Mój brat Archie

RODZINA ROMERÓW – mój brat ARCHIE

Archie był w kolejności moim drugim bratem. To on wygonił mnie z torby mamy. Tak się darł przez cały czas, że postanowiłem szybciej opuścić spokojną miejscówkę. Pamiętacie jak Wam opowiadałem, że kangury to torbacze i noszą swoje dzieci w torbach. Mama może nosić dwoje dzieci na raz. Przy czym jedno sobie dorasta spokojnie, a drugie już wychodzi na spacery. Wraca do torby, pod warunkiem, że brat czy siostra zachowują ciszę nocną i nie wrzeszczą przez cały czas.

No cóż, u nas musiało tak właśnie być. Ale dzięki temu miałem więcej czasu na poznanie świata. I z tego się cieszę najbardziej. Archie był moim przeciwieństwem, nie śpieszył się na ten świat, pasowało mu siedzenie w torbie i wykorzystał to maksymalnie. Gdy opuszczał mamy torbę, był już całkiem duży.

Siedzenie w torbie w samotności sprawiło, że jako dziecko był dość nieśmiały i zamknięty w sobie. Dużo czasu mnie kosztowało, aby go rozruszać i sprawić, by śmiał się i cieszył ze wszystkiego, tak jak reszta dzieciaków. Ale udało się i potem Archie już nie odstawał od reszty rodzeństwa. Banda Romerów, tak nas nazywały inne dzieci w sąsiedztwie. Była nas szóstka ( nie liczę Joshuy i Zoe, bo oni byli dużo starsi od nas i nie bawili się z nami ). Zawsze stanowiliśmy przewagę, gdy dochodziło do konfrontacji między rówieśnikami.

Archie od małego lubił przyrodę. Najlepiej się czuł pośród kwiatków, drzew i właściwie pośród wszystkich roślin. Mógł z nimi rozmawiać, opowiadać im  różne rzeczy. One go słuchały, ale nie wyśmiewały się z niego, jak powiedział coś głupiego, nie szturchały go. Były nieme, ale cierpliwe. Zbierał kwiatki, listki, suszył je i układał w albumy. Oznaczał, podpisywał ( gdy już umiał pisać ) i tworzył swego rodzaju zielniki z tych suszonych roślin. Najlepiej lubił biologię w naszej domowej szkole. Wówczas to on najwięcej zabierał głos na lekcjach. Zadawał pytania nauczycielce dotyczące wszystkiego co nas otacza i czasami stawiał ją w kłopotliwej sytuacji, gdy nie znała odpowiedzi. Reszta dzieci była z tego bardzo zadowolona, bo biologia zawsze nam mijała bardzo szybko.

Archie nie był typem lubiącym sport. We wszystkich siłowych dyscyplinach, jakie uprawiają dzieci, zawsze zajmował ostatnie miejsca, ale i tak był bardzo dumny z tego, że udało mu się dobrnąć do końca.

Zwykle tak było podczas zawodów, jakie urządzał nam wujek Frank – młodszy brat taty. Frank był lekkoatletą i to wielce zasłużonym. Brał udział nawet w olimpiadach i zdobywał medale w biegach na krótkich dystansach. Był niesamowicie szybki. Na co dzień trenował w Sydney. Ale bywało, że przyjeżdżał na ranczo na dwa lub trzy dni i wówczas organizował nam domowe igrzyska sportowe.

Wszystkie dzieci chętnie brały udział w zawodach, nawet najmłodsza Mia. Archie też się garnął do zawodów, traktował je jak zabawę. Nie miał ani kondycji, ani talentu do sportu, szczególnie do lekkoatletyki. Był ociężały, choć wagowo nie odbiegał od reszty dzieciaków, był po prostu bardzo powolny. Nie przeszkadzało mu to, by bawić  się z nami i cieszyć, gdy dobiegał do końca, czy skoczył w dal, choć wynik sportowy był bardzo słaby. Wujek Frank jednak nagradzał wszystkich uczestników w zawodach. Przygotowywał medale i na koniec wręczał je każdemu. Mieliśmy podium ze skrzynek, ale takie specjalne Romerowe – na sześć miejsc. Każdy kolekcjonował swoje medale i potem podczas innych zabaw, chwaliliśmy się między sobą i porównywaliśmy je. Najlepszy był oczywiście złoty medal, potem srebrny, brązowy, miedziany, stalowy i blaszany. Ja, nie chwaląc się, miałem najwięcej złotych, a Archie, niestety, najwięcej blaszanych.  Ale to nie miało znaczenia.

Dzięki wujkowi Frankowi, uczyliśmy się zdrowej rywalizacji, wygrywania i przegrywania. I to było najważniejsze. Gdy później przyszło nam w życiu, zmierzyć się z porażką, czy sukcesem, było łatwiej. Znaliśmy smak zwycięstwa i smak porażki.

Gdy podrośliśmy już na tyle, że szkoła zdalna przestała nam wystarczać, musieliśmy wybrać dalszą szkołę w Brisbane. Rodzice nie naciskali na nas, nie narzucali nam swoich preferencji. Sami musieliśmy dokonywać wyborów. Archie wybrał college o profilu przyrodniczym. Cieszył się na samą myśl, że będzie mógł pogłębiać swoją wiedzę botaniczną. Tymczasem okazało się, że szkoła oferowała wiele innych dyscyplin i była bardzo dobrze przygotowana do kształcenia młodzieży w wielu dziedzinach. Podczas kilku lat nauki preferencje Archiego uległy zmianie. Co prawda dalej botanika była oczkiem w głowie, ale coraz więcej czasu spędzał na zajęciach technicznych. Na koniec nauki okazało się, że swoje zawodowe życie chce poświęcić technice, a nie roślinom.

Dziwiło to rodzinę bardzo, ale cóż, gusta się zmieniają z wiekiem. Rodzice byli bardzo tolerancyjni wobec nas wszystkich. I to bardzo w nich cenię do dziś. Tradycja w rodzinie Romerów – to świętość. Pisanie kroniki, czy przekazywanie symbolicznych kluczy do Rancza, to obowiązek każdego pokolenia. Niejednokrotnie czytałem w kronice rodzinnej, jak ojciec przekazywał synowi pierworodnemu ster na Ranczo. A u nas, odkąd sięgnę pamięcią, nic takiego się nie działo. Rodzicom urodziło się ośmioro dzieci, dziadek Max i babcia Dolores, byli przy narodzinach każdego z nas. I nigdy nie słyszałem, aby któryś z synów został przez ojca naznaczony na następcę. Fakt, nigdy też się nad tym nie zastanawiałem.

Joshua jako najstarszy, powinien zgodnie z tradycją, przejąć po ojcu Ranczo. Niestety, ale on w bardzo młodym wieku, opuścił dom rodzinny i chyba nie miał nigdy zamiaru zajmować się gospodarką. Potem była Zoe, która w ogóle się nie nadawała do pracy na farmie i zresztą też szybko opuściła ranczo razem z niefortunnie przyjętym pracownikiem sezonowym – Ralphem. Mnie nigdy ani tato, ani dziadek nawet nie zadali pytania, czy chciałbym kontynuować rodzinną tradycję. Zresztą i tak nie chciałem. Archie na początku z tą swoją botaniką, może i by się w końcu nadał na farmera, ale potem od niej odstąpił i został inżynierem. Zaczął pracować i  pracuje do dziś w Zakładach Metalowych w Brisbane, pnąc się po szczeblach kariery. Paolito nie przejawiał żadnego zainteresowania rolnictwem i hodowlą. Dziewczyny z góry były przekreślone, chyba, że wyszłyby za mąż za osiłków, którzy by chętnie pracowali na farmie. Ale to już nie byliby Romerowie. Pozostał tylko Tomie, który owszem lubił zwierzęta, ale co innego lubić psa czy kota, a co innego prowadzić ogromne ranczo. I tu się pojawiał problem, który musieli rozwiązać rodzice. A oni milczeli i nie dawali po sobie poznać, nawet gdyby już mieli wówczas jakieś plany.

Los potem sam rozstrzygnął ten dylemat rodzinny, ale o tym opowiem Wam innym razem.

Tymczasem mara mara ….

About Author

client-photo-1
Astur4-manager

Komentarze

Dodaj komentarz

cztery × pięć =