Dziadek Max i jego rodzeństwo

RODZINA ROMERÓW –  DZIADEK MAX 

I JEGO RODZEŃSTWO

 

O swoich przodkach naczytałem się wiele w kronikach rodzinnych. Opowiedziałem wam już o Samuelu Romerze, bo on był założycielem  naszej dynastii na Ziemi Romerów. Potem byli jego synowie, wnukowie, prawnukowie, praprawnukowie  i tak dochodzimy do czasów, które ja pamiętam.

Najstarszym Romerem, którego znałem osobiście jest dziadek Max Romer. Nikt na niego nie mówił Max, tylko stary Romer. Dziadek Max wiele razy opowiadał o swoim ojcu Joshu i matce Elli. Mnie jednak nie dane było ich poznać. Odeszli do Krainy Wielkiej Szczęśliwości, (jak mawiał stary Aborygen, przyjaciel dziadka Maxa) zanim ja przyszedłem na świat. Oboje byli farmerami i wiedli spokojny żywot na Ranczo Romera. Tak mi kiedyś powiedziała starsza siostra dziadka Maxa, ciotka Franny.

Ciotka Franny zawsze była stara, tzn. odkąd ją pamiętam. Zawsze mieszkała z nami na farmie. Była starą panną. Podobno kiedyś miała adoratora, ale puścił ją kantem tuż przez samym ślubem. Franny nigdy się nie pogodziła z tym i cały czas czekała na swojego narzeczonego. Niestety, mijały lata, a po narzeczonym nie było śladu. Ciotka zaszyła się na rodzinnej farmie i tu doczekała końca swych dni. W moich wspomnieniach zawsze jawi się jako bardzo stara, smutna kobieta, która rzadko się odzywała. Miała swój pokój na pięterku w lewym skrzydle Rancza, w którym samotnie spędzała całe dnie. Czasami ja biegałem do niej na górę, intrygowała mnie i chciałem ją bliżej poznać. Nie zdążyłem, tak jak cicho żyła, tak cicho odeszła od nas. Któregoś dnia mama zaniosła jej śniadanie do pokoju, ale już jej nie podała. Ciotka Franny zasnęła wieczorem i już się nie obudziła.

O kunapipi, zrobiło się smutno…

To dla równowagi opowiem o drugiej siostrze dziadka Maxa – ciotce Lisie. Ale ja, jak zwykle, zaczynam od końca, choć powinienem zacząć od początku. Rodzice dziadka Maxa czyli Josh i Ella mieli pięcioro dzieci: dwie córki i trzech synów: najstarsza była ciotka Franny, potem dziadek Max, stryj Ryan, stryj Lence i najmłodsza ciotka Lisa. Stryj Ryan zginął jako młodzieniec w  wojnie kolonialnej – mało o nim wiem. W rodzinnym albumie jest kilka jego zdjęć. U dziadka Maxa w pokoju zawsze stała komoda, a na niej, jak na ołtarzyku, były zdjęcia najbliższych, których już nie było wśród nas. Był pradziadek Josh i prababcia Ella, stryjek Ryan w galowym mundurze. Szeregowiec Ryan? Nie, nie, stryjek był porucznikiem. Po śmierci ciotki Franny, jej zdjęcie też stanęło na komodzie.

Stryjek Lence wyjechał w świat w poszukiwaniu swojego szczęścia i pomysłu na życie. Podobno osiadł na stałe na Tasmanii i tam przez wiele lat wiódł dostanie życie. Ożenił się z jakąś diablicą tasmańską, doczekał się gromadki dzieci i pewnie podwójnej gromadki wnucząt. Rzadko kontaktował się z rodziną w Australii. Dlatego też i informacje o nim są w rodzinnej kronice bardzo okrojone. Może kiedyś jeszcze się wybiorę na Tasmanię, poszukam śladów Romerów i dopiszę historię stryja Lenca… Dziadek Max pewnie byłby mi wdzięczny za to…

Ale wrócę do ciotki Lisy. Jak mawiał dziadek Max, Lisa już się urodziła z diabłem w oczach. To było bardzo pogodne dziecko. Jak dorosła, mówiła strasznie dużo, ciągle się śmiała, życie brała za rogi i nigdy niczego nie żałowała. Do mnie zawsze mówiła: ty synku nigdy nie oglądaj się za siebie, zawsze idź do przodu, licz tylko na siebie i nigdy nie żałuj swoich decyzji, nawet jeżeli będą złe, to i tak czegoś cię nauczą. O ciotce Lisie można napisać książkę. Może kiedyś jeszcze opowiem Wam o jej życiu…

Znowu zrobiło się późno.

Mara-mara i do następnego… Oj, muszę tu wyjaśnić pewną kwestię…

Słowa „mura-mura” usłyszałem od starego  Aborygena, który odwiedzał dziadka Maxa. Był to naprawdę bardzo stary człowiek, zwykle odziany był tylko w jakąś zniszczoną skórą z bawołu, a w ręku zawsze trzymał dziwny kostur. Zjawiał się nie wiadomo skąd, gadał tylko z dziadkiem i babcią  i to jeszcze w jakimś dziwnym dialekcie gugu yimithir, którego nikt z nas nie rozumiał. Jak tylko słońce skłaniało się ku horyzontowi, stary Aborygen żegnał się z dziadkiem, mówił tak jakoś  mura-mura i znikał, jakby rozpływał się we mgle. Nikt nie wiedział, gdzie on mieszkał, dokąd tak się spieszył.

Wszystkie dzieciaki mówiły na niego czarodziej, a dziadek nazywał go Starym Druhem i mówił o nim zawsze z wielkim szacunkiem. Na pytania moje, co ten stary czarodziej szeptał dziadkowi po każdej wizycie na Ranczo, dziadek lakonicznie mi odpowiadał, że on nam życzył dobrych snów.

Te słowa Aborygena bardzo nam – dzieciakom się podobały. Z czasem zmieniły się w łatwiejszą do wymówienia formę mara-mara. I zawsze po zakończonej zabawie, mówiliśmy do siebie:

No to mara-mara.

Zostało mi to do dziś.

No to mara-mara…

About Author

client-photo-1
Astur4-manager