Pobyt w Kalkucie

POBYT W KALKUCIE

Amy – moja młodsza siostra, zaprosiła mnie do siebie do Paryża. Tak to się nazywało – zaproszenie. A w praktyce, to ona miała się przeprowadzać do nowego lokum i potrzebowała pomocy. A kto jak nie brat mieszkający na drugiej półkuli świata, pomoże siostrze. Tak więc zabukowałem bilety lotnicze. Od nas z Ranczo trzeba poświęcić prawie trzy dni, aby dotrzeć do Europy. Najpierw samochodem do Brisbane, potem lokalnymi liniami do Sydney lub Melbourne, lot Quantasem z przesiadką gdzieś w środku świata ( Azja lub Półwysep Arabski ) i jeszcze sporo godzin lotu i już jestem  w Paryżu. W międzyczasie oczekiwanie na lotniskach na połączenia, co nam daje średnio ok. 72 godziny w podróży. Dla mojej siostry jest to prostsze niż zwołanie chłopaków z dzielnicy do pomocy przy przeprowadzce. Ale czego się nie robi dla siostry.

Tym razem miałem przesiadkę w Kalkucie. Zanim wyleciałem z Australii, to mama i babcia Dolores przygotowały paczkę dla Amy z tzw. lokalnych produktów. Nie wiem, co one tam powkładały, ale waliza ważyła ponad 20 kg. Niestety, nie udało mi się wymigać od jej zabrania. Tato stwierdził, że przecież nie muszę się nią w ogóle przejmować, bo nadam walizkę w Brisbane, a odbiorę na lotnisku Charle’a de Gaulle’a w Paryżu. No w zasadzie tak powinno być, ale czy tak będzie? Miałem już tyle doświadczeń z lotniskami i bagażami, że zawsze podchodziłem do tego z dużą rezerwą niepewności. Najlepiej się czułem jak miałem koło siebie tylko swój wysłużony plecak.

Loty do Indii przebiegały bez zakłóceń. W Indiach miałem 6 godzin przerwy. Zastanawiałem się podczas lotu z Sydney, co będę robił przez tyle czasu. Sytuacja bardzo szybko się wyjaśniła po przylocie na lotnisko do Kalkuty. Na wszystkich możliwych tablicach informowano podróżnych o strajku pracowników Air France w Paryżu i odwołaniu wszystkich lotów do i z Paryża.

No, to miałem swój szczęśliwy dzień. Wiedziałem, że coś się zdarzy, jakbym przeczuwał przez skórę. W informacji powiedziano mi: trzeba czekać, na razie nic nie wiemy. I myślicie, że to była odpowiedź na którą czekałem? Nie, z pewnością, nie. Adrenalina już mi podskoczyła do góry. Pierwsze co, to napisałem smsa do Amy, że utknąłem w Kalkucie. Po otrzymaniu zwrotnej odpowiedzi, ciśnienie mi jeszcze bardziej podskoczyło. Amy odpisała mi „ No, ty to się umiesz urządzić, a co ja mam zrobić ? Jutro mam przeprowadzkę” Nie odpisałem jej już nic, bo musiałbym użyć niecenzuralnych słów, a tego nie chciałem. Kocham moją siostrę bardzo i dałbym się pokroić za nią, ale czasami nie mogę zrozumieć babskiego toku myślenia. No cóż, odłożyłem sprawę na potem.

Od bardziej kumatej osoby, niż panienka w punkcie informacji, dowiedziałem się, że raczej dziś nie mam co liczyć na samolot Air France do Paryża i żebym sobie znalazł nocleg, a na lotnisko przyszedł jutro. Pociągnąłem gościa za język i od razu się dowiedziałem, gdzie mam się udać, skąd odjeżdża bus, gdzie dobrze zjeść itp. Od razu widać, że trafiłem na najlepszy punkt informacyjny na lotnisku, choć gość pełnił tu jakąś podrzędną funkcję. Ale zawsze się mówi, że jak chcesz się czegoś dowiedzieć, to pytaj osoby sprzątającej. One wiedzą najlepiej.

I tak udałem się do dzielnicy – wizytówki miasta, w której znajduje się Victoria Memorial, czyli pałac – pomnik zbudowany z białego marmuru na początku XX wieku ku czci królowej angielskiej Victorii. Trzeba pamiętać, że w tym czasie Indie były kolonią brytyjską, a Kalkuta – stolicą kolonii.

Prawie dwadzieścia lat temu Kalkutę przemianowano na Kolkatę. Jest to ogromne miasto, trzecia aglomeracja Indii po stolicy New Delhi i Bombaju. Razem z miastem Howrah oraz innymi miejscowościami, które wchłonęła Kolkata, miasto liczy obecnie ok. 15 mln mieszkańców. Większość z nich zamieszkuje ubogie dzielnice. Indie są przeludnione i to widać na każdym kroku.

Przemieszczając się komunikacją miejską z lotniska do dzielnicy Maidan leżącej nad rzeką Hugli, podziwiałem to ogromne, piękne miasto.  Mijaliśmy wysokie dzielnice biznesowe, zielone parki, dzielnice, gdzie za wysokimi parkanami stały pałace oraz  rezydencje bogatych hindusów. Ale też widziałem przez okno autobusu szczelnie zabudowane małymi domkami, stojącymi jeden obok drugiego, całe osiedla ludności mniej zamożnej. Nie wyglądało to zachęcająco. Ale nie od dziś wiadomo, że Indie należą czołówki krajów z największą liczbą mieszkanców i gdzieś to najuboższe warstwy społeczne muszą mieszkać. Mnie dobrze doradzono, żebym udał się do eleganckiej dzielnicy. Tam jest sporo turystów, spokojnie, można pospacerować, pozwiedzać.  A i przyzwoity hotelik się znajdzie. Doceniłem to, bo nie miałem zamiaru pakować się w kłopoty z tubylczą ludnością. Dodatkowo postanowiłem wejść do Pałacu Królowej Victorii i obejrzeć wystawę związaną z historią Indii. Obecnie znajduje się tam Muzeum poświęcone  Indiom.

Wysiadłem na końcowym przystanku linii autobusowej i po sugestii jednego z podróżnych, przesiadłem się do metra, gdzie na przystanku Maidan, miałem zakończyć swoją podróż. Stamtąd już niedaleko do angielskiego parku okalającego Victoria Memorial. Postanowiłem, że ten niespodziewany czas, dany mi w Kalkucie, spędzę na zwiedzaniu miasta. Najpierw jednak musiałem coś zjeść, bo od rana już mi kiszki grały marsza.

Wysiadłszy ze stacji metra Maidan, rozejrzałem się wkoło, szukając jakiejś gastronomii. Póki co nie trafiłem na żaden bar, ale za to przy samej stacji był niewielki bazarek, na którym sprzedawano owoce. Dobre i to na początek, pomyślałem. Oczami przebiegłem po straganach i wybrałem jeden, przed którym stał wysoki, dobrze ubrany mężczyzna. Wybierał owoce durana, które z racji swojego nieciekawego zapachu, leżały całkiem z boku. Mnie interesowały banany. W skrzynkach leżały piękne, żółte, wręcz zapraszające swoim wygładem, aby je kupić. Taki miałem zamiar, gdy nagle kątem oka  zarejestrowałem małego hindusa, który pojawił się nie wiadomo skąd. Mały podbiegł do mężczyzny wybierającego owoce, jednym susem wyciągnął mu z kieszeni portfel, zawinął się i uciekł. Mężczyzna się odwrócił, pewnie ledwo poczuł jakiś ruch wokół swojej osoby. Całe zdarzenie trwało ułamek sekundy. Ani przez moment się nie zastanawiałem, skoczyłem i pognałem za chłopakiem. Mały był szybki, ale ja też potrafię szybko biegać. Nie na darmo wujek Frank nas szkolił w biegach na krótkich dystansach i w biegach przez płotki. Podwórkowe olimpiady zrobiły swoje i mimo upływu lat wciąż miałem dobrą kondycję.

Złapałem małego na drugiej przecznicy. Chłopak miał może 7, najwyżej 8 lat. W ręku nadal trzymał portfel jegomościa ze straganu. Chwyciłem chłopaka za kołnierz i zaprowadziłem z powrotem na bazarek. Mężczyzna nadal stał przy straganie, nie wybierał już duranów, tylko nerwowo rozmawiał ze sprzedawcą. Gdy nas zobaczyli, ujrzałem ulgę na jego twarzy. Złodziejaszka przyprowadziłem do poszkodowanego i nakazałem mu oddać skradziona rzecz. Mały się rzucał, ale posłusznie oddał portfel właścicielowi. Patrzyłem na gościa, a ten w języku bengalskim tłumaczył chłopakowi jak bardzo źle postąpił. Właściciel straganu chciał wezwać policję, ale gość powstrzymał go ręką. Potem ku naszemu zdziwieniu, wyjął z portfela 50 rupii, kupił jeszcze całą torbę owoców i wręczył małemu z nakazem, aby zaraz poszedł do domu i pieniądze oddał matce, a owoce dał rodzeństwu. Chłopak coś tam jeszcze burknął, skłonił się w geście przeprosin, zabrał prezenty i szybko się oddalił.

Patrzyliśmy oboje z właścicielem straganu z wielkim uznaniem na tego mężczyznę. Nie dość, że został podstępnie okradziony, to na dodatek dał złodziejowi pieniądze i zrobił prezent z owoców. Na nasze nieme pytanie, odpowiedział „ Wiecie panowie, to są biedne dzieciaki, żyją w skrajnej nędzy, a nasz rząd nie robi nic, aby tym dzieciom i ich rodzinom pomóc. Gdyby rodzice mieli pracę i godziwe wynagrodzenie, a te dzieciaki mogły chodzić do szkoły, to na pewno nie ryzykowałyby kradzieży w publicznych miejscach. Dlatego, uważam, że nie należy ich  karać, tylko im pomagać.” – to mówiąc zakończył swój wywód.

Do mnie zaś zwrócił się z podziękowaniem za szybką reakcję i odzyskanie skradzionego portfela. Ponieważ ów portfel miał dla niego duże znaczenie, mężczyzna  bardzo chciał mi się odwdzięczyć za przysługę, którą mu zrobiłem. Zapytał co tu robię i jakie mam plany. Opowiedziałem mu szczegółowo, jak mnie zaskoczono na lotnisku i co chcę robić przez najbliższy dzień. Pan wyraził swoją dezaprobatę dotyczącą strajków na lotniskach i powiedział, że dobrze się składa, bo chętnie zaprosi mnie na obiad. Mieszka dwie przecznice stąd i z pewnością jego żona się ucieszy, jak przyprowadzi gościa na obiad. Przedstawił mi się, podając swoją dłoń. Nazywał się Hardik Randir Subhash  i był wysokim urzędnikiem w spółce brytyjsko-hinduskiej zajmującej się exportem i importem towarów.

Takiemu zaproszeniu nie można odmówić. Wsiadłem z panem Subhashem do samochodu i po kilku minutach zatrzymaliśmy się na eleganckiej ulicy, przed wysokim kutym płotem. Widać było z daleka, że mieszkają tu zamożni ludzie. Dom  był pałacem w stylu kolonialnym z dużym terenem zielonym przed a zapewne też i za domem. W drzwiach powitał nas   majordomus. Ukłoniłem mu się grzecznie, choć minę miał nieszczególną, jakby chciał zapytać – a ten co tu robi? Powiedział jednak tylko „ Pani jest w salonie zielonym” – „Dziękuję” odparł pan Subhash i razem poszliśmy w kierunku salonu.

Na środku pokoju, przy małym stoliku, stał wózek inwalidzki, a na nim siedziała kobieta. Była bardzo ładna, głowę miała odwróconą do okna. „Hardiku, czy to ty?” zapytała – „Tak kochanie, przyprowadziłem na obiad gościa” – odparł mąż i w kilku zdaniach przedstawił mnie i sytuację, która się wydarzyła niedawno. Do mnie zaś powiedział „ To jest moja żona Aishwarya – ale my mówimy do niej Aisha. W Indiach jest tak, że każde imię nadawane dziecku, ma jakieś znaczenie. Aishwarya oznacza osobę odnoszącą sukcesy. Moje imię Hardik – oznacza pełen miłości. Rodzice nadając nam imiona, niejako naznaczają naszą drogę życiową, którą my potem realizujemy przez całe swoje życie.

„Aisho, za pół godziny  będzie obiad,  zapewne chcesz się przygotować do obiadu?” – powiedział do żony, która kiwając głową oddaliła się na wózku. Natomiast do mnie pan Hardik mówił dalej „ Moja żona odniosła już swoim życiu wiele sukcesów. Pochodzi z zamożnej rodziny Radżów Ranganathan. Jej ojciec to radża Darshan – czyli osoba dająca szacunek, a matka to Elisabeth Rashford – pochodząca z rodziny brytyjskiej od dwóch stuleci mieszkającej w Kalkucie. Aisha była jedynym dzieckiem swoich rodziców. Została bardzo dobrze wykształcona, bo ojciec stawiał na mądrość córki. Aisha studiowała w Oxfordzie, gdzie zdobyła tytuł doktora nauk ekonomicznych. Przez dłuższy czas pracowała w Ambasadzie Brytyjskiej w Kalkucie, gdzie piastowała wysokie stanowisko chargé da affair. Niestety, wypadek samochodowy przerwał jej karierę. Dwa lata temu, rozpędzony samochód jakiegoś turysty amerykańskiego uderzył w jej auto na jednej z ulic Kalkuty. Aisha miała złamany kręgosłup i na dłuższy czas straciła całkowicie wzrok. Pomimo wielu starań lekarzy i zaawansowanej medycyny wschodu, Aisha nie będzie już samodzielnie chodzić. Częściowo odzyskała wzrok, ale to już nie to samo. Oczy szybko się meczą. Ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że wyszła z tego wypadku, bo na początek dawano bardzo małe szanse. Teraz Aisha jest w domu pod naszą opieką, dużo  czyta, tzn. słucha audio-booków, słucha muzyki, pomaga majordomusowi Ashranowi prowadzić dom. Ja pracuję w spółce brytyjskiej i dużo czasu spędzam w pracy, ale staram się każdą wolną chwilę być z żoną” .

Po tym wywodzie pana Hardika zrobiło mi się bardzo smutno, a i jemu zakręciła się łezka w oku. Pomyślałem, jakie to niesprawiedliwe. Współczułem pani domu i jej mężowi. Przez dłuższą chwilę jedliśmy obiad w milczeniu, bo żaden temat się nie nasuwał. Pani Aisha była bardzo pogodna, nieświadoma, że przed chwilą mąż opowiadał o jej nieszczęściu. „ Proszę opowiedzieć nam coś o sobie Panie Asturze, skąd pan pochodzi, co pan tu robi w Kalkucie?”

Mnie nie trzeba długo prosić. Zacząłem opowiadać o Australii, o naszym Ranczo, o swojej rodzinie. Pani Aisha nie przerywała mi, tylko od czasu do czasu zadawała jakieś pytania. Po półtorej godzinie, skończyliśmy jeść obiad, deser, popołudniową herbatę. Pan Hardik, przeprosił nas i na chwilę wyszedł . Wróciwszy do salonu, powiedział, że sekretarka w jego biurze sprawdziła, że żaden samolot do Paryża ani dziś, ani jutro nie wyleci. Uff – pomyślałem, przeprosiłem gospodarzy i wyszedłem z salonu. Chciałem zawiadomić ostatecznie Amy, że  przeprowadzkę będzie musiała zrobić beze mnie, bo nie mam szans, aby dolecieć na następny dzień do Paryża.

Po powrocie do salonu, pan Hardik powiedział, że ma dla mnie propozycję. Byłem zdziwiony, bo i tak dla mnie już dużo zrobił. Okazało się, że gospodarz musi jutro na kilka dni wyjechać. Zaproponował gościnę w ich domu, do czasu, aż będę mógł zrealizować swój lot. A przy okazji pobytu w Kalkucie i  w ich domu, mógłbym potowarzyszyć jego żonie, spędzając z nią czas. Pani Aisha potwierdziła, że chętnie wysłucha historii całej mojej rodziny, moich przygód oraz opowieści o Nowej Zelandii. Oczywiście pochwaliłem się spędzonym tam czasem, gdy okazało się, że córka gospodarzy ma w Londynie narzeczonego z Nowej Zelandii. Pani Aisha wyraziła chęć poznania tego odległego  i mało znanego jej kraju.

Nie miałem innego wyjścia, jak zgodzić się na kilkudniowy pobyt u Państwa Randir Subhash. Zresztą i tak nie miałem nic innego do roboty. Wiedziałem, że  do Paryża nie polecę, bo nie miałem czym, a do domu zdążę jeszcze wrócić.

I tak spędziłem 5 dni w bogatym, ale bardzo gościnnym kolonialnym domu moich nowych przyjaciół. Pani Aisha była bardzo miła, traktowała mnie bardzo poważnie. Spędzałem z nią wiele czasu. Spożywaliśmy razem wszystkie posiłki, przesiadywaliśmy w ogrodzie, piliśmy popołudniową herbatę w salonie lub na tarasie. Miedzy obiadem a herbatką – five o’clock, miałem czas wolny, ponieważ pani Aisha odpoczywała wówczas w swojej sypialni. Ja w tym czasie zwiedzałem Kalkutę. Mogłem spokojnie dokładnie obejrzeć Victoria Memorial. Będąc w pobliżu stacji metra Maidan, uważnie się rozglądałem, wypatrując małego złodziejaszka, ale ślad po nim zaginął w tej dzielnicy.

Podczas wspólnych posiedzeń z panią Aishą, opowiadałem jej o swoich przygodach. Słuchała z zaciekawieniem o karnawale w Rio, o przykrej  przygodzie w Chinach, o tym co mi się przytrafiło w Barcelonie, o moim pobycie w Kambodży, w Nowym Yorku czy na Zanzibarze. Słuchała, to śmiała się , to ze wzruszenia wycierała łezkę, która spadła jej na policzek. Oboje bawiliśmy się wspaniale. Ja bo mogłem opowiadać o swoim życiu, ona, bo się czuła tak, jakby czytała ciekawą książkę, której ja byłem bohaterem. Bardzo interesowała ją Nowa Zelandia, chciała wiedzieć wszystko co ma z tym krajem. Chciała poznać historie, kulturę, ludzi, którzy tam mieszkają. Chciała być bliżej swojego przyszłego zięcia. Byłem szczęśliwy, że mogę jej w tym pomóc. To była naprawdę czysta przyjemność opowiadać o tym co zna się z autopsji i widzieć uśmiech na twarzy kobiety, którą interesowało  wszystko. Podczas  opowiadań o przygodach w różnych częściach globu, często wymienialiśmy między sobą informacje krajoznawcze. Pani Aisha  swego czasu dużo podróżowała i miała rozeznanie w wielu krajach.

To były naprawdę wspaniałe dni spędzone w Kalkucie. Wiele mnie też nauczyły. Przebywanie z osobą, która nie może się samodzielnie poruszać i na dodatek nie widzi w pełni, pokazało mi, że można być szczęśliwym, cieszyć się z każdej chwili i nie obarczać swoim kalectwem najbliższych. Dotychczas nie miałem bliższej styczności z osoba pokroju pani Aishy. Jestem bardzo zadowolony, ze los pozwolił mi ją poznać. Zawiązała się między nami głęboka przyjaźń: ona – inwalidka na wózku, bogata, piękna i mądra kobieta w wieku ok. 50 lat i ja taki wagabunda, włóczący się po świecie, bez swojego miejsca na ziemi, bez swojego kota ani psa. Samotnik szukający  coraz to nowych wyzwań, nowych przygód, właściciel starego plecaka, znoszonego kapelusza i spranej kamizelki. Ale to wszystko nieważne. Połączyły nas nasze dusze, rwące się do przodu, pełne ciekawości świata.

Po powrocie pana Hardika, zdałem swój bilet w kasie Air France, za otrzymane pieniądze kupiłem bilet powrotny do Sydney i postanowiłem wracać na Ranczo. Amy już się przeprowadziła, o czym powiadomiła mnie serią zdjęć z nowego mieszkania. Pożegnałem się z moimi gościnnymi gospodarzami. Pan Hardik był bardzo zadowolony, widząc jak jego żona rozpromieniała podczas mojego pobytu w ich domu. Bez żadnych ukrytych podtekstów, żebyście moi drodzy nic sobie nie myśleli. To podróże ze mną, po moich ścieżkach wydeptanych w wielu miejscach na świecie,  sprawiły, że przez te kilka dni pani Aisha odżyła i nabrała dystansu do swojej choroby. Obiecaliśmy sobie, że jeszcze się spotkamy. Oni planowali podróż do Nowej Zelandii a ja obiecałem, że będę ich przewodnikiem.

I rzeczywiście los nas jeszcze raz zetknął ze sobą, kilka lat później. Ale to już temat innej historii z mojego życia.

Tymczasem mara mara ….

About Author

client-photo-1
Astur4-manager