Asystent w biurze podróży

ASYSTENT W BIURZE PODRÓŻY

Moje historie zacznę Wam opowiadać od momentu jak rozpocząłem pracę jako asystent w biurze podróży. Ale oczywiście będę wracać później do czasów, kiedy podróżowałem po świecie, miałem mnóstwo przygód i poznałem wielu ciekawych ludzi, którzy byli dla mnie inspiracją do kolejnych działań. Co tydzień będziecie mogli przeczytać którąś z moich kangurowych historii.

Do Polski przyjechałem z moim przyjacielem z Barcelony – Mateo. To było już dość dawno. Mateo – to zapalony kibic piłki nożnej i to on ściągnął mnie tutaj na Euro 2012. Mistrzostwa się skończyły, Mateo wrócił do Hiszpanii, a ja zostałem, bo tak spodobał mi się Wasz kraj. Jeździłem po Polsce, poznawałem różne regiony, aż wreszcie trafiłem na Dolny Śląsk – w Karkonosze. I to też za sprawą kumpla Grubego Rycha, zapalonego sportowca, który udziela się w różnych dyscyplinach. Gruby Rycho wcale nie jest gruby, wręcz odwrotnie, ale z ksywkami tak zwykle bywa. Rycho to zapalony narciarz i ściągnął mnie do Jakuszyc, żeby mu pokibicować w Biegu Piastów, w którym corocznie bierze udział i zdobywa nagrody.

Przyjechałem z nim w Karkonosze i już nie chciałem wracać do Warszawy, gdzie od kilku lat mieszkałem. Znalazłem sobie dom w cichym miejscu i nazwałem go Dębowy Gaj. Mieszkam tu już ładnych kilka lat i nie zamieniłbym tego domu na żaden inny, chyba że na moje rodzinne Ranczo Romera w Australii. O mojej rodzinie, moich korzeniach możecie poczytać w Kronice Rodzinnej. Tam starałem się przedstawić moich przodków, moich najbliższych, tak byście mogli dobrze poznać cały ród Romerów.

Będę niejednokrotnie wracał do swoich korzeni, bo to one mnie ukształtowały i wytyczyły mi drogę mojego życia. Rodzina zawsze była dla mnie najważniejsza. I choć los mnie rzucał na różne kontynenty, to zawsze moje serce było skierowane  w stronę rodzinnego  Rancza Romerów. Tam jest mój tata Dan, moja mama Holy i mój młodszy brat Paolito.  Dziadkowie już odeszli do Krainy Wielkiej Szczęśliwości, a rodzeństwo rozpierzchło się po świecie. Tęsknię za Australią i pewnie na starość wrócę do domu rodzinnego. Tymczasem mam tu jeszcze sporo do zrobienia i na tym teraz muszę się skupić.

Któregoś dnia siedząc w fotelu przy kominku, przeglądałem facebooka. Trafiłem na anons biura podróży, które ogłaszało casting, potrzebny im był asystent. Szukali zwierzęcej maskotki, która by była wizytówką biura i uczestniczyła we wszystkich poczynaniach turystycznych. Najpierw zbagatelizowałem ogłoszenie, bo przecież nie jestem żadną maskotką. Potem jednak wróciłem do tematu, bo turystyka zawsze była mi bliska, a podróże te dalekie i te bliskie, to moja druga skóra.

Zgłosiłem się. Wysłałem swoje CV – bogate w doświadczenia turystyczne. Liczyłem, że to może mi pomóc. Szczerze mówiąc, to napaliłem się bardzo. Na początku podszedłem sceptycznie do sprawy. Po przemyśleniu, zacząłem sobie wyobrażać, co mógłbym w takim biurze dobrego zdziałać, jak mógłbym realizować swoje nowe pomysły, a przy okazji dalej zwiedzać, poznawać nowe miejsca….

Pierwszy etap przeszedłem, do castingu wybrano cztery zwierzęta: słonia, lwa, misia pandę i mnie kangura. I choć mój bogaty życiorys trafił do biura i pracownicy się z nim na pewno zapoznali, to ostatecznie internauci mieli głosować i wybrać asystenta z przedstawionych przez biuro postaci. Przez dwa tygodnie nie mogłem spać. Co chwilę sprawdzałem na fun page’u biura jak głosują turyści. Zagryzałem szczękę, gdy widziałem, że np. słoń ma więcej lajków niż ja. Nawet nie wiecie, jaki to był stresujący dla mnie czas.

W dniu, w którym miał być ogłoszony wynik, nie mogłem usiedzieć na miejscu. Nie zjadłem śniadania, czekałem z laptopem na kolanach. Pomyślałem, że jak przegram, to pakuję manatki i wracam do  Australii. Ilość lajków, które otrzymałem była prawie równa z tymi, co miała panda. Ale pomyślałem, no nie, przecież panda jest leniwa i ciągle śpi, nie może być wizytówką biura podróży. Tak myślałem ja – kangur, który chciał wygrać casting. Nikomu źle nie życzyłem, ale to ja powinienem wygrać.

I stało się …. Edison – kierownik biura oficjalnie zakomunikował na fun page’u biura, że zwycięzcą w konkursie na asystenta biura podróży został kangur. Nagle zabrakło mi powietrza w płucach, siedziałem na fotelu z opadniętą szczęką z wrażenia. Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wygrałem…. Tak jak sobie wymarzyłem. Ja – asystent! Oh, Kunapipi – dobra, stara, Matko Ziemio Aborygenów, jestem pewien, że mi pomogłaś, tak jak zawsze pomagałaś babci Dolores, gdy ta potrzebowała wsparcia.

Po godzinie dostałem telefon, że mam się stawić osobiście w siedzibie biura i podpisać oficjalne papiery i angaż do pracy. A więc wracam po wielu latach do turystyki. Będę pracować w biurze podróży jako asystent. Będę jeździł na wycieczki z grupami, pomagał pilotom, będę uczestniczył w wyjazdach dla dzieci. Będę wspólnie z ekipą, przygotowywał nowe atrakcje na wyjazdy, a przede wszystkim będę  twarzą firmy pojawiającą się wszędzie.

A najciekawsze jest to, że moja nowa firma, w której będę pracować nazywa się … nie uwierzycie, As-tur czyli tak samo jak ja – Astur Romer.

Czy to przypadek ?

Nie sądzę 😉

 

Wszystko się okaże…

About Author

client-photo-1
Astur4-manager