Moja siostra Zoe

RODZINA ROMERÓW:

moja najstarsza siostra – ZOE

Moja najstarsza siostra Zoe miała wiele cech ciotki Lisy. Od najmłodszych lat była niepokorna, ciągle stawiała na swoim, nie liczyła się z nikim, nawet z nami czyli z młodszym rodzeństwem. Była dla siebie sterem i okrętem. Nie za bardzo chciała się uczyć. Wszyscy mówili, że miała pstro w głowie. Babcia Dolores zawsze powtarzała „ O, kunapipi, co z ciebie dziewczyno wyrośnie ?

Babcia Dolores zwykle mówiła „O, kunapipi”, jak chciała wzmocnić swoją wypowiedź, bądź podkreślić jak bardzo jest zdenerwowana. W języku aborygenów to oznacza mniej więcej „O, matko ty moja !” i odnosi się do żywicielki Matki Ziemi. Babcia Dolores wraz z dziadkiem Maxem mieli przyjaciela  starego Aborygena, który dość często pojawiał się na Ranczo i rozmawiał z nimi w lokalnym języku yimithir. Stąd też to powiedzenie, które i ja również przejąłem od babci.

Rodzice, jak pamiętam, zawsze byli zajęci pracą. Tato miał mnóstwo pracy na ranczo. Mama zajmowała się naszą gromadką, pomagała babci Dolores w prowadzeniu domu, a także opiekowała się najstarszą siostrą dziadka Maxa – ciotką Franny, dopóki ta nie odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. Mama, jak tylko mogła starała się nam to wynagrodzić, ale mając ośmioro dzieci w różnym wieku, trudno było znaleźć czas dla każdego z nas.

Zoe, jak tylko weszła w wiek dojrzewania, stała się jeszcze gorsza. Buntowniczka, która nie chciała słuchać  nikogo i negowała wszystko, co się do niej mówiło. Rodzicom sprawiała mnóstwo kłopotów, a i nas – młodszego rodzeństwo nie oszczędzała. Jedyną osobą w domu, z którą choć trochę się liczyła, był niewiele starszy od niej nasz brat – Joshua. Tylko on mógł z nią spokojnie porozmawiać i mieć jakikolwiek wpływ na to co robiła lub zamierzała zrobić.

Pewnego wieczoru, tata rozmawiał z dziadkiem Maxem i wspólnie doszli do wniosku, że potrzebują pomocnika do jesiennego spędu bydła. Tego roku mieli bydła dwa razy więcej i wiedzieli, że sami nie dadzą rady. Na Ranczo oni dwaj byli zdani tylko na siebie. Najstarszy z nas – Joshua wyjechał z Ranczo, realizując swoje życiowe plany. A Zoe, choć niedługo miała osiągnąć pełnoletność, była drobna, krucha i zupełnie nie nadawała się do pracy przy bydle. Panowie uzgodnili, że dadzą ogłoszenie w lokalnej gazecie, że potrzebują pomocnika na krótki okres do pracy przy bydle.

Nie minęło kilka dni, jak na Ranczo pojawił się Ralph. Był to kawał młodego kangura. Należał do gatunku rudych olbrzymów. My zaś do kangurów szarych. Kangury dzielą się na dwie podstawowe grupy, które różnią się miedzy sobą wielkością i wyglądem. Rudy olbrzym jest koloru jasno brązowego, ma biały pysk i dochodzi do ogromnych rozmiarów. Kangur szary jest też duży, ale drobniejszy od olbrzyma i ma ciemny pysk. Jak w każdej populacji, gatunki się mieszają, tak i w naszej rodzinie szarych kangurów pojawiają się osobniki bardziej podobne do rudych olbrzymów, niż do szarych kangurów.

Wujek Lence miał więcej cech kangura rudego, niż szarego. Dziadek Max też był bardziej podobny do  rudego osobnika, no i mój najmłodszy brat Tomie, też ma w sobie cechy rudego olbrzyma.

Wracając do Ralpha, wyglądał niczym „Pudzian” przed kolejnym starciem. Dziadkowi się spodobał od razu, bo zależało mu na silnym pomocniku. Tata też go zaakceptował i po krótkiej rozmowie, przyjęto go do pracy na Ranczo. Ralph dostał pokoik przy stajni i tam się rozgościł ze swoim niedużym dobytkiem. Zoe zaniosła mu czystą pościel i zaprosiła na kolację. Podczas pierwszego i kolejnych wspólnych posiłków, nie spuszczała z Ralpha wzroku, zahipnotyzowana jego wyglądem zewnętrznym. W powietrzu wisiały kłopoty, na które rodzina nie musiała długo czekać.

Ralph do pracy zbyt się nie garnął. Tata to zauważył od razu, ale ponieważ nie było wyjścia, starał się nie okazywać tego Ralphowi. Po kilku dniach okazało się, że w nocy Ralph zniknął, a Zoe razem z nim. Zostawiła tylko kartkę na swoim łóżku ”Nie szukajcie mnie”.

Ale tata z dziadkiem szukali. Pamiętam, że tego samego dnia, pojechali do Toomoomby, na posterunek policji, zgłaszając porwanie dziewczyny. Problem jednak polegał na tym, że za dwa dni Zoe miała obchodzić osiemnaste urodziny i w zasadzie mogłaby już sama decydować o własnym losie. Nie doczekała na Ranczo swoich urodzin, a szkoda, bo cała rodzina szykowała dla niej wielką niespodziankę.

Po jakimś czasie dostaliśmy od niej kartkę z Perth – miasta leżącego na zachodnim krańcu Australii. Pisała, ze jest z Ralphem, podjęła pracę i jest szczęśliwa.

Po kilku miesiącach przyszła kolejna kartka, tym razem z Adelajdy, miasta na południowym wybrzeżu. Zoe donosiła wówczas, że rozstała się z Ralphem, bo okazał się brutalem, a sama wyjechała do Adelajdy z innym osobnikiem, który był kierowcą ciężarówki. Tam znalazła pracę i jest szczęśliwa.

Takich kartek, pamiętam przyszło na Ranczo jeszcze kilka. Zoe zmieniała miejsca zamieszkania, pracę i partnerów. Babcia załamywała ręce, a rodzice przestali już nawet komentować poczynania Zoe. Wszyscy pogodzili się z faktem, że Zoe wbrew rodzinie, wybrała zupełnie inne życie.

Nasz kontakt się urwał, gdy ja wyjechałem z Ranczo. Dużo później postanowiłem odszukać Zoe. Przefiltrowałem facebooka i znalazłem ją bardzo szybko. Miała bogaty profil i udzielała się na facebooku dość mocno. Dowiedziałem się, że obecnie mieszka nadal w Adelajdzie. Pracuje w  restauracji „La Mancha”,  i ma dwójkę dzieci z jej właścicielem.

No cóż kariery wielkiej nie zrobiła… Może kiedyś ją odwiedzę w Adelajdzie.

 

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager