Mój brat Joshua

RODZINA ROMERÓW

mój najstarszy brat – JOSHUA

 

Moi rodzice Dan i Holy byli po ślubie bardzo szczęśliwi. W rodzinnej kronice Dziadek Max zapisał, że wszyscy z utęsknieniem oczekiwali potomka Romerów. Gdy w końcu okazało się, że urodził się syn, cała rodzina była przeszczęśliwa. Kolejny potomek Romerów przyszedł na świat. Dziadek Max uparł się, aby młody dostał imię po swoim pradziadku Joshu i rodzice zgodzili się nazwać pierworodnego imieniem Joshua.

Młody Joshua nie tylko dostał imię po pradziadku, ale też i charakter. Był uparty, krnąbrny i bardzo impulsywny. Najpierw mówił, a potem się zastanawiał nad tym co powiedział. Już jako dziecko sprawiał kłopoty. Nie chciał się uczyć. Mówił, że nauka mu nie wchodzi do głowy.

Rodzice się martwili, dziadkowie się martwili. Wiadomo było nie od dziś, że najstarszy z rodu syn przejmuje Ranczo po ojcu, po dziadku. Joshua nie przejawiał żadnego zainteresowania pracą na farmie.

I nic nie wskazywało na to, by coś mogło się w tym względzie zmienić. Zaraz po Joshui urodziła się Zoe. Tata wraz dziadkiem Maxem miał dużo pracy na ranczo, mama opiekowała się małą Zoe, a babcia Dolores zajmowała się domem. Joshua był zdany sam na siebie, a właściwie to na towarzystwo innych chłopców z okolicznych farm. Dzieci szybko znajdują się, nawet na tak odludnych miejscach jak farmy w Australii. Joshua szybko nauczył się jeździć na starym skuterze dziadka i często z niego korzystał, jeżdżąc po polnych drogach.

Gdy Zoe podrosła, to zabierał ją ze sobą. Oboje razem dość dobrze się dogadywali. Gdy później na świat przyszedłem ja i nasze młodsze rodzeństwo, Joshua nie okazywał nam żadnego zainteresowania. Była za duża różnica wieku pomiędzy nami. Gdy on był nastolatkiem, my dopiero zaczynaliśmy przygodę ze szkołą.

Joshua i Zoe byli bardzo podobni do siebie.  Oboje mieli swój własny sposób na życie, nie pozwalali zamknąć się w jakichkolwiek ramach i buntowali się przeciw wszystkiemu. Joshua nie zamierzał ani pracować ani zostać na ranczo dłużej niż to było konieczne. Na nic się zdały prośby i groźby zarówno dziadka Maxa jak i naszego taty. Joshua chciał dla siebie łatwiejszego życia. Praca fizyczna go mierziła.

Już jako kilkunastolatek wdał się w jakieś szemrane towarzystwo. Znikał na kilka dni, potem pojawiał się na ranczo. Dysponował gotówką, której raczej nie zarobił w uczciwy sposób. Wszyscy się domyślali, że najprawdopodobniej gra w karty z kolegami i ich ogrywa. Nigdy do tego się nie przyznał, a pieniądze tłumaczył tym, że komuś coś pomógł, coś załatwił i zarobił.

Babcia Dolores załamywała ręce. Dziadek nie raz i nie dwa przemawiał mu do rozumu, ale wszystko było na marne. Mając niecałe 19 lat, Joshua oznajmił, że wraz ze znajomym zaczepili się na statek towarowy i zamierzają popłynąć do Szanghaju. Znajomy ma tam rodzinę i Joshua zamierza tam poszukać swego szczęścia. Opuścił Ranczo, niedługo po tym, nie pożegnawszy się nawet z nami – młodszym rodzeństwem. Właściwie to dla niego nie istnieliśmy.

Później Zoe nam powiedziała, że Joshua dotarł do Szanghaju, że zadomowił się w chińskiej dzielnicy i zarabiał na życie obstawiając jakieś półlegalne walki kogutów czy psów. Generalnie obracał się w światku, co do którego istnienia ani rodzice, ani dziadkowie, a tym bardziej my dzieci, nie mieliśmy żadnego pojęcia.

Za mojego pobytu na Ranczo, Joshua już nie pojawił się w domu. Od czasu do czasu, przysyłał do rodziców jakieś wieści. Informował co u niego. Nie można powiedzieć, że rozstał się z rodziną w gniewie, czy w kłótni. On po prostu nie nadawał się do życia na ranczo. Szukał swojej drogi i najprawdopodobniej ją znalazł.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager