wilkowi, że coś nawalił. Kapitan pomamrotał coś, nazwał nas niedołęgami, ustawił nowy kurs, obrócił łajbę o 180 stopni i znów płynęliśmy na północ. Kapitan do wieczora nie zszedł już  z mostku. Do ostatniego dnia rejsu nikt z nas nie rozwiał jego wątpliwości. Był przekonany, że to on tak idiotycznie się pomylił. Pewnie zwalił to na  Jacka Danielsa, z którym nie rozstawał się przez całą noc.

W miasteczku Hvar w porcie zrobiliśmy sobie przerwę. Rycho zatankował łódź, bo flauta była od trzech dni i żagli nie używaliśmy. My siedzieliśmy w knajpce portowej i przyglądaliśmy się jednostkom wpływającym do portu. Słuchajcie, jakie tam były morskie fury. Same mercedesy. Nasza Bavaria, to jak stara zużyta chabeta. Jachty takie, że Onasis by się nie powstydził. Nagle pojawił się w porcie prom. Jadrolinija miał napisane na burcie, znaczy, że lokalny tramwaj kursujący pomiędzy wyspami. Kawał statku, w porównaniu z łodziami czy żaglówkami. Sunął tak szybko, że mieliśmy wrażenie, że nie zdąży się zatrzymać i staranuje nabrzeże. Nagle załoga na dziobie  spuściła z góry wielkie balony. Jeden nich zwisał metr nad wodą na samym rancie dzioba. Siedzieliśmy niemal naprzeciw, ja już wstałem, byłem pewny, że statek zaraz wjedzie do naszej knajpy. Rycho odstawił swoje Ożujsko i wlepiał gały w dziób statku. Tymczasem statek jakby zwolnił, powoli przesuwał się do przodu, ogromny balon wiszący z przodu na dziobie już dosięgał do nabrzeża, statek już zaczął go dociskać, wgniótł go dziobem do dwóch trzecich objętości i…. się zatrzymał. Kolos na 5 pięter stanął przed nami oparłszy się tylko na wielkiej piłce. Turyści w doku byli pod wrażeniem. Ja sam nie kryłem zdumienia i podziwu. Tak delikatnie manewrować wielkim „czołgiem trzyosiowym”, potrafią tylko nieliczni  kierowcy w PKSie. Sam widziałem jak wjeżdżali potężną trzyosiówką w „mysią dziurę” i nawet nie drasnęli zderzaka. Wirtuozem trzeba się urodzić, a kapitan na tym promie na pewno do takich należał.

W kolejne dni plażowaliśmy na Bracu, trochę zwiedzaliśmy….. Aż wreszcie nadszedł ostatni dzień naszego rejsu. Tego dnia wiało porządnie i łódź na żaglach sama płynęła do portu. Miny mieliśmy nie wesołe. W sumie było super. Chorwacja znowu nie zawiodła, zawsze jest cudowna o każdej porze roku. Czy to z lądu, czy z wody, zawsze jest co oglądać i zachwycać się  jeszcze dzikim w wielu miejscach krajobrazem. Taki rejs to cudowna przygoda.

Mara mara, moi drodzy i pomyślcie o tym, by zrobić papiery na sternika.

Nie wiadomo co się w życiu przyda…

,

About Author

client-photo-1
Astur4-manager