New York – New York

NEW YORK, NEW YORK

Przyjechałem na Ranczo Romera na tydzień albo dwa. Stęskniłem się już za rodziną i za australijskim krajobrazem. Wyjazd do  Chin mnie wykończył psychicznie,  potem starałem się odzyskać spokój wewnętrzny w Paryżu u siostry Amy, ale Paryż raczej pobudza, niż wycisza stargane nerwy. Potem niespodzianie wylądowałem w Tokio. Nie mówię, że mi tam było źle, bo bym skłamał, ale pragnąłem ciszy i spokoju, a to mogę znaleźć tylko tu w rodzinnych stronach. Tu się ładuje baterie i koi wszelkie rany. Tak mówiła zawsze ciotka Lisa i ja się z nią zgadzam całkowicie.

Babcia Dolores była zachwycona moim przyjazdem, dogadzała mi na każdym kroku. Po tygodniu pobytu czułem, że przybrałem na wadze, rozleniwiłem się. Potrzebowałem jakiegoś bodźca do działania. Myślisz, mówisz i masz. Zadzwonił telefon. Patrzę w wyświetlacz – Linda moja znajoma ze szkoły w Sydney. Ja wybrałem turystykę, ona poszła dalej w reklamę. Zaczepiła się w jakimś wydawnictwie w Melbourne i tam szlifowała swoją karierę. Dawno nie rozmawialiśmy, chętnie pogadam.

„Czołem Linda, co słychać u ciebie ?” – odebrałem telefon.

„Cześć Astur, gdzie ty teraz przebywasz, słyszałam od Richarda, ze zaszyłeś się na Nowej Zelandii, prawda to ?” – zapytała Linda

„No, poniekąd tak było, ale to już minęło kilka lat,  Nowa Zelandia to dla mnie już temat zamknięty, teraz przyjechałem na Ranczo  do rodziców, pooddychać australijskim powietrzem” – uciąłem temat, żeby nie rozwijać chińskiego wątku.

„ O, to super, znaczy, że się nudzisz na tej waszej prerii” – ciągnęła dalej Linda

„Ja mieszkam w Melbourne, pracuję dla wydawnictwa Cook & Travers. Nie wybierasz się czasem do Nowego Yorku w najbliższym czasie? Wiem, że dużo jeździsz po świecie. Mam problem i nie wiem jak go rozwiązać, może mógłbyś mi pomóc ?”

„Wal śmiało” – powiedziałem, czując, że kroi się coś ciekawego.

„ Wiesz, powiem ci tak w skrócie, nasze wydawnictwo promuje młodych pisarzy. Udało nam się zainteresować  nowojorskie wydawnictwo cyklem opowiadań młodego Australijczyka. Chcą, żeby im jak najszybciej dostarczyć rękopisy. Boję się wysłać paczkę przesyłką lotniczą, żeby  gdzieś nie zaginęła. Nigdy bym sobie nie wybaczyła. Zależy mi na tym, żeby rękopis dotarł jak najszybciej i został dostarczony osobiście. Poleciałabym sama, ale  niedawno zostałam mamą i nie mogę pozostawić dziecka  w Melbourne, ani go zabrać ze sobą.  Pomyślałam o tobie, mam do ciebie zaufanie i wiem, że kto jak nie ty, zrobiłby to najlepiej”  Tu nastąpiły jeszcze dodatkowe komplementy, od których aż się zaczerwieniłem.

Jak się trafia okazja, to trzeba ją łapać, bo może już podobnej nie będzie. To dewiza ciotki Lisy – ale mnie się bardzo przydaje się w życiu.

„ Linda, jasne, nie ma sprawy, chętnie polecę do Nowego Yorku i wykonam twoje zadanie. Będzie to dla mnie fajna przygoda.”

„Asturku kochany, wiedziałam, że zawsze mogę na ciebie liczyć” – zakończyła Linda

 

Umówiliśmy się następnego dnia w Melbourne. Linda miała załatwić bilety lotnicze, hotel i wszystkie formalności, a ja miałem tylko dotrzeć do Melbourne. Co wcale nie było takie proste, będąc na ranczo oddalonym o ponad 1500 km. Ale taka właśnie jest Australia.

Przyleciałem z Brisbane na spotkanie z Lindą, odebrałem rękopis, bilety i wszelkie instrukcje łącznie z telefonami kontaktowymi do głównego wydawcy. Byłem porządnie przygotowany i zaopatrzony we wszelkie niezbędne informacje. Wsiadłem  w Melbourne do samolotu lecącego do  Kataru i na lotnisku Doha po trzech godzinach oczekiwania, przesiadłem się do samolotu lecącego  już bezpośrednio do Nowego Yorku. Po nieskończenie długim czasie, dotarłem w końcu do celu. Byłem wykończony fizycznie po tak długiej podróży. Marzyłem o wygodnym łóżku. Ale najpierw musiałem wykonać zadanie, bo ktoś czekał na moją przesyłkę, a ktoś inny liczył, że szybko ją dostarczę.

Po wyjściu z lotniska, złapałem taksówkę. Zakodowałem, że był to żółty styrany życiem   chevrolet,     a za kierownicą siedział starszy pan o bardzo ciemnej karnacji. Podałem adres wydawnictwa i odpłynąłem ze zmęczenia. Kierowca mnie obudził, gdy podjechaliśmy pod wskazany budynek. Początkowo nie wiedziałem, gdzie jestem i co ja tu robię. Szybko jednak się pozbierałem. Zabrałem swoje dokumenty, bagaż zostawiłem w taksówce, poprosiłem by kierowca poczekał 15 minut i potem odwiózł mnie do hotelu.

Sprawę załatwiłem błyskawicznie. Umówiony wydawca  już na mnie czekał, przekazałem przesyłkę i mi ulżyło. Wykonałem zadanie.  Napisałem jeszcze smsa do Lindy, że paczka już na miejscu i dostałem od razu podziękowania z mnóstwem emotikonów na ekranie. Byłem wolny, tylko krótka podróż do hotelu i mogę walnąć się na łóżko i nie wstawać przez najbliższe 30 godzin. Linda świadoma odległości od Australii, podarowała mi dwa dni na odpoczynek w Nowym Yorku.

Jedziemy teraz do hotelu „El Principio” ,

„Wie pan gdzie to jest ?” – zapytałem kierowcy

„Nie wiem, ale mam nawigację, więc na pewno trafimy…. to pół godziny drogi stąd”

„OK.” – odparłem i już się układałem do zasłużonej drzemki, gdy kierowca najwyraźniej chciał prowadzić ze mną rozmowę. Pomyślałem, dobra, niech to będzie monolog, niech mówi, skoro ma taką potrzebę. Jak przez mgłę słyszałem jak opowiadał o sobie, że mieszka z córką i jej dwójką małych dzieci. Jest już na emeryturze, ale dorabia sobie na taksówce, żeby pomóc córce i wnukom. Nie jeździ na co dzień z gośćmi, jest za stary i często gubi się w Nowym Yorku. Ma dwa stałe kursy z siedziby gazety New York News do ich drukarni. Zawozi materiały do druku, jakieś korekty czy dodruki. Czasami tak jak dzisiaj, gdy wypada jeden kurs, to jeździ na lotnisko i wykonuje dodatkowe zlecenie. W domu przydaje się każdy grosz, bo córka nie pracuje, a dzieci rosną. Zięcia nie ma, więc sam musi się troszczyć o rodzinę, a emerytura nie największa. Słyszałem co drugi wyraz, mój umysł już przestał reagować na bodźce, byłem tak zmęczony, że nic już do mnie nie docierało. Co chwila odpływałem i wracałem na jawę.

„Pan jest młody, pan to co innego” – dotarło do mnie jakby zza grobu. Nie odpowiadałem mu, pozwoliłem, aby sam mógł się wygadać. Mnie to było bardzo na rękę.

„ Gdyby pan wiedział…..usłyszałem, ale nie dowiedziałem się dalszego ciągu zdania. Samochód nagle zahamował i usłyszałem a raczej bardziej poczułem uderzenie, które wybudziło mnie całkowicie z sennego stanu. Chevrolet zatrzymał się z hukiem na chodniku, na hydrancie czy jakimś śmietniku. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu.

„Co pan robi ?” krzyknąłem   Ale odpowiedzi nie otrzymałem. Kierowca taksówki leżał na kierownicy bez ruchu.

O, Kunapipi !!! – wyrwało mi się i czułem, że natychmiast zostałem ocucony.

Przeskoczyłem na przednie siedzenie, kierowca dalej się nie ruszał. Zmierzyłem mu puls, był bardzo słaby. Nie myśląc zbyt długo, zadzwoniłem na 112, ufając, że jest międzynarodowy numer pomocy i tu w Nowym Yorku też ktoś go odbierze.

Nie myliłem się. Wezwano pogotowie, na szczęście po drugiej stronie ulicy był Główny Urząd Pocztowy, co ułatwiło mi podanie lokalizacji. Ambulans przyjechał bardzo szybko. Wyciągnęli kierowcę z samochodu i zabrali do karetki. Sanitariusze wzięli jeszcze dokumenty z wozu, podali adres szpitala i już ich nie było.

Zostałem sam w żółtym chevrolecie, nie należącym do mnie, który wjechał na chodnik i uderzył w słupek. Ani zostać w tym aucie, ani go zostawić. Technicznie nic mu się nie stało, tylko obtarł zderzak. Policji nie było, jej obecność pewnie by mi ułatwiła podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Z tego co opowiadał kierowca, a słuchałem w półśnie, dotarło do mnie, że ma córkę, z którą dzieli mieszkanie i pomaga w utrzymaniu. Wywnioskowałem, że wobec tego nie należy do kasty bogatych taksówkarzy. Zdecydowałem, że zajmę się sprawą. Adrenalina już mi podskoczyła, zmęczenie przeszło na dalszy plan. Trzeba było działać. Zjechałem z chodnika i przestawiłem auto na pobliską zatoczkę. Przy kierownicy przypięty był telefon, od niego zacząłem. Wybrałem numer opisany jako Peggy – córka.

„ Halo tato, co się dzieje, nigdy nie dzwonisz z pracy?” zapytał młody damski głos.

„ Przepraszam panią bardzo, to nie tata” – po czym przedstawiłem się i pokrótce powiedziałem co zaszło i gdzie jestem. Peggy, bo tak właśnie miała na imię córka kierowcy, najpierw wpadła w panikę, ale szybko dowiedziawszy się, że ojciec jest w dobrych rękach, zaczęła rzeczowo ze mną rozmawiać.

„Czy ma Pan prawo jazdy?”- zapytała.

„Oczywiście” – odparłem, „ I to nawet na autobus”   „To dobrze, to bardzo dobrze, czy mogę pana prosić o przywiezienie taksówki do nas do domu, mieszkamy cztery przecznice na zachód od poczty głównej, to nie daleko. Ja nie mogę się ruszyć z domu, bo nie mam co zrobić z dziećmi” – łamiącym głosem prosiła Peggy.

„Dobrze” – powiedziałem. Mnie było już wszystko jedno, czy dojadę do hotelu za godzinę czy dwie. Odstawię im to auto, bo inaczej , to nic z niego nie pozostanie. Wandale uliczni wszędzie są tacy sami. Po piętnastu minutach byłem pod domem Peggy i jej ojca. Ciemnoskóra młoda kobieta wyszła na podwórko, przywitała się i wskazała mi, gdzie mam zaparkować auto. Po czym zaprosiła mnie na górę. Chciałem odmówić, ale nalegała. Po drodze na III piętro, poinformowała mnie, że już rozmawiała ze szpitalem, że ojciec miał zawał, jest już zaopatrzony i wszystko będzie dobrze. Uspokoiłem się i ona też wydawała się być mniej spięta. W mieszkaniu czekały dwa maluchu – bliźniaki tak na oko trzylatki. Zalały mnie gradem pytań, ale Peggy szybko uciszyła swoje potomstwo. Zrobiła mi kawę i poczęstowała obiadem. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo jestem głodny. Peggy opowiedziała mi swoją historię. Potraktowała mnie jak swojego najlepszego przyjaciela i zwierzyła się ze swoich zmartwień. Ojciec dzieci zostawił ją, jak tylko dowiedział się, że będzie tatą. Jeszcze jak na złość powiła bliźnięta. Było im bardzo ciężko. Mama odeszła kilka lat temu, przegrywając z ciężką chorobą płuc. Ojciec szybko przeszedł na emeryturę. Za wcześniejsze odejście z zakładu, w którym pracował całe życie, dostał odprawę i kupił starego chevroleta, aby móc sobie dorobić. Kuzynka załatwiła mu pracę w wydawnictwie. Nie była ona zbyt dochodowa, ale zawsze był to dodatkowy grosz, tym bardziej, że praca nie wymagała pełnej dniówki i ojciec mógł sobie jeszcze coś dorobić na boku. Peggy nie mogła iść do pracy, bo trzeba było pilnować dzieci, a przedszkola w Nowym Yorku są bardzo drogie. I tak wiązali ledwo koniec z końcem. I jeszcze teraz ten zawał ojca. Odsunie go od pracy, co najmniej na dwa tygodnie albo na dłużej. I jak ona teraz sobie poradzi… Mówiąc mi to wszystko miała łzy w oczach.

Było mi ich szkoda. Im dłużej mówiła, tym bardziej chciałem im jakoś pomóc. W tym wszystkim dobre było to, że stary Morgan O’Para miał tylko lekki zawał i z tego, co lekarze jej powiedzieli, wywnioskowaliśmy, że  powinien za kilka dni wyjść ze szpitala. Patrzyłem to nią, to na dwóch małych chłopców i już wiedziałem, że zostanę w tym domu i doprowadzę sprawę do końca, czyli do powrotu ojca Peggy.

Działałem szybko. Zadzwoniłem do Lindy, aby mi anulowała bilet powrotny i przebukowała go na opcje open,  na dowolną datę powrotu jak również anulowała moje miejsce w hotelu. Obiecałem, że wszystko jej wyjaśnię, ale nie teraz, tylko później. Kiedy już podjąłem decyzję, co zrobię, adrenalina mi opadła i znów zacząłem być potwornie zmęczony. Zabrałem swoje rzeczy z taksówki i Peggy ulokowała mnie w pokoju gościnnym. Padłem na łóżko i spałem 15 godzin.

Rano zbudził mnie wrzask bliźniaków. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem i co się dzieje. Potrzebowałem chwili, aby zatrybić. Ustaliliśmy z Peggy, że ona zadzwoni do gazety, powie, że tata jest chory i będzie za niego jeździł zmiennik. Okazało się, że nikomu to nie robi różnicy, byle materiał był na czas dowieziony do drukarni. I tak rozpocząłem swoją nową profesję – kuriera jeżdżącego żółtą taksówką po Nowym Yorku. Jakoś mi nie przeszkadzał fakt, że byłem po raz pierwszy w tej  kilkumilionowej aglomeracji i miałem jeździć po mieście taksówką. Od czego są nawigacje?

Wykonałem swój pierwszy kurs. Trafiłem do gazety bezbłędnie, odnalazłem redaktora, przejąłem materiały i zawiozłem do drukarni. Po południu zrobiłem identyczny kurs. Wszystko grało. Nikt nawet nie zwrócił uwagi, że nie przyjechał stary Morgan, tylko ktoś inny. Ważne, że przesyłki docierały o określonym czasie. Zastępowałem Morgana przez 12 dni. W międzyczasie Peggy jeździła do ojca do szpitala, zdawała mu relacje z mojej pracy, a ja w tym czasie pilnowałem bliźniaków. I to chyba była gorsza strona mojej misji. Ale …dałem radę.

Przyszła pora, gdy stary Morgan mógł opuścić szpital. Czuł się już dużo lepiej, aczkolwiek do pracy jako kierowca jeszcze nie mógł wrócić. Potrzebował rekonwalescencji po zawale.  Był bardzo zadowolony z faktu, że ja u nich mieszkam i kontynuuję jego prace dla wydawnictwa. Niemal ze łzami w oczach dziękował mi za trud i poświęcenie dla nich swojego czasu. No cóż, nie był to dla mnie wielki wysiłek, a raczej porównałbym to do przygody, która trafiła mi się w Nowym Yorku.

W sumie pracowałem jako kurier przez półtora miesiąca. Gdy tylko stary Morgan wydobrzał i mógł znowu zasiąść za kółkiem, ja zacząłem pakować swoje rzeczy zbierać się do wyjazdu. Bliźniaki były niepocieszone. Zdążyliśmy się już do siebie przyzwyczaić. Peggy nie mogła opanować łez ze wzruszenia, gdy jej powiedziałem, że następnego dnia mam samolot powrotny do Australii. O’Parowie nie mogli uwierzyć, że za swoją pracę nie chciałem od nich ani dolara. Bo niby jak miałem wziąć od nich pieniądze? Mieszkałem u nich przez półtora miesiąca, żywiłem się na ich koszt ( choć fakt, czasami ja robiłem zakupy po kursie, ale to bez znaczenia ), Peggy gotowała, przygotowywała posiłki, a ja korzystałem ze wszystkiego, tak jak domownik.  Miałem 45 dniowe wczasy w Nowym Yorku i tylko wykonywałem dwa kursy dziennie. Cała reszta to już była czysta przyjemność. Zaprzyjaźniłem się z O’Parami, zarówno z Peggy, z jej ojcem oraz tymi małymi dwoma urwisami.

Cieszył mnie fakt, że swoim pobytem pomogłem im w momencie, gdy rodzina została bez ojca, bez możliwości zarobkowania. To miało dla mnie wielki sens. Kiedyś bardzo dawno temu, Stary Druh – Aborygen – przyjaciel dziadka Maxa, zabrał mnie do Świętej Góry Uluru. Powiedział wtedy, że ja mam misję do wykonania i potrzebuję wsparcia duchów – naszych przodków na Ziemi Australijskiej, by móc tę misję wypełniać. Byłem wtedy dość małym brzdącem i niewiele rozumiałem z tych aborygeńskich rytuałów. Teraz, po tej przygodzie w Nowym Yorku już dokładnie wiem, na czym polega moja życiowa misja. TO POMOC, BEZINTERESOWNA POMOC DRUGIEJ ISTOCIE.

Żegnając się z nimi  czułem się wspaniale, zostawiłem rodzinę O’Parów z nadzieją, że wszystko w życiu będzie im się układać. Wiem, że mam w nich przyjaciół do końca moich dni i tak jak oni na mnie mogli liczyć w trudnych chwilach, tak z pewnością ja będę mógł liczyć na ich pomoc, gdyby takowa była mi potrzebna.

Wsiadając do samolotu jeszcze raz się odwróciłem. Na balkonie dla odprowadzających stał stary Morgan, Peggy w kolorowej sukience i dwóch małych budrysów trzymających się mamy. Wszyscy machali w moim kierunku. Ja też im kiwnąłem, a łza wzruszenia zakręciła mi się w oku.

 

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager