NIEUDANY WYPAD DO LWOWA

NIEUDANY WYPAD DO LWOWA

Będąc rozczarowanym  pobytem w Międzyzdrojach, zamiast do Warszawy, kupiłem bilet na pociąg  do Przemyśla, mając nadzieję, że stamtąd blisko do Bieszczad, a tam znajdę wrażeń bez liku. Los oczywiście znowu spłatał mi figla i odwrócił ogonem moje plany.

Wsiadłem do pociągu na stacji Międzyzdroje. Pogoda się zepsuła, gwiazdy już dawno odjechały, nie było czego żałować. Pociąg przyjechał ze Świnoujścia, sporo miejsc już było zajętych.  Wagony były starego typu, takie z przedziałami. Wybrałem przedział, gdzie były tylko trzy osoby: dwie kobiety siedziały przy oknie naprzeciwko siebie i rozmawiały, a starszy pan zawinięty w swoją kurtkę już drzemał przy drzwiach. Powiedziałem grzecznie dzień dobry, kobiety kiwnęły głowami dalej trajkocząc, pan nawet chyba mnie nie zauważył. No cóż, akurat nie szukałem towarzystwa. Wieczór się zbliżał, liczyłem, że się porządnie wyśpię w pociągu. Czekało mnie prawie 17 godzin nieprzerwanej jazdy. Wrzuciłem swój plecak na górę i wygodnie ułożyłem się na siedzeniu przy drzwiach. Zamknąłem oczy i próbowałem przywołać sen.

Niestety nie dało się. Kumoszki przy oknie nadawały cały czas. Najpierw próbowałem ignorować, potem założyłem kapelusz zaginając uszy, mając nadzieję na czasową utratę słuchu. Nic … w uszach wciąż dźwięczały mi wyrazy i całe zdania. W Polsce mieszkam już dość długo, szybko nauczyłem się języka, więc dokładnie słyszałem, o czym te dwie panie rozmawiały. Skoro nie mogłem spać, to zacząłem się im przysłuchiwać. Innego wyjścia nie było. Zawsze to jakieś zajęcie podczas jazdy. Po dość długiej chwili zorientowałem się, że jedna z nich jest Ukrainką. Mówiła wszak po polsku, ale akcent miała inny i od czasu do czasu wplatała słowa ukraińskie.

Mieszkając w Warszawie, nasłuchałem się tego języka praktycznie wszędzie.  Od osiedlowego sklepu, przez duże markety, po restauracje, kawiarnie, stacje benzynowe, no właściwie wszędzie spotykałem Ukraińców. Nie, żebym miał coś przeciwko. W końcu ja też jestem obcokrajowiec, czasowo przyklejony do tego gościnnego kraju. Ale rzecz w tym, że jestem osłuchany z językiem i bez trudu rozpoznaję tę nację.

Wracając do moich towarzyszek podróży: Żenia – tak do niej zwracała się jej koleżanka, pracowała w Uzdrowisku w Świnoujściu i właśnie wracała do domu, do Lwowa na dłuższy urlop. Najprawdopodobniej zaprosiła swoją koleżankę z pracy, aby ta ją odwiedziła we Lwowie. I teraz obie jechały pociągiem do Przemyśla. Zacząłem nadstawiać uszy. Historię Polski znam słabo, ale gdzieś mi się obiło, że Lwów obecnie leżący na Ukrainie, kiedyś należał do Polski. Ba, był nawet jednym z kilku większych miast polskich. No cóż, wojny światowe narobiły wiele szkód, o których by można dużo mówić, ale też spowodowały nowy podział polityczny w Europie, na mocy którego Lwów został przyłączony do Związku Radzieckiego, którego Ukraina była jedną z republik związkowych. Mieszkający tam Polacy mieli szansę wyjechać ze swoimi rodzinami na ziemie polskie i wielu skorzystało z tej możliwości. Ale też wielu pozostało w swoim rodzinnym mieście. Miasto stało się rosyjsko-ukraińsko-polską metropolią.   Do dziś jest naprawdę sporo pozostałości po kulturze, architekturze, po bytności Polaków na tej ziemi.

Obie panie rozmawiały właśnie o tym. Żenia – w połowie Ukrainka, w połowie Polka, opowiadała koleżance Danusi, jak to się żyje we Lwowie, jak wygląda obecnie sytuacja w tym mieście. Opowiadała o swojej rodzinie, o tym co spotykało ich przez lata ze strony władz. Rozmowa tych pań bardzo mnie wciągnęła i teraz to już nie było mowy o spaniu. Chłonąłem każde zdanie, ba, nawet chciałem zadawać pytania, ale za każdym razem gryzłem się w język. W końcu podsłuchiwałem ich rozmowę, a nie uczestniczyłem w niej. Żenia przygotowywała Danusię na wszystko co mogło ją spotkać na Ukrainie.  Nie myślcie, że mówiła źle o swoim kraju, czy mieście. Absolutnie, w każdym zdaniu dało się wyczuć głęboki patriotyzm lokalny. Ale opowiadała ze smutkiem, jakby chciała podkreślić, że powinno być inaczej, lepiej. Chociażby tak jak w Polsce. Nie musiałaby zostawiać dzieci we Lwowie i przyjeżdżać tu, do Świnoujścia, żeby zarobić na chleb i utrzymanie rodziny. Eugenia była wykształconą kobietą, we Lwowie swego czasu, pracowała jako nauczyciel matematyki w szkole. Uczyła dzieci, ale pensja, którą otrzymywała za pracę, nie wystarczała nawet na pokrycie kosztów miesięcznych świadczeń. Znajoma ściągnęła ją do Polski do pracy. Przyjechała do Świnoujścia, żeby się rozejrzeć, dorobić trochę i wrócić do domu. Tymczasem jest już w Polsce trzy lata, ma dobrą pracę w Uzdrowisku. Sprząta w Domu Zdrojowym wieczorem, a do południa pracuje w pensjonacie w kuchni. Zarabia dobrze i jest bardzo zadowolona. Do Lwowa przyjeżdża na święta i na urlop – tak jak teraz. Danusię zaprosiła do Lwowa na kilka dni, tak aby ta mogła na własne oczy przekonać się, jak piękne jest jej rodzinne miasto.

Na temat Lwowa, mówiła naprawdę dużo. Ja słuchałem z ogromnym zaciekawieniem i coraz bardziej nabierałem ochoty, żeby też tam pojechać kiedyś. Kiedy panie dotarły w swojej rozmowie do momentu, kiedy przyjadą pociągiem do Przemyśla i co dalej zrobią, ja już byłem w pełnej gotowości do zapisywania wszystkich informacji na swoim twardym dysku w głowie.

Otóż okazało się, że wyjazd na Ukrainę wcale nie jest taki trudny. Potrzebny jest tylko paszport. Codziennie lokalne biura podróży organizują jednodniowe wycieczki do Lwowa, który jest oddalony od Przemyśla tylko 120 kilometrów. Rano wyjeżdżają autobusy turystyczne i wracają późnym wieczorem.

Ponadto kilka razy dziennie z dworca autobusowego, odjeżdżają autobusy ukraińskie kursujące pomiędzy Lwowem a Przemyślem. Również jeżdżą marszrutki ( cokolwiek to znaczy ) z dużo większą częstotliwością. Na pytanie Danusi, Żenia odpowiedziała, że marszrutki to małe busiki przewożące przez granicę w tę  i z powrotem zarówno Ukraińców jak i Polaków.

Przez pół nocy słuchałem, a właściwie to podsłuchiwałem  rozmowę tych pań i powziąłem decyzję. Jadę do Lwowa, skoro to takie proste, to czemu nie skorzystać z okazji, jak mawiała ciotka Lisa. Ponieważ nasz pociąg miał przyjechać przed południem, więc raczej nie miałem szans na lokalną wycieczkę z biurem podróży. Postanowiłem skorzystać z takich marszrutek. Dostać się do Lwowa, a potem się zobaczy co dalej, może zostanę na jedną lub dwie noce. Plecak miałem przygotowany na każdą ewentualność. Paszport też miałem przy sobie. Wymienię parę złotych na hrywnie ukraińskie, żeby na miejscu czuć się swobodnie. Chociaż Żenia mówiła Danusi, że spokojnie można płacić złotówkami nawet w sklepach.

Gdy miałem już gotowy, nowy plan na pobyt w Przemyślu,  nie mający nic wspólnego z Bieszczadami, do których chciałem się udać, moje urocze panie powoli zamilkły i ułożyły się do snu. Ja zrobiłem dokładnie to samo, choć głowę miałem nabitą nowymi ciekawymi informacjami.

Po przybyciu pociągu do Przemyśla, szybko zorientowałem się, gdzie jest dworzec autobusowy. Po drodze kupiłem jeszcze przewodnik po Lwowie i plan miasta, aby móc się jakoś tam odnaleźć. Autobus do Lwowa stał już na pierwszym stanowisku. Do odjazdu było jeszcze pół godziny. Kupiłem bilet w kasie i rozsiadłem się wygodnie na jednym z pierwszych siedzeń.

Do granicy w Medyce jechaliśmy pół godziny. Kontrolę graniczną po stronie polskiej przeszliśmy sprawnie, choć byliśmy trzecim autobusem w kolejce. Schody zaczęły się po przekroczeniu granicy państwa polskiego. Kolejka pojazdów rosła w zastraszającym tempie. Przed nami nie wiadomo skąd się wzięło tyle aut, a i za nami już nie było widać końca. Ale podobno to tak jest, więc trzeba czekać. Inni pasażerowie autobusu, widocznie często przekraczający tę granicę, mówili, że to normalne. No to czekaliśmy godzinę, potem drugą godzinę. Nasz autobus posuwał się o centymetry. Zachowywałem spokój, do czasu, aż strażnik graniczny nie wszedł do autobusu. Bąknął coś do siebie, jakby dobry den i od razu krzyknął w głąb autobusu – „Paszporty” Ja byłem przygotowany, swój paszport miałem na wierzchu, otwarty na pierwszej stronie. Tymczasem ukraiński wopista podszedł do mnie, wyciągnął rękę w moim kierunku i niemal krzyknął „ A to co ?” Zrozumiałem, że mówi do mnie, bo na mnie się gapił, ale nie zrozumiałem o co mu chodzi i odwróciłem się do tyłu licząc, że jednak mówi do kogoś innego. Strażnik  dalej perorował „ Do kogo należy to zwierzę ?” No tego już było nadto. „ Ja do nikogo nie należę, jestem Astur Romer, tu jest mój paszport. Jestem obywatelem Australii, czasowo mieszkającym w Polsce” – skończyłem i patrzyłem w oczy żołnierzowi. A ten jakby wcale nie słyszał tego co ja mówię. „Dzikich zwierząt nie można przewozić do naszego państwa.” A jeżeli już, to za specjalnym  zezwoleniem i w klatce” – ciągnął dalej Ukrainiec. Zrobiło mi się wręcz słabo. „Jakich dzikich zwierząt ?” pytam. „ Jestem obywatelem i nie mam statusu dzikiego zwierzęcia, tu mam paszport i potwierdzenie na pobyt czasowy w Polsce” – przystawiłem mu niemal pod nos moje dokumenty. Wopista nawet  nie spojrzał na nie, wyciągnął krótkofalówkę i w swoim języku nawoływał kogoś do pomocy. W autobusie już wrzało. Byli tacy co szeptem mówili, „Daj mu coś”  Że niby, co mam mu dać? Nie rozumiałem. „No nie wiesz ?” – usłyszałem z tyłu.  Nie wiedziałem…

Jedni stanęli w mojej obronie i byli za tym, żebym spokojnie jechał do Lwowa, inni żebym natychmiast wysiadł, bo stanowię zagrożenie dla zdrowia i życia pasażerów. Jakie zagrożenie ? O, Kunapipi, Co tu się wyrabia? O co tutaj chodzi ? – nie zdążyłem do końca sformułować swoich myśli, gdy do autobusu weszło trzech uzbrojonych żołnierzy. Złapali mnie za kołnierz, chwycili mnie we trzech  i siłą wyprowadzili z autobusu.  Ja nie mogłem uwierzyć w to, co się wokół mnie działo. Żołnierze dyskutowali miedzy sobą po ukraińsku. Zabrano mój paszport. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać ani po polsku ani tym bardziej po angielsku.

Za chwile podjechał jakiś specyficzny pojazd z klatką na budzie. Oh Kunapipi, nie, tylko nie to… Niestety, siłą wsadzono mnie do tej klatki na oczach wszystkich pasażerów autobusu. Wszyscy byli w szoku,  ja najbardziej.  Odarty z godności zostałem zamknięty na kłódkę w klatce, w której ledwo się mieściłem. Autobus jeszcze chwilę stał na stanowisku, a potem spokojnie odjechał dalej. Mnie odwieziono na granicę polską.

Oficer straży granicznej w mundurze polskim, który do nas podszedł, nie mógł wyjść ze zdumienia, patrząc na mnie zamkniętego w klatce. Kazał Ukraińcom natychmiast rozpiąć kłódkę i wypuścić mnie. Krzyczał coś w języku pomiędzy polskim a ukraińskim. Machał jakimiś dokumentami i widać było, że był mocno zdenerwowany. Ukraińscy żołnierze chyba szybko zrozumieli, że popełnili jakiś błąd, bo chyłkiem wycofali się z dyskusji, wsiedli do pojazdu, zawrócili i już ich nie było. Zostałem ja i polski wopista.

Zostałem formalnie przeproszony przez stronę polską, choć oni nie mieli mnie za co przepraszać. Zwrócono mi mój paszport i służbowym samochodem straży granicznej odwieziono mnie do Przemyśla. Ponieważ już zbliżał się wieczór, a ja nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić, kierowca zaproponował, że odwiezie mnie do hotelu Accademia.

Usiadłem w hotelowym pokoju na fotelu, cały jeszcze trząsłem się z nadmiaru wrażeń. Nie mogłem dojść do siebie. Tyle podróżowałem w swoim życiu i nigdy i nigdzie, w żadnym kraju, nie potraktowano mnie tak, jak na tej granicy z Ukrainą.  Ale podobno co cię nie zabije, to cię wzmocni – pomyślałem, aby choć trochę podnieść się na duchu. Wstałem i położyłem swój plecak na łóżku. Wypadł z niego przewodnik po Lwowie. Miałem ochotę go wyrzucić do kosza, aby mi nie przypominał zdarzenia z granicy. Ale nie,  pomyślałem, będę ponadto. Nie dam się tak stłamsić psychicznie. Następnego dnia na chłodno podejdę do tematu. Przejrzę przewodnik, popatrzę i nacieszę oczy tym,  co mogłem ujrzeć osobiście we Lwowie, gdyby mnie nie zatrzymali na granicy.  A potem…. Potem pojadę na południe – w Bieszczady.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager