Gwiazdy w międzyzdrojach

GWIAZDY W MIĘDZYZDROJACH

Jeden dzień w Międzyzdrojach, to stanowczo za mało. Chyba, że ktoś strzeli taką gafę, jak ja.

Ale zacznijmy od początku…

Było piękne lato. Nie miałem żadnego pomysłu, co robić przez najbliższe dni. Siedziałem w Starbucksie, piłem swoje ulubione Macchiato. Na stoliku ktoś zostawił gazetę, pewnie dlatego, że rozlał na nią kawę. Pod tą plamą z kawy krzyczał wielkimi literami napis: Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach, uroczyste otwarcie w Hotelu Amber Gold w dniu 18 lipca itd… Pomyślałem: gwiazdy, morze, słońce, czemu nie? Nic nie planowałem na następny tydzień, więc mogłem śmiało wprosić się na ten festiwal.

17 lipca spakowałem plecak, wsiadłem do pociągu i po ośmiu godzinach spokojnej jazdy, dotarłem na wyspę Wolin. To największa polska wyspa. Międzyzdroje leżą na obrzeżu Wolińskiego Parku Narodowego. Wyszedłem z dworca kolejowego i zapytałem jakiegoś ziomala, jak tu dojść do hotelu Amber Baltic? Zmierzył mnie od stóp do głów, raczej nie wyglądałem jak VIP. „Młody, a nie pomyliłeś czasem Amberu z Bursztynkiem?” . Spadaj, pomyślałem, sam znajdę. Na dworze zrobiło się pochmurnie i zbierało się na deszcz. Turystów gdzieś wymiotło, pewnie pora obiadowa. No nic, szedłem przez miasto, rozglądając się wkoło. Amber  Baltic powinien być gdzieś przy plaży. Coś mnie zaniepokoiło: na plakatach reklamujących Festiwal Gwiazd wisiały już inne plakaty. Gwiazd nigdzie nie zauważyłem. Coś było nie tak. Na deptaku podszedłem do straganu z kapciami góralskimi ( nie zmyślam, w Polsce tak jest, że nad morzem kupujesz kapcie góralskie, a w górach bursztyny, norma) Zapytałem właścicielkę, jak to jest z tym Festiwalem Gwiazd. A ona mi na to ”Ano był w niedzielę i się skończył. Ludzisków były tłumy, gwiazd się nazjeżdżało” No nie, nie mogłem uwierzyć, że aż tak się pomyliłem.  Dopiero wtedy przyszła mi na myśl gazeta na stoliku w kawiarni i ta plama z kawy, która zalała tytuł.  Musiałem odczytać 13 lipca jako 18 lipca. O, kunapipi, tak się machnąć. Takie miałem ambitne plany: wkręcić się do hotelu, popatrzeć na te gwiazdy, może zagadać, może jakieś autograf zdobyć. Zapowiadało się tak interesująco. A tu, nie dość, że nie ma gwiazd, to jeszcze  pogoda  się popsuła.

Co tu robić? Poszedłem na molo, ale mnie szybko wywiało z powrotem. Pospacerowałem sobie jeszcze w kierunku hotelu Amber Baltic i nagle znalazłem swoje gwiazdy. Najpierw patrzę, a to na ławeczce siedzi Gustaw Holoubek z brązu, nieco dalej Krzysztof Kolberger, Irena Jarocka a nawet stoi sobie Kwinto, czyli Jan Machulski. Potem na Promenadzie Gwiazd chodziłem po odciskach dłoni ludzi zasłużonych dla polskiej kultury. Mogłem podziwiać dłonie aktorów, muzyków, a także tablice pamiątkowe ( takie płaskorzeźby) poświęcone wybitnym reżyserom. Co roku przybywa tych dłoni. Festiwal Gwiazd organizowany jest w Międzyzdrojach od 1996 roku i po każdym festiwalu, kolejne gwiazdy zostawiają odciski  swoich dłoni. Gwiazd i celebrytów przybywa na promenadzie, a na trotuarze już prawie nie ma miejsca. Pomyślałem, jakbym ja tam swoją stopę odcisnął?  Hahaha… No, ale ja nie jestem gwiazdą.

Z tego smutku, poszedłem nad morze i postanowiłem się wykąpać. Bałtyk to nie Ocean Indyjski ani Adriatyk, od razu poczułem różnicę temperatur. Futro stanęło mi dęba na całym ciele. Spacerowicze pukali się palcem w czoło, widząc tak zdeterminowanego osobnika jak ja. Ale ja miałem to w nosie, skoro już tu jestem, to chociaż sobie popływam. A pływać umiem dobrze. Wujek Frank zadbał o to, aby wszystkie dzieci na Ranczo potrafiły pływać. Zawsze nam powtarzał, że to jest umiejętność, która na pewno się w życiu przyda. Zawodził nas na wybrzeże,  wrzucał do wody każdego i kazał płynąć do brzegu. Dzięki wujkowi Frankowi, nauczyliśmy się pływać, nurkować, poznaliśmy życie na Wielkiej Rafie Koralowej.  Co to były za czasy… Z wody wyszedłem mokry jak szczur.

Postanowiłem wdrapać się na Kawcz ą Górę, by po drodze wyschnąć, ale też i popatrzeć z klifu na Zatokę Pomorską. Z plaży, na szczyt wzniesienia, które ma 61 m n.p.m. prowadzą  liczne drewniane schodki.  Zanim dotarłem na punkt widokowy, zauważyłem, a właściwie to bardziej poczułem czyjąś obecność. Ludzi nie było, byłem sam na schodach. Zszedłem z platformy i zobaczyłem go. Był to ogromny żubr. No powiedzmy, że dużo większy ode mnie. Miał wielki łeb,  małe oczka i długą brodę. „Co ty tu robisz?” zapytałem go, bo na pewno nie powinien tu być. Zagroda  Żubrów jest po drugiej stronie drogi w Rezerwacie przy Wolińskim Parku Narodowym. „No wiesz, wyszedłem na spacer” odparł żubr „Jak ty się w ogóle nazywasz matole?” spytałem już lekko poddenerwowany. Państwo chroni te żubry, dba o nie, utrzymuje rezerwaty, a ten matoł lezie na Kawczą Górę, przez drogę, gdzie jeżdżą samochody. „Konstanty, ale faktycznie wszyscy w rezerwacie mówią na mnie matoł” odrzekł ze spokojem żubr. No i co miałem robić, wziąłem tego matoła za brodę i sprowadziłem ścieżką na dół. Wcale się nie bronił, chyba bał się sam zejść, albo zabłądził.

W rezerwacie strażnik wcale się nie zdziwił, widząc mnie, jak prowadzę ich pupila. „O, widzę że  przyprowadziłeś matoła, dzięki. Kilka razy w miesiącu coś mu strzela do głowy, wali tym łbem w płot,  przewraca go i idzie sobie na wycieczkę. Nie mamy już na niego siły. Sam nie wraca, bo się boi i nie pamięta drogi do Zagrody. Za każdym razem ktoś go nam przyprowadza.” Skłoniłem  się nisko i powiedziałem „ Do usług”. Machnąłem Konstantemu na pożegnanie i wróciłem do miasta. Gwiazd już nie było, pogoda pod psem, postanowiłem wracać. Pociąg mój już dawno odjechał, ale za godzinę miał podstawić się inny pociąg relacji Świnoujście – Przemyśl.

Pomyślałem Bieszczady, czemu nie? Tam mnie jeszcze nie było. Nie zastanawiałem się długo i kupiłem bilet.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager