Samuel – założyciel Ranczo Romera

HISTORIA SAMUELA – ZAŁOŻYCIELA RANCZO ROMERA

Chcecie się dowiedzieć o mnie więcej? To siadajcie wygodnie w fotelu i posłuchajcie. Ja mogę opowiadać godzinami, a mam sporo do powiedzenia. Pewnie nie dam rady opowiedzieć wszystkiego od razu, ale gdy tylko będę miał wolny czas, to będę Wam opowiadał: historię mojej rodziny w Australii, a także przygody z mojego życia. A życie mam bardzo ciekawe. Myślę, że nie będziecie się nudzić. Dziś opowiem wam kim był Samuel.

No to zaczynamy…

Moja rodzina od zawsze mieszkała w Australii. Stamtąd pochodzimy: ja i wszystkie inne kangury. Terra Australis czyli Ziemia Południowa, leży na końcu świata na południowej półkuli. Cały kontynent to ogromna wyspa, ale zamieszkała  jest głównie od południa i od wschodu. Właśnie tam w regionie Queensland na wschodnim wybrzeżu na zachód od miasta Brisbane, znajduje się nasza rodzinna farma. Nazywa się Rancho Romera. Farmę założył prawie dwieście lat temu mój przodek Samuel Romer. To on pierwszy zrobił zapiski ze swojego życia, pisząc coś w rodzaju pamiętnika. Zachowały się one do dziś, były pieczołowicie chronione przez lata, ale też uzupełniane przez kolejne pokolenia w formie kroniki rodzinnej.

Dziś opowiem wam o historii Samuela Romera – założyciela naszego ranczo, bo to od niego właściwie wszystko się zaczęło….

Rodzice Samuela pochodzili z Brisbane. W tamtych czasach to nie było wielkie miasto, tylko takie nieduże miasteczko, gdzie przybywali okoliczni farmerzy, by coś załatwić w urzędach, zrobić niezbędne zakupy w sklepie kolonialnym, czy wstąpić do saloonu, by usłyszeć najnowsze wieści od przybyłych farmerów z odległych regionów. Dziś to ogromna metropolia, trzecie co do wielkości miasto w Australii, leżące u ujścia rzeki Brisbane do Pacyfiku.

Samuel mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w ubogiej dzielnicy. Ojciec był barberem. W tamtych czasach to nie była zła fucha, ale mając na utrzymaniu dużą rodzinę, rodzice  ledwo wiązali koniec z końcem. Gdyby jeszcze  dzieci im pomagały, to może wiodłoby im się lepiej. Samuel był najstarszym z rodzeństwa, ale już od młodych lat sprawiał rodzicom kłopoty. Był nieznośnym huncwotem. Jako młodzieniec związał się z nieodpowiednimi ludźmi, popadł w konflikt z prawem. W kronikach rodzinnych nie zostało napisane co nabroił, ale musiało to być coś poważnego, bo został skazany za swoje występki i prawomocnym wyrokiem sądu, został zesłany do kolonii karnej w Nowej Zelandii.

Na nic się zdały starania ojca, by uniewinnić syna. Samuel został przewieziony do obozu pracy na terenie południowej wyspy. Pracował w kopalni złota położonej niedaleko miasta Dunedin, gdzie w 1865 roku odkryto złoża złota.  Przez pięć lat codziennie wraz z innymi współwięźniami był dowożony do kopalni  i tam ciężko  fizycznie pracował. Z pewnością ciężką pracą w kopalni odkupił swoje winy, bez względu na to, co przeskrobał w Brisbane.

Po zakończeniu kary nie wrócił do rodzinnego miasta, choć miał taką możliwość. Było mu wstyd wracać do domu z pustymi rękami. Postanowił pozostać w Dunedin,  podjąć legalną pracę w kopalni złota, by zarobić trochę dolarów, wrócić do Brisbane i wesprzeć materialnie swoją rodzinę. W więzieniu zaprzyjaźnił się ze starym Chińczykiem, który wraz z nim odbywał karę w kopalni. Gdy oboje uzyskali wolność, Samuel na prośbę starego Lao, zamieszkał u niego i przez kolejny rok uczciwie pracował, odkładając zarobione pieniądze. Niebawem jednak stary Chińczyk zmarł, pozostawiając mu w spadku poletko w okolicznych górach. Stary Lao zawsze marzył, że tam osiądzie i na stare lata będzie szukał złota na swoim polu.

Samuel uznał, że jest to jedyna szansa, aby móc samemu, na własną rękę, poszukiwać złota. Spakował swoje rzeczy,  opuścił dom gościnnego przyjaciela Chińczyka, przeniósł się do starej chałupy w górach i dzień w dzień płukał kamienie w strumyku, szukając złota. Miał już doświadczenie w pracy w kopalni złota i wiedział jak się do tego zabrać. Szczęścia miał sporo. Okolica nie była jeszcze eksplorowana przez poszukiwaczy złota i w strumyku co raz znajdował piękne żółte samorodki. Bał się zawozić je do miasta i sprzedawać legalnie w banku, czy też na czarnym rynku u miejscowego Żyda. Gdyby tak zrobił, szybko by się rozeszła wieść po mieście, że na jego działce jest złoto.  Gdyby tak się stało, nie dożyłby kolejnej nocy.

Konkurencja wśród poszukiwaczy złota była spora. Wielu, wiedzionych szybkim wzbogaceniem się, ciągnęło do Nowej Zelandii z najbardziej odległych stron. Byli szemrani kowboje z Ameryki, uciekinierzy z Królestwa Wielkiej Brytanii, Azjaci, Australijczycy i wiele innych nacji. Samuel bał się też, że ktoś mógłby włamać się do jego chatki i zabrać mu jego  złote samorodki. Życie w Nowej Zelandii nauczyło go już sporo. Żeby przeżyć, trzeba było kombinować. Wymyślił zatem sposób, dzięki któremu mógł legalnie transportować złoto z Nowej Zelandii do Australii. Oficjalnie było to zabronione, a jeżeli już, to objęte wysokim cłem.

Podczas swojego pobytu na północnej wyspie, Samuel był stale w kontakcie ze swoją rodziną. Pisali do siebie listy i informowali się wzajemnie o ważnych sprawach. Pewnego dnia matka dostała depeszę od syna z informacją, że się zaręczył i lada chwila zjedzie wraz z narzeczoną do Brisbane. Tymczasem syn prosi, aby odebrała z portu kufer, w którym są suknie narzeczonej i przetrzymała go do ich przyjazdu. Samuel kupował w Wellington od zaprzyjaźnionej damy znoszone suknie, znalezione samorodki wszywał w fałdy sukni, pakował je do kufra i poprzez znajomego właściciela starej łajby kursującej raz w tygodniu z Wellington do Brisbane, przekazywał kufry matce. Strażnicy celni niejednokrotnie sprawdzali zawartość kufra, ale nigdy, oprócz znoszonych sukien, które Samuel zgłaszał jako prezenty dla sióstr, nie znaleźli nic podejrzanego.

Matka odebrała w sumie sześć przesyłek z zawartością zaszytą w fałdach, przekraczającą wyobrażenie rodziny o wartości majątku. Do końca nie miała pojęcia, co kryje się w kufrze. Przechowywała kufry przez dwa lata, święcie wierząc, że Samuel lada dzień wróci z Nowej Zelandii wraz z narzeczoną. Cieszyła się na tę myśl bardzo, bo ojciec już podupadał na zdrowiu, a młodsze rodzeństwo Samuela nadal było na utrzymaniu rodziców.

Kiedy Samuel uznał, że żyła złota, która płynęła przez poletko Chińczyka, wyczerpała się, sprzedał chatę, pole, wsiadł na statek i wrócił do rodzinnego miasta. Minęło ponad 8 lat, odkąd wyjechał z Brisbane. W międzyczasie dużo się zmieniło, młodsze siostry powychodziły już za mąż i pozakładały swoje rodziny.  Ojciec się rozchorował, musiał sprzedać za grosze swój zakład fryzjerski, bo nie miał już siły całymi dniami obsługiwać klientów. Matka pracowała dorywczo, starając się zarobić parę dolarów, by utrzymać  rodzinę.

Któregoś dnia przyszła depesza z Wellington. Samuel informował w niej rodzinę, że wraca do Brisbane najbliższym statkiem.  Kiedy już  spotkali się wszyscy w domu, radości rodziców i rodzeństwa nie było końca. Samuel zaczął opowiadać co się z nim działo przez te 8 lat, o życiu, o przyjaciołach, ale przede wszystkim, zapytał gdzie są kufry z sukniami. Rodzice dziwili się, że tak się troszczy o stare suknie, tym bardziej, że nie przywiózł ze sobą narzeczonej, dla której je kupował. Kiedy wyciągnęli z kufra wszystkie suknie, okazało się, że one nie są dla żadnej narzeczonej, tylko są po prostu opakowaniami dla złotych samorodków  znalezionych przez Samuela na poletku Chińczyka.

Po sprzedaży całego złota, Samuel stał się z właścicielem pokaźnej fortuny. Wraz z rodzicami sprzedali stary dom i wspólnie zakupili ogromny kawał ziemi w okolicach Toowoomby na zachód od Brisbane.  Tam Samuel wraz z ojcem zbudowali dom i zaczęli zakładać farmę, która dała początek Ranczo Romera.

Minęło wiele lat, na Ranczo urodziły się i wychowały kolejne pokolenia. Każdy najstarszy syn przejmował Ranczo od swojego ojca, rozbudowywał i udoskonalał dom, powiększał i rozwijał farmę.  Gdyby dziś Samuel spojrzał na swoje, czyli nasze Ranczo, byłby z niego bardzo dumny.

Ziarno, które zostało zasiane ponad dwieście lat temu,  wydało wspaniałe plony.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager