RODZINA ROMERÓW – ja – ASTUR i moje młodsze rodzeństwo

To była pora deszczowa, która w Australii trwa od końca grudnia, do końca marca. Temperatury i ilość opadów są bardzo wysokie, a wilgotność powietrza bardzo uciążliwa. Babcia Dolores przechodziła  uporczywe migreny i dziadek Max poprosił starego Aborygena, aby w wiadomy sobie sposób, pomógł babci pozbyć się tych bóli głowy.  Mama również nie czuła się najlepiej. Do mojego rozwiązania były jeszcze trzy tygodnie, ale ja za wszelką cenę chciałem już być na świecie.

I pośpieszyłem się, zupełnie niepotrzebnie, bo ze szkodą dla samego siebie. Przyszedłem na świat 9 lutego, w tym samym dniu, co ciotka Lisa. Czy to zły, czy dobry znak ?

Jak tylko zobaczyłem światło dzienne, zacząłem się dusić, zupełnie nie mogłem złapać tchu. Wszyscy wkoło byli spanikowani. Nikt nie wiedział co ze mną zrobić. Dopiero dziadek Max wpadł na pomysł, żeby zawołać starego Aborygena, który nad babcią odprawiał jakieś czary. Byłem bardzo słaby, nie miałem wcale siły. Tak bardzo pchałem się na ten świat, że nawet nie pomyślałem, że przecież to jeszcze za wcześnie, jeszcze nie pora. Stary Aborygen wziął mnie na ręce i zaczął potrząsać. Nie wiem o co mu chodziło, ale mnie ze strachu wrócił oddech. Czułem  jak położył mnie na stole i rozpoczął jakiś dziwny rytuał. Coś mamrotał w sobie znanym języku, machał rękami, zupełnie jakby chciał wypędzić ze mnie jakieś złe duchy. Powoli zacząłem się wyciszać. Oddech mi wrócił, mięśnie zaczęły normalnie funkcjonować.

„Będzie żył” usłyszałem jego głos w rozpoznawalnym dla mnie języku. „ Musicie go nazwać As-too-r, co w naszym rodzimym języku znaczy – ten, który stworzony jest do rzeczy wielkich. To imię będzie go niosło przez życie i trzymało zawsze na najwyższych lotach. Nie pozwoli mu spaść, ani uginać się” Rodzice przytaknęli. Zgodziliby się na wszystko, aby tylko mój stan się polepszył.

I tak zostałem  nazwany As-too-r. W wersji czytanej to brzmi Astur i tak zostało, gdyż język aborygeński jest dość skomplikowany w swej pisowni i tata z mamą uznali, że w urzędzie podadzą angielską wersję uproszczoną.

Rodzice wołali na mnie różnie, począwszy od Astura, przez Astusia, Asturka, a młodsze rodzeństwo które przyszło na świat później, mówiło na mnie Tusiek, czy nawet Tusio. Najbardziej ekskluzywna wersja mojego imienia to Asti i ona mi się najbardziej podoba.

Tymczasem chowałem się w torbie u mamy. My torbacze, bo kangury należą do torbaczy, wychowujemy się w kangurzych torbach. Dorosła kangurzyca może mieć w jednym czasie trójkę dzieci i nie będą to trojaczki. Każde dziecko rodzi się tak, jak u każdego ssaka, po czym wędruje samo lub przy pomocy swojej mamy do kangurzej torby. Mamy mają w torbie dwa stanowiska z podwójnym kranem mlecznym. Pierwsze młode ciągnie mleko z jednego kranu i po 2-3 tygodniach pobytu w torbie, może zacząć wyłazić na zewnątrz, ale ma prawo do 3 miesięcy jeszcze wracać do torby, aby sobie odpocząć i pociągnąć z kranu mleka o wysokiej kaloryczności. W tym czasie rodzi się następne młode i również chowa się w torbie, korzystając z drugiego kranu. Jednocześnie w poczekalni już czeka trzecie młode, które jak tylko zwolni się miejsce w torbie, zaraz przychodzi na świat i zajmuje wolne miejsce w maminej kieszeni.

Tak było i ze mną. Dość szybko chciałem oglądać świat i urodziłem się trochę za wcześnie. W torbie było całkiem przyjemnie, ale mnie już ciągnęło, żeby zobaczyć co jest na zewnątrz. Szybko zacząłem wyskakiwać na krótkie spacery. Ale też zaraz wracałem. Któregoś pięknego dnia wracam ze spacerku do torby, a tam już siedzi kolejny młody Romer. Nie byłoby problemu, gdyby był spokojny, bo mama miała sporo miejsca w torbie. Ale ten mały tak się darł, że trudno było z nim wytrzymać. To był Archie,  mój młodszy brat. Robił tyle hałasu w torbie, że chciał,  nie chciał, musiałem szybko się wynieść z wygodnej miejscówki. Archie na długo rozgościł się w torbie i nie zamierzał jej szybko opuścić. Darł się dniami i nocami, choć nic mu nie było. Cicho w torbie było tylko wtedy, gdy on spał. W poczekalni u mamy już czekała Amy, ale pewnie jak słyszała te wrzaski, to wcale nie miała ochoty pokazywać się na tym świecie.

Dość dobrze zaznajomiłem się ze światem zewnętrznym, gdy Archie w końcu opuścił mamy torbę.

Wyciszył się i był już nad wyraz spokojny. Czasami mi się wydawało, że nawet zbyt spokojny. Amy też tak jak ja, szybko dojrzała do tego, aby pozostawić miejsce w torbie dla następnego małego Romera. Niedługo potem powitaliśmy Paolita, potem Tomiego i na koniec ostatnią, najmłodszą naszą siostrę Mię.

W sumie rodzice nasi doczekali się ośmioro potomstwa. Joshua  i Zoe odstawali od reszty, gdyż byli od nas dużo starsi. Natomiast nasza szóstka: ja, Archie, Amy, Paolito, Tomie i Mia tworzyliśmy zgraną szóstkę. W okolicy inne  dzieciaki wołały na nas banda Romerów. Faktycznie byliśmy jak zwarta ekipa, zawsze razem, zawsze gotowi do zabawy, otwarci na świat, przepełnieni przeróżnymi pomysłami, gotowi na wszystkie wyzwania. Nasze Ranczo tętniło życiem. Tyle dzieci na raz dawno nie było w tym domu. Zawsze byliśmy górą, zawsze wygrywaliśmy, choć nie zawsze fair, ale byliśmy tylko dziećmi. Mieliśmy swój własny Romerowy Świat i nie pozwalaliśmy nikomu go zburzyć. Przeżyliśmy wiele wspólnych przygód, zdarzeń: przyjemnych i smutnych, wzruszających i tak wesołych, że czasami wspominając, jeszcze się z tego śmiejemy. To naprawdę wspaniałe, mówię to z perspektywy czasu, że mogłem się wychowywać w tak licznej gromadzie, nie byłem sam, zawsze mogłem liczyć na każdego z moich braci i sióstr. Byliśmy jak jeden za wszystkich i wszyscy za jednego.

Tak nam zostało do dziś. Nie ważne w jakim zakątku świata jesteśmy, jeżeli któreś z nas potrzebuje pomocy, to wystarczy jeden telefon, jeden sms i kto żyw pędzi na ratunek. Siła więzi braterskiej i siostrzanej jest ogromna. Możemy się kłócić o drobnostki, ale w sprawach ważnych zawsze mamy to samo zdanie. Krew Romerów płynie w każdym z nas i niesie  ogromne ładunki miłości, przyjaźni i wzajemnego szacunku. To są takie wartości, które nigdy nie zginą. Są wyssane z mlekiem matki i przekazywane następnym pokoleniom.

Ale się rozgadałem… ale tak samo wyszło…

Tymczasem miałem opowiedzieć Wam o swoim dzieciństwie, o tym jak spędzaliśmy czas na Ranczo  – my – dzieci Romerów.

Wygląda na to, że o tym opowiem następnym razem.

A więc mara mara i do następnego…

About Author

client-photo-1
Astur4-manager