do bloga z przygodami kangura

NIEUDANY WYPAD DO LWOWA

Będąc rozczarowanym  pobytem w Międzyzdrojach, zamiast do Warszawy, kupiłem bilet na pociąg  do Przemyśla, mając nadzieję, że stamtąd blisko do Bieszczad, a tam znajdę wrażeń bez liku. Los oczywiście znowu spłatał mi figla i odwrócił ogonem moje plany.

Wsiadłem do pociągu na stacji Międzyzdroje. Pogoda się zepsuła, gwiazdy już dawno odjechały, nie było czego żałować. Pociąg przyjechał ze Świnoujścia, sporo miejsc już było zajętych.  Wagony były starego typu, takie z przedziałami. Wybrałem przedział, gdzie były tylko trzy osoby: dwie kobiety siedziały przy oknie naprzeciwko siebie i rozmawiały, a starszy pan zawinięty w swoją kurtkę już drzemał przy drzwiach. Powiedziałem grzecznie dzień dobry, kobiety kiwnęły głowami dalej trajkocząc, pan nawet chyba mnie nie zauważył. No cóż, akurat nie szukałem towarzystwa. Wieczór się zbliżał, liczyłem, że się porządnie wyśpię w pociągu. Czekało mnie prawie 17 godzin nieprzerwanej jazdy. Wrzuciłem swój plecak na górę i wygodnie ułożyłem się na siedzeniu przy drzwiach. Zamknąłem oczy i próbowałem przywołać sen.

Niestety nie dało się. Kumoszki przy oknie nadawały cały czas. Najpierw próbowałem ignorować, potem założyłem kapelusz zaginając uszy, mając nadzieję na czasową utratę słuchu. Nic … w uszach wciąż dźwięczały mi wyrazy i całe zdania. W Polsce mieszkam już dość długo, szybko nauczyłem się języka, więc dokładnie słyszałem, o czym te dwie panie rozmawiały. Skoro nie mogłem spać, to zacząłem się im przysłuchiwać. Innego wyjścia nie było. Zawsze to jakieś zajęcie podczas jazdy. Po dość długiej chwili zorientowałem się, że jedna z nich jest Ukrainką. Mówiła wszak po polsku, ale akcent miała inny i od czasu do czasu wplatała słowa ukraińskie.

Mieszkając w Warszawie, nasłuchałem się tego języka praktycznie wszędzie.  Od osiedlowego sklepu, przez duże markety, po restauracje, kawiarnie, stacje benzynowe, no właściwie wszędzie spotykałem Ukraińców. Nie, żebym miał coś przeciwko. W końcu ja też jestem obcokrajowiec, czasowo przyklejony do tego gościnnego kraju. Ale rzecz w tym, że jestem osłuchany z językiem i bez trudu rozpoznaję tę nację.

Wracając do moich towarzyszek podróży: Żenia – tak do niej zwracała się jej koleżanka, pracowała w Uzdrowisku w Świnoujściu i właśnie wracała do domu, do Lwowa na dłuższy urlop. Najprawdopodobniej zaprosiła swoją koleżankę z pracy, aby ta ją odwiedziła we Lwowie. I teraz obie jechały pociągiem do Przemyśla. Zacząłem nadstawiać uszy. Historię Polski znam słabo, ale gdzieś mi się obiło, że Lwów obecnie leżący na Ukrainie, kiedyś należał do Polski. Ba, był nawet jednym z kilku większych miast polskich. No cóż, wojny światowe narobiły wiele szkód, o których by można dużo mówić, ale też spowodowały nowy podział polityczny w Europie, na mocy którego Lwów został przyłączony do Związku Radzieckiego, którego Ukraina była jedną z republik związkowych. Mieszkający tam Polacy mieli szansę wyjechać ze swoimi rodzinami na ziemie polskie i wielu skorzystało z tej możliwości. Ale też wielu pozostało w swoim rodzinnym mieście. Miasto stało się rosyjsko-ukraińsko-polską metropolią.   Do dziś jest naprawdę sporo pozostałości po kulturze, architekturze, po bytności Polaków na tej ziemi.

Obie panie rozmawiały właśnie o tym. Żenia – w połowie Ukrainka, w połowie Polka, opowiadała koleżance Danusi, jak to się żyje we Lwowie, jak wygląda obecnie sytuacja w tym mieście. Opowiadała o swojej rodzinie, o tym co spotykało ich przez lata ze strony władz. Rozmowa tych pań bardzo mnie wciągnęła i teraz to już nie było mowy o spaniu. Chłonąłem każde zdanie, ba, nawet chciałem zadawać pytania, ale za każdym razem gryzłem się w język. W końcu podsłuchiwałem ich rozmowę, a nie uczestniczyłem w niej. Żenia przygotowywała Danusię na wszystko co mogło ją spotkać na Ukrainie.  Nie myślcie, że mówiła źle o swoim kraju, czy mieście. Absolutnie, w każdym zdaniu dało się wyczuć głęboki patriotyzm lokalny. Ale opowiadała ze smutkiem, jakby chciała podkreślić, że powinno być inaczej, lepiej. Chociażby tak jak w Polsce. Nie musiałaby zostawiać dzieci we Lwowie i przyjeżdżać tu, do Świnoujścia, żeby zarobić na chleb i utrzymanie rodziny. Eugenia była wykształconą kobietą, we Lwowie swego czasu, pracowała jako nauczyciel matematyki w szkole. Uczyła dzieci, ale pensja, którą otrzymywała za pracę, nie wystarczała nawet na pokrycie kosztów miesięcznych świadczeń. Znajoma ściągnęła ją do Polski do pracy. Przyjechała do Świnoujścia, żeby się rozejrzeć, dorobić trochę i wrócić do domu. Tymczasem jest już w Polsce trzy lata, ma dobrą pracę w Uzdrowisku. Sprząta w Domu Zdrojowym wieczorem, a do południa pracuje w pensjonacie w kuchni. Zarabia dobrze i jest bardzo zadowolona. Do Lwowa przyjeżdża na święta i na urlop – tak jak teraz. Danusię zaprosiła do Lwowa na kilka dni, tak aby ta mogła na własne oczy przekonać się, jak piękne jest jej rodzinne miasto.

Na temat Lwowa, mówiła naprawdę dużo. Ja słuchałem z ogromnym zaciekawieniem i coraz bardziej nabierałem ochoty, żeby też tam pojechać kiedyś. Kiedy panie dotarły w swojej rozmowie do momentu, kiedy przyjadą pociągiem do Przemyśla i co dalej zrobią, ja już byłem w pełnej gotowości do zapisywania wszystkich informacji na swoim twardym dysku w głowie.

Otóż okazało się, że wyjazd na Ukrainę wcale nie jest taki trudny. Potrzebny jest tylko paszport. Codziennie lokalne biura podróży organizują jednodniowe wycieczki do Lwowa, który jest oddalony od Przemyśla tylko 120 kilometrów. Rano wyjeżdżają autobusy turystyczne i wracają późnym wieczorem.

Ponadto kilka razy dziennie z dworca autobusowego, odjeżdżają autobusy ukraińskie kursujące pomiędzy Lwowem a Przemyślem. Również jeżdżą marszrutki ( cokolwiek to znaczy ) z dużo większą częstotliwością. Na pytanie Danusi, Żenia odpowiedziała, że marszrutki to małe busiki przewożące przez granicę w tę  i z powrotem zarówno Ukraińców jak i Polaków.

Przez pół nocy słuchałem, a właściwie to podsłuchiwałem  rozmowę tych pań i powziąłem decyzję. Jadę do Lwowa, skoro to takie proste, to czemu nie skorzystać z okazji, jak mawiała ciotka Lisa. Ponieważ nasz pociąg miał przyjechać przed południem, więc raczej nie miałem szans na lokalną wycieczkę z biurem podróży. Postanowiłem skorzystać z takich marszrutek. Dostać się do Lwowa, a potem się zobaczy co dalej, może zostanę na jedną lub dwie noce. Plecak miałem przygotowany na każdą ewentualność. Paszport też miałem przy sobie. Wymienię parę złotych na hrywnie ukraińskie, żeby na miejscu czuć się swobodnie. Chociaż Żenia mówiła Danusi, że spokojnie można płacić złotówkami nawet w sklepach.

Gdy miałem już gotowy, nowy plan na pobyt w Przemyślu,  nie mający nic wspólnego z Bieszczadami, do których chciałem się udać, moje urocze panie powoli zamilkły i ułożyły się do snu. Ja zrobiłem dokładnie to samo, choć głowę miałem nabitą nowymi ciekawymi informacjami.

Po przybyciu pociągu do Przemyśla, szybko zorientowałem się, gdzie jest dworzec autobusowy. Po drodze kupiłem jeszcze przewodnik po Lwowie i plan miasta, aby móc się jakoś tam odnaleźć. Autobus do Lwowa stał już na pierwszym stanowisku. Do odjazdu było jeszcze pół godziny. Kupiłem bilet w kasie i rozsiadłem się wygodnie na jednym z pierwszych siedzeń.

Do granicy w Medyce jechaliśmy pół godziny. Kontrolę graniczną po stronie polskiej przeszliśmy sprawnie, choć byliśmy trzecim autobusem w kolejce. Schody zaczęły się po przekroczeniu granicy państwa polskiego. Kolejka pojazdów rosła w zastraszającym tempie. Przed nami nie wiadomo skąd się wzięło tyle aut, a i za nami już nie było widać końca. Ale podobno to tak jest, więc trzeba czekać. Inni pasażerowie autobusu, widocznie często przekraczający tę granicę, mówili, że to normalne. No to czekaliśmy godzinę, potem drugą godzinę. Nasz autobus posuwał się o centymetry. Zachowywałem spokój, do czasu, aż strażnik graniczny nie wszedł do autobusu. Bąknął coś do siebie, jakby dobry den i od razu krzyknął w głąb autobusu – „Paszporty” Ja byłem przygotowany, swój paszport miałem na wierzchu, otwarty na pierwszej stronie. Tymczasem ukraiński wopista podszedł do mnie, wyciągnął rękę w moim kierunku i niemal krzyknął „ A to co ?” Zrozumiałem, że mówi do mnie, bo na mnie się gapił, ale nie zrozumiałem o co mu chodzi i odwróciłem się do tyłu licząc, że jednak mówi do kogoś innego. Strażnik  dalej perorował „ Do kogo należy to zwierzę ?” No tego już było nadto. „ Ja do nikogo nie należę, jestem Astur Romer, tu jest mój paszport. Jestem obywatelem Australii, czasowo mieszkającym w Polsce” – skończyłem i patrzyłem w oczy żołnierzowi. A ten jakby wcale nie słyszał tego co ja mówię. „Dzikich zwierząt nie można przewozić do naszego państwa.” A jeżeli już, to za specjalnym  zezwoleniem i w klatce” – ciągnął dalej Ukrainiec. Zrobiło mi się wręcz słabo. „Jakich dzikich zwierząt ?” pytam. „ Jestem obywatelem i nie mam statusu dzikiego zwierzęcia, tu mam paszport i potwierdzenie na pobyt czasowy w Polsce” – przystawiłem mu niemal pod nos moje dokumenty. Wopista nawet  nie spojrzał na nie, wyciągnął krótkofalówkę i w swoim języku nawoływał kogoś do pomocy. W autobusie już wrzało. Byli tacy co szeptem mówili, „Daj mu coś”  Że niby, co mam mu dać? Nie rozumiałem. „No nie wiesz ?” – usłyszałem z tyłu.  Nie wiedziałem…

Jedni stanęli w mojej obronie i byli za tym, żebym spokojnie jechał do Lwowa, inni żebym natychmiast wysiadł, bo stanowię zagrożenie dla zdrowia i życia pasażerów. Jakie zagrożenie ? O, Kunapipi, Co tu się wyrabia? O co tutaj chodzi ? – nie zdążyłem do końca sformułować swoich myśli, gdy do autobusu weszło trzech uzbrojonych żołnierzy. Złapali mnie za kołnierz, chwycili mnie we trzech  i siłą wyprowadzili z autobusu.  Ja nie mogłem uwierzyć w to, co się wokół mnie działo. Żołnierze dyskutowali miedzy sobą po ukraińsku. Zabrano mój paszport. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać ani po polsku ani tym bardziej po angielsku.

Za chwile podjechał jakiś specyficzny pojazd z klatką na budzie. Oh Kunapipi, nie, tylko nie to… Niestety, siłą wsadzono mnie do tej klatki na oczach wszystkich pasażerów autobusu. Wszyscy byli w szoku,  ja najbardziej.  Odarty z godności zostałem zamknięty na kłódkę w klatce, w której ledwo się mieściłem. Autobus jeszcze chwilę stał na stanowisku, a potem spokojnie odjechał dalej. Mnie odwieziono na granicę polską.

Oficer straży granicznej w mundurze polskim, który do nas podszedł, nie mógł wyjść ze zdumienia, patrząc na mnie zamkniętego w klatce. Kazał Ukraińcom natychmiast rozpiąć kłódkę i wypuścić mnie. Krzyczał coś w języku pomiędzy polskim a ukraińskim. Machał jakimiś dokumentami i widać było, że był mocno zdenerwowany. Ukraińscy żołnierze chyba szybko zrozumieli, że popełnili jakiś błąd, bo chyłkiem wycofali się z dyskusji, wsiedli do pojazdu, zawrócili i już ich nie było. Zostałem ja i polski wopista.

Zostałem formalnie przeproszony przez stronę polską, choć oni nie mieli mnie za co przepraszać. Zwrócono mi mój paszport i służbowym samochodem straży granicznej odwieziono mnie do Przemyśla. Ponieważ już zbliżał się wieczór, a ja nie bardzo wiedziałem co ze sobą zrobić, kierowca zaproponował, że odwiezie mnie do hotelu Accademia.

Usiadłem w hotelowym pokoju na fotelu, cały jeszcze trząsłem się z nadmiaru wrażeń. Nie mogłem dojść do siebie. Tyle podróżowałem w swoim życiu i nigdy i nigdzie, w żadnym kraju, nie potraktowano mnie tak, jak na tej granicy z Ukrainą.  Ale podobno co cię nie zabije, to cię wzmocni – pomyślałem, aby choć trochę podnieść się na duchu. Wstałem i położyłem swój plecak na łóżku. Wypadł z niego przewodnik po Lwowie. Miałem ochotę go wyrzucić do kosza, aby mi nie przypominał zdarzenia z granicy. Ale nie,  pomyślałem, będę ponadto. Nie dam się tak stłamsić psychicznie. Następnego dnia na chłodno podejdę do tematu. Przejrzę przewodnik, popatrzę i nacieszę oczy tym,  co mogłem ujrzeć osobiście we Lwowie, gdyby mnie nie zatrzymali na granicy.  A potem…. Potem pojadę na południe – w Bieszczady.

GWIAZDY W MIĘDZYZDROJACH

Jeden dzień w Międzyzdrojach, to stanowczo za mało. Chyba, że ktoś strzeli taką gafę, jak ja.

Ale zacznijmy od początku…

Było piękne lato. Nie miałem żadnego pomysłu, co robić przez najbliższe dni. Siedziałem w Starbucksie, piłem swoje ulubione Macchiato. Na stoliku ktoś zostawił gazetę, pewnie dlatego, że rozlał na nią kawę. Pod tą plamą z kawy krzyczał wielkimi literami napis: Festiwal Gwiazd w Międzyzdrojach, uroczyste otwarcie w Hotelu Amber Gold w dniu 18 lipca itd… Pomyślałem: gwiazdy, morze, słońce, czemu nie? Nic nie planowałem na następny tydzień, więc mogłem śmiało wprosić się na ten festiwal.

17 lipca spakowałem plecak, wsiadłem do pociągu i po ośmiu godzinach spokojnej jazdy, dotarłem na wyspę Wolin. To największa polska wyspa. Międzyzdroje leżą na obrzeżu Wolińskiego Parku Narodowego. Wyszedłem z dworca kolejowego i zapytałem jakiegoś ziomala, jak tu dojść do hotelu Amber Baltic? Zmierzył mnie od stóp do głów, raczej nie wyglądałem jak VIP. „Młody, a nie pomyliłeś czasem Amberu z Bursztynkiem?” . Spadaj, pomyślałem, sam znajdę. Na dworze zrobiło się pochmurnie i zbierało się na deszcz. Turystów gdzieś wymiotło, pewnie pora obiadowa. No nic, szedłem przez miasto, rozglądając się wkoło. Amber  Baltic powinien być gdzieś przy plaży. Coś mnie zaniepokoiło: na plakatach reklamujących Festiwal Gwiazd wisiały już inne plakaty. Gwiazd nigdzie nie zauważyłem. Coś było nie tak. Na deptaku podszedłem do straganu z kapciami góralskimi ( nie zmyślam, w Polsce tak jest, że nad morzem kupujesz kapcie góralskie, a w górach bursztyny, norma) Zapytałem właścicielkę, jak to jest z tym Festiwalem Gwiazd. A ona mi na to ”Ano był w niedzielę i się skończył. Ludzisków były tłumy, gwiazd się nazjeżdżało” No nie, nie mogłem uwierzyć, że aż tak się pomyliłem.  Dopiero wtedy przyszła mi na myśl gazeta na stoliku w kawiarni i ta plama z kawy, która zalała tytuł.  Musiałem odczytać 13 lipca jako 18 lipca. O, kunapipi, tak się machnąć. Takie miałem ambitne plany: wkręcić się do hotelu, popatrzeć na te gwiazdy, może zagadać, może jakieś autograf zdobyć. Zapowiadało się tak interesująco. A tu, nie dość, że nie ma gwiazd, to jeszcze  pogoda  się popsuła.

Co tu robić? Poszedłem na molo, ale mnie szybko wywiało z powrotem. Pospacerowałem sobie jeszcze w kierunku hotelu Amber Baltic i nagle znalazłem swoje gwiazdy. Najpierw patrzę, a to na ławeczce siedzi Gustaw Holoubek z brązu, nieco dalej Krzysztof Kolberger, Irena Jarocka a nawet stoi sobie Kwinto, czyli Jan Machulski. Potem na Promenadzie Gwiazd chodziłem po odciskach dłoni ludzi zasłużonych dla polskiej kultury. Mogłem podziwiać dłonie aktorów, muzyków, a także tablice pamiątkowe ( takie płaskorzeźby) poświęcone wybitnym reżyserom. Co roku przybywa tych dłoni. Festiwal Gwiazd organizowany jest w Międzyzdrojach od 1996 roku i po każdym festiwalu, kolejne gwiazdy zostawiają odciski  swoich dłoni. Gwiazd i celebrytów przybywa na promenadzie, a na trotuarze już prawie nie ma miejsca. Pomyślałem, jakbym ja tam swoją stopę odcisnął?  Hahaha… No, ale ja nie jestem gwiazdą.

Z tego smutku, poszedłem nad morze i postanowiłem się wykąpać. Bałtyk to nie Ocean Indyjski ani Adriatyk, od razu poczułem różnicę temperatur. Futro stanęło mi dęba na całym ciele. Spacerowicze pukali się palcem w czoło, widząc tak zdeterminowanego osobnika jak ja. Ale ja miałem to w nosie, skoro już tu jestem, to chociaż sobie popływam. A pływać umiem dobrze. Wujek Frank zadbał o to, aby wszystkie dzieci na Ranczo potrafiły pływać. Zawsze nam powtarzał, że to jest umiejętność, która na pewno się w życiu przyda. Zawodził nas na wybrzeże,  wrzucał do wody każdego i kazał płynąć do brzegu. Dzięki wujkowi Frankowi, nauczyliśmy się pływać, nurkować, poznaliśmy życie na Wielkiej Rafie Koralowej.  Co to były za czasy… Z wody wyszedłem mokry jak szczur.

Postanowiłem wdrapać się na Kawcz ą Górę, by po drodze wyschnąć, ale też i popatrzeć z klifu na Zatokę Pomorską. Z plaży, na szczyt wzniesienia, które ma 61 m n.p.m. prowadzą  liczne drewniane schodki.  Zanim dotarłem na punkt widokowy, zauważyłem, a właściwie to bardziej poczułem czyjąś obecność. Ludzi nie było, byłem sam na schodach. Zszedłem z platformy i zobaczyłem go. Był to ogromny żubr. No powiedzmy, że dużo większy ode mnie. Miał wielki łeb,  małe oczka i długą brodę. „Co ty tu robisz?” zapytałem go, bo na pewno nie powinien tu być. Zagroda  Żubrów jest po drugiej stronie drogi w Rezerwacie przy Wolińskim Parku Narodowym. „No wiesz, wyszedłem na spacer” odparł żubr „Jak ty się w ogóle nazywasz matole?” spytałem już lekko poddenerwowany. Państwo chroni te żubry, dba o nie, utrzymuje rezerwaty, a ten matoł lezie na Kawczą Górę, przez drogę, gdzie jeżdżą samochody. „Konstanty, ale faktycznie wszyscy w rezerwacie mówią na mnie matoł” odrzekł ze spokojem żubr. No i co miałem robić, wziąłem tego matoła za brodę i sprowadziłem ścieżką na dół. Wcale się nie bronił, chyba bał się sam zejść, albo zabłądził.

W rezerwacie strażnik wcale się nie zdziwił, widząc mnie, jak prowadzę ich pupila. „O, widzę że  przyprowadziłeś matoła, dzięki. Kilka razy w miesiącu coś mu strzela do głowy, wali tym łbem w płot,  przewraca go i idzie sobie na wycieczkę. Nie mamy już na niego siły. Sam nie wraca, bo się boi i nie pamięta drogi do Zagrody. Za każdym razem ktoś go nam przyprowadza.” Skłoniłem  się nisko i powiedziałem „ Do usług”. Machnąłem Konstantemu na pożegnanie i wróciłem do miasta. Gwiazd już nie było, pogoda pod psem, postanowiłem wracać. Pociąg mój już dawno odjechał, ale za godzinę miał podstawić się inny pociąg relacji Świnoujście – Przemyśl.

Pomyślałem Bieszczady, czemu nie? Tam mnie jeszcze nie było. Nie zastanawiałem się długo i kupiłem bilet.

SANFERMINES W PAMPELUNIE

Czasami  warto przeglądać facebook’a. Wszedłem na funpage Mateo z Barcelony i ze zdumieniem stwierdziłem, że Mateo za dwa tygodnie będzie miał urodziny i to okrągłe – dwudzieste piąte. Zacząłem się zastanawiać jak tu fajnie uczcić taką okazję. Zaprzyjaźniłem się z chłopakami z Barcelony. To dzięki nim znalazłem się w Warszawie i pozostałem w Polsce. Jego urodziny wypadały 4 lipca. Ciekawa data – to rocznica ustanowienia Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych. Dzień  znany jako Independence Day czyli  Dzień Niepodległości. Są już wakacje, chłopaki na pewno już po egzaminach. Zdecydowałem, że pojadę do Barcelony i na miejscu coś wymyślę.

W międzyczasie wpadł mi do głowy inny pomysł. Dlaczego do Barcelony, można przecież spędzać urodziny w innych miejscach. Ja chętnie bym pojechał do Kraju Basków na północy Hiszpanii. Bardzo chciałbym zwiedzić Bilbao, a przede wszystkim zobaczyć nowoczesne Muzeum Guggenheima – muzeum sztuki współczesnej. A jak już będę w Bilbao, to super pomysłem będzie pojechać do Pampeluny. Właśnie w tym czasie odbywa się fiesta na cześć patrona miasta – Św. Fermina. Sanfermines, bo tak nazywają to święto, trwają cały tydzień. Tradycją jest, że podczas Sanfermines odbywają się na ulicach miasta gonitwy byków i ludzi tzw. encierros.  I właśnie na taką gonitwę chciałem zaprosić jubilata i jego przyjaciół. Ciekawy byłem co oni na to? Mnie pomysł wydał się wystrzałowy.

Zacząłem szybko planować podróż. Polecę do Madrytu, stamtąd złapię połączenie do Bilbao. Tam zabawię dwa dni, zobaczę to, co mnie interesuje  i pojadę do Pampeluny. W Pampelunie spotkamy się z ekipą i weźmiemy udział w encierros. Zostaniemy tam dwa dni, a potem wrócimy do Barcelony. Odwiedzę ciotkę Bonitę  i może skoczymy jeszcze z chłopakami szlakiem barów z pysznymi tapas. Moim zdaniem pomysł extra. Zabukowałem bilet do Madrytu i  drugi bilet lokalnymi liniami do Bilbao. Na booking. com znalazłem pokój w Bilbao dla siebie na dwie noce i od razu zarezerwowałem pokój w Pampelunie dla naszej ekipy. Wcale nie było łatwo, ale znalazłem. W czasie tego święta większość hoteli jest pełnych turystów, ale mnie udało się znaleźć pokój wieloosobowy w małym pensjonacie.

4 lipca wyleciałem liniami Ryanair do Madrytu. Zanim pojechałem na lotnisko wysłałem do Mateo życzenia urodzinowe z tajemniczą informacją, że za kilka dni czeka go z mojej strony niespodzianka. Chciałem mu dawkować urodzinowe przyjemności. Z Bilbao prześlę mu współrzędne, gdzie ma się  stawić z chłopakami. Wtedy wydawało mi się to zabawne. Jadąc na lotnisko do Modlina, wyłączyłem telefon, aby Mateo mnie nie wypytywał o szczegóły.

Samolot wylądował na lotnisku Barajas w Madrycie punktualnie. Miałem dwie godziny przerwy do drugiego samolotu do Bilbao. Pomyślałem, że zjem na lotnisku śniadanie, zadzwonię do ciotki Bonity, że jestem w Hiszpanii i umówię się na spotkanie w Barcelonie za kilka dni. Zabrałem swój plecak z górnej półki i zacząłem się przesuwać do tylnego wyjścia  samolotu. Na pokładzie już czekał lotniskowy autobus, by zabrać turystów do terminala. Ale nie tylko, na zewnątrz, na płycie lotniska stały radiowozy policyjne z włączonymi kogutami. Jakaś obława policyjna czy co, pomyślałem. Uzbrojeni policjanci stali przy schodkach wpatrując się w twarze schodzących w dół pasażerów. Poczułem się dziwnie, zupełnie jakbym coś przeskrobał i to na mnie mieliby czekać.

Nie pomyliłem się. Gdy stanąłem na ostatnim schodku dwóch policjantów podeszło do mnie, wyjmując odznaki i zadając standardowe pytanie „ Pan Astur Romer – obywatel Australii ?” – „Tak, to ja” – odpowiedziałem i wszystkie łapy zaczęły mi się trząść. „ Jest pan aresztowany, proszę się nie stawiać i iść za nami”  Oh, Kunapipi, co ja wtedy przeżyłem, babciu Dolores, tego się nie da opowiedzieć.

Zakuli mnie w kajdanki, wsadzili do radiowozu i odjechaliśmy. Nikt nic nie mówił. Zacząłem się sam dopytywać o co chodzi. „ Dowie się pan w odpowiedniej chwili” – odparł nam moje pytanie młodszy aspirant. „To na pewno jakaś pomyłka” stwierdziłem chyba tylko po to, by przed samym sobą się usprawiedliwić  i przestać się trząść.. Przecież nic nie zrobiłem. Zawsze starałem się żyć w zgodzie z prawem, a nawet pomagałem policji. Owszem miałem scysję z policją chińską, ale to było sto lat temu i tylko dlatego, że znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Wiele lat później w Rio de Janeiro zamieniono mi walizkę i przez cudzy bagaż popadłem w konflikt z prawem. Ale to też było nie z mojej winy. O co chodziło teraz ?

Siedziałem w pokoju, w którym był stół i dwa krzesła, a na ścianach lustra weneckie, typowy pokój przesłuchań. Komisarz, który wszedł do pomieszczania powiedział do mnie krótko „ Jest pan oskarżony o napad z bronią na bank i doprowadzenie do utraty zdrowia dwóch osób” – zbaraniałem. Jak to napad na bank, ja, kiedy, a w  ogóle co za brednie – zdążyłem tylko pomyśleć, gdy komisarz ciągnął dalej „Będzie pan zeznawał i składał wyjaśnienia sam, czy poczekamy na pańskiego adwokata?” Tak zaschło mi w gębie, że nie mogłem powiedzieć ani słowa. W końcu zdobyłem się na wykrztuszenie z siebie paru zdań. „Ja nic nie zrobiłem, dopiero co przyleciałem do Madrytu”  – „ Tak, wiemy, napad miał miejsce 12 kwietnia w Barcelonie, został pan rozpoznany przez świadków”

Zapytałem, czy mogę zadzwonić do jedynej osoby w Hiszpanii, która mogłaby mi pomóc wyplątać się z tej kabały. Komisarz kazał przynieść moje rzeczy. Włączyłem telefon, bo do tej pory był wyłączony. Okazało się, że mam siedem nieodebranych połączeń od Mateo i na końcu sms „Astur, nie wiem co jest grane, w telewizji pokazywali napad na bank, w którym brałeś udział. Jesteś poszukiwany w Hiszpanii, nie przylatuj do Barcelony  – Mateo”  Komisarz przyglądał mi się jak czytałem smsa. „Złe wiadomości ?” zapytał

No chyba gorsze już być nie mogły. „Nie, dowiedziałem się właśnie od kolegi z Barcelony, że ściga mnie cała hiszpańska policja” odparłem. „ Może być jeszcze gorzej, proces, odsiadka w więzieniu…” – komisarz nie  dokończył, ponieważ ja wszedłem mu w zdanie „ Jakie więzienie, jaki proces, to się musi jakoś wyjaśnić. Nie byłem 12 kwietnia w Barcelonie, ani w ogóle w Hiszpanii.” – „ To gdzie pan był tego dnia?” – „Nie wiem, gdzie byłem, to było prawie trzy miesiące temu, czy pan pamięta co pan robił trzy miesiące temu?” – zapytałem   „Ja nie muszę pamiętać, nie jestem o nic oskarżony” – odparł komisarz.

„Zaraz, moment na początku kwietnia poleciałem do Australii, byłem tam  dwa tygodnie. Zmarła moja babcia, był pogrzeb” – nagle sobie przypomniałem. „A kto to może potwierdzić?” zapytał komisarz

Odpowiedziałem mu, że wszyscy, co byli na pogrzebie, ba nawet mogą sobie sprawdzić bilety lotnicze. Poprosiłem, żeby zadzwonił do ciotki Bonity do Barcelony. Ciotka nie wiedziała, że przyleciałem do  Madrytu, nie zdążyłem jej jeszcze poinformować. Poza tym, ona nie ma telewizora, więc na pewno  nie oglądała wiadomości i nic nie wie, że policja mnie poszukuje. Komisarz spisał z mojego telefonu numer do ciotki, wyszedł na korytarz. Nie było go z 45 minut, pewnie ciotka go porządnie przemaglowała. Gdy wrócił zadał mi tylko jedno pytanie „Dlaczego nie powiedział nam pan, że w ubiegłym roku skradziono panu paszport w Barcelonie?”   „Jasne, zupełnie o tym zapomniałem, to było na wiosnę, skradziono mi w barze przy Sagrada Familia cały plecak, a tam był mój paszport. Zgłosiłem to na policję, przyjechał aspirant spisał moje dane i na tym się skończyło. Potem zgłosiłem fakt kradzieży w placówce konsularnej mojego kraju i wystawiono mi dokument podróżny, na podstawie którego wróciłem do Australii, gdzie wystawiono mi nowy paszport. To było rok temu, więc zapomniałem o tym.” przyznałem szczerze. „Tak, właśnie to sprawdziliśmy, pańska ciotka również potwierdziła fakt śmierci swojej matki, a pańskiej babki oraz to, że oboje byliście wtedy na pogrzebie. Teraz sprawdzamy przeloty i jeżeli linie lotnicze potwierdzą udział pana w rejsie, to będzie oznaczać, że 12 kwietnia tego roku, nie mógł być pan jednocześnie w Barcelonie oraz w Australii.

Ja już wiedziałem, że policja hiszpańska popełniła duży błąd, aresztując mnie. Myślę, że komisarz też już wiedział, ale nie dał po sobie poznać.

Wyszedł z pokoju i znowu nie było go dość długo. Już straciłem rachubę. W pokoju nie było okien, tylko te lustra weneckie. Zegarek zabrano mi wraz z moimi rzeczami. Kiedy wrócił, usiadł naprzeciwko mnie i zaczął mówić. „ Wszystko już sprawdziliśmy, koledzy w Australii, mimo różnicy czasu, pracowali sumiennie, aby potwierdzić pańską niewinność. Nie mamy wobec pana zarzutów i jest pan wolny. Wydaje mi się jednak, że należy się panu wyjaśnienie”  i tu komisarz nie wdając się zbytnio w szczegóły śledztwa, opowiedział mi co się zdarzyło 12 kwietnia w Barcelonie i dlaczego właśnie mnie podejrzewano o popełnienie tego przestępstwa.

Otóż na początku kwietnia osoba z moim paszportem weszła do Banco de Katalunya i poprosiła o umożliwienie zostawienie czegoś w skrytce. Procedura jest taka, że należy skopiować dokument tożsamości klienta. Co uczyniono. Ponieważ ja jestem dość charakterystyczny, pracownik banku zapamiętał moją facjatę. Tydzień  później pięcioosobowa ekipa napadła na bank, raniąc z broni palnej ochroniarza i jednego pracownika. Co ciekawe wszyscy bandyci wyglądali tak samo jak ja. Co oznacza, że na bank napadło pięciu kangurów wyglądających identycznie. Zupełnie jak w hiszpańskim serialu „Dom z papieru” . Wszystko było z góry zaplanowane i dopięte na ostatni guzik. Obrabowali wszystkie skrytki z przedmiotami wartościowymi należących do klientów banku. Zanim zjawiła się policja oni zniknęli. Szybko skojarzono fakty i ustalono moją tożsamość. Ponieważ nikt o moim nazwisku nie opuścił w tym czasie Hiszpanii, uznano, że nadal jestem w kraju. Wydano zatem list gończy za mną.

Dopiero, gdy załoga samolotu potwierdziła, że znajduję się na pokładzie samolotu Ryanair lądującego w Madrycie, zastawiono nam nie pułapkę. I tak oto znalazłem się w policyjnym areszcie. I jak wam się to podoba, historia niemal z filmu sensacyjnego.

Gdy komisarz zakończył swoje opowiadanie, wstał i rzekł do mnie „ No cóż, brakuje mi słów, aby pana przeprosić za zaistniałą sytuację. Mam nadzieję, że nie podupadł pan na zdrowiu w naszym areszcie.” Chciałem powiedzieć, że nie zdążyłem, ale ugryzłem się w język. W końcu on tylko wykonywał swoje obowiązki. „ Od razu wdrożyliśmy procedurę cofnięcia listu gończego. Gdyby jednak miał pan z tego tytułu problemy, poruszając się po Hiszpanii, proszę tu jest moja wizytówka. W razie kłopotów proszę powołać się na mnie i zadzwonić na mój telefon.” – Cóż miałem robić, podziękowałem, choć nie wiem za co, wziąłem wizytówkę i chciałem wychodzić, gdy policjant zapytał mnie, czy mam się gdzie podziać. Na zewnątrz   budynku dochodziła już północ. Zgodnie z prawdą odparłem, że nie. Samolot do Bilbao miałem koło 14.00 i zarezerwowany pokój w stolicy Basków. Komisarz zaproponował mi, że odwiozą mnie do hotelu policyjnego ( nie mylić z aresztem 🤣) Jutro z rana któryś z policjantów odwiezie mnie na lotnisko i na koszt państwa przebukuje bilet do Bilbao. Taka opcja nawet mi odpowiadała. Pożegnałem się z komisarzem i radiowóz policyjny zawiózł mnie do hoteliku, gdzie już wszystko było załatwione.

Następnego dnia rano siedziałem już w samolocie  i zastanawiałem się jak rozegrać dalszy ciąg mojego pobytu w Kraju Basków i w jaki sposób zawiadomić chłopaków, żeby jednak przyjechali do Pampeluny. Miałem na to jedną godzinę i 15 minut – tyle, ile trwał lot do Bilbao.

Na szczęście mój pokój nie był jeszcze wynajęty. Przeprosiłem grzecznie gospodynię, obiecując wynagrodzić straty i ruszyłem do Muzeum Guggenheima – mojego głównego celu przyjazdu do Bilbao. Powoli zdążyłem już ochłonąć po ostatnich wydarzeniach i wrócić do codzienności. Starałem się wymazać przykre chwile z pamięci. Przede mną Bilbao a jutro Pampeluna. Zawiadomiłem już Mateo. Wysłałem mu krótką informację, że u mnie wszystko w porządku. Jestem w Bilbao, a jutro czekam na nich w Pampelunie, tu podałem adres pokoju w małym pensjonacie, i zamierzam z nimi obchodzić urodziny Mateo biorąc udział w gonitwie byków. Mateo długo się nie odzywał, aż wreszcie przysłał wiadomość. „Ty to masz pomysły, napędziłeś nam strachu, do zobaczenia”

Następnego dnia byłem już w Pampelunie, rozgościłem się w pokoju i czekałem. Właściwie to nawet nie wiedziałem, czy koledzy przyjadą. Nie dali mi jasnej wiążącej  odpowiedzi. Ostatnie wydarzenia mnie zmęczyły, musiałem sporo rzeczy przemyśleć. Nie miałem sił na spacer po Pampelunie, choć idąc z dworca autobusowego, widziałem jak miasto żyło już Fiestą. Od jutra miały się zacząć gonitwy byków po ulicach miasta. Gdy tak myślałem o tym wszystkim, przyszedł sen i zapadłem w błogą nicość.

Obudziło mnie stukanie do drzwi. Jeszcze pół przytomny, otworzyłem drzwi. W drzwiach stał Mateo i Rodi. Zadowoleni, uśmiechnięci z butelką czerwonego wina La Rioja. „ Astur, chłopie, ale nas wystraszyłeś, co się działo, opowiadaj” No i od początku opowiedziałem im wszystko co mi się wydarzyło.  Przecierali oczy ze zdumienia. No, cóż, mnie też trudno było w to uwierzyć. Chłopaki słyszeli w telewizji o napadzie. Co prawda nie pokazywali, ale mówili, że sprawcy byli poprzebierani i mieli na głowach maski kangurów. Żaden z nich nie skojarzył tego ze mną, a bardziej myśleli, że dla bandziorów inspiracją był serial „Casa de Papel”, gdzie ekipa profesora miała na twarzach maski wg projektu Salvador’a Dali, a ubrani byli w czerwone kombinezony.

Rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych. Następnego dnia od rana poszliśmy do centrum, by uczestniczyć w najbardziej niebezpiecznej fieście w Hiszpanii. O godzinie 8 rano byki są wypuszczane z zagrody i wąskimi uliczkami miasta muszą przebiec wśród tłumu rozentuzjazmowanych kibiców, mieszkańców a przede wszystkim turystów, 825 metrów, aż do areny Plaza de Toros, na której kończy się gonitwa. Dla byków to jednak nie koniec gonitwy. Zwierzęta biorą udział w krwawej korridzie i śmiertelnie ugodzone kończą swój żywot na arenie. Gonitwa z bykami jest bardzo niebezpieczna szczególnie dla ludzi, którzy biorą w niej udział. Żeby wybiec na ulicę w tłum byków należy spełniać warunki: mieć skończone 18 lat, należy być ubranym w biały strój z dwoma czerwonymi elementami np. pasek i chusteczka oraz mieć w ręku tylko zwiniętą gazetę do ew. obrony przed bykiem. Ryzyko kontaktu z rogami byków jest ogromne i wielu ludzi zostaje poturbowanych w tym czasie. Nikogo to jednak nie odstrasza i z roku na rok jest więcej śmiałków.

My jednak byliśmy bardziej zapobiegawczy i nie zdecydowaliśmy się na bezpośrednie starcie z bykami. Znaleźliśmy sobie dobrą miejscówkę i z góry parzyliśmy jak fala rozjuszonych ludzi i pięciu byków pędzi uliczkami miasta. Widok i odgłosy niezapomniane. Podczas gonitwy usłyszeliśmy cztery wystrzały: pierwszy oznaczał, że otwarto drzwi od zagrody, drugi – że byki już są na ulicach miasta, trzeci – że dotarły do areny, a czwarty wystrzał sygnalizował zakończenie gonitwy. Nas nie interesowała już korrida na arenie. I tak widok pędzących byków w tłumie ludzi zrobił na nas ogromne wrażenie. Resztę dnia postanowiliśmy uczcić urodziny Mateo, kolędując od baru, do baru i degustując pinchos, czyli baskijskie tapas.

Dzień dobiegał końca, zmęczeni, ale zadowoleni, bo zobaczyliśmy na własne oczy, to o czym tylko każdy z nas gdzieś czytał. Szkoda, że Xavier i Juan nie przyjechali. Xavier po zakończonej sesji wrócił już do  domu do Meksyku, natomiast Juan poleciał na Kanary, by tam wraz ze swoim klubem szkolić umiejętność nurkowania. Niech żałują, taka druga okazja może się nie powtórzyć. Ja nie żałuję, choć gdybym nie wpadł na taki pomysł, to uniknąłbym tej nieprzyjemnej i upokarzającej sytuacji na lotnisku i potem w areszcie.

Ale jak to mówią, co cię nie zabije, to cię wzmocni. I tego się trzymajmy….

NEW YORK, NEW YORK

Przyjechałem na Ranczo Romera na tydzień albo dwa. Stęskniłem się już za rodziną i za australijskim krajobrazem. Wyjazd do  Chin mnie wykończył psychicznie,  potem starałem się odzyskać spokój wewnętrzny w Paryżu u siostry Amy, ale Paryż raczej pobudza, niż wycisza stargane nerwy. Potem niespodzianie wylądowałem w Tokio. Nie mówię, że mi tam było źle, bo bym skłamał, ale pragnąłem ciszy i spokoju, a to mogę znaleźć tylko tu w rodzinnych stronach. Tu się ładuje baterie i koi wszelkie rany. Tak mówiła zawsze ciotka Lisa i ja się z nią zgadzam całkowicie.

Babcia Dolores była zachwycona moim przyjazdem, dogadzała mi na każdym kroku. Po tygodniu pobytu czułem, że przybrałem na wadze, rozleniwiłem się. Potrzebowałem jakiegoś bodźca do działania. Myślisz, mówisz i masz. Zadzwonił telefon. Patrzę w wyświetlacz – Linda moja znajoma ze szkoły w Sydney. Ja wybrałem turystykę, ona poszła dalej w reklamę. Zaczepiła się w jakimś wydawnictwie w Melbourne i tam szlifowała swoją karierę. Dawno nie rozmawialiśmy, chętnie pogadam.

„Czołem Linda, co słychać u ciebie ?” – odebrałem telefon.

„Cześć Astur, gdzie ty teraz przebywasz, słyszałam od Richarda, ze zaszyłeś się na Nowej Zelandii, prawda to ?” – zapytała Linda

„No, poniekąd tak było, ale to już minęło kilka lat,  Nowa Zelandia to dla mnie już temat zamknięty, teraz przyjechałem na Ranczo  do rodziców, pooddychać australijskim powietrzem” – uciąłem temat, żeby nie rozwijać chińskiego wątku.

„ O, to super, znaczy, że się nudzisz na tej waszej prerii” – ciągnęła dalej Linda

„Ja mieszkam w Melbourne, pracuję dla wydawnictwa Cook & Travers. Nie wybierasz się czasem do Nowego Yorku w najbliższym czasie? Wiem, że dużo jeździsz po świecie. Mam problem i nie wiem jak go rozwiązać, może mógłbyś mi pomóc ?”

„Wal śmiało” – powiedziałem, czując, że kroi się coś ciekawego.

„ Wiesz, powiem ci tak w skrócie, nasze wydawnictwo promuje młodych pisarzy. Udało nam się zainteresować  nowojorskie wydawnictwo cyklem opowiadań młodego Australijczyka. Chcą, żeby im jak najszybciej dostarczyć rękopisy. Boję się wysłać paczkę przesyłką lotniczą, żeby  gdzieś nie zaginęła. Nigdy bym sobie nie wybaczyła. Zależy mi na tym, żeby rękopis dotarł jak najszybciej i został dostarczony osobiście. Poleciałabym sama, ale  niedawno zostałam mamą i nie mogę pozostawić dziecka  w Melbourne, ani go zabrać ze sobą.  Pomyślałam o tobie, mam do ciebie zaufanie i wiem, że kto jak nie ty, zrobiłby to najlepiej”  Tu nastąpiły jeszcze dodatkowe komplementy, od których aż się zaczerwieniłem.

Jak się trafia okazja, to trzeba ją łapać, bo może już podobnej nie będzie. To dewiza ciotki Lisy – ale mnie się bardzo przydaje się w życiu.

„ Linda, jasne, nie ma sprawy, chętnie polecę do Nowego Yorku i wykonam twoje zadanie. Będzie to dla mnie fajna przygoda.”

„Asturku kochany, wiedziałam, że zawsze mogę na ciebie liczyć” – zakończyła Linda

 

Umówiliśmy się następnego dnia w Melbourne. Linda miała załatwić bilety lotnicze, hotel i wszystkie formalności, a ja miałem tylko dotrzeć do Melbourne. Co wcale nie było takie proste, będąc na ranczo oddalonym o ponad 1500 km. Ale taka właśnie jest Australia.

Przyleciałem z Brisbane na spotkanie z Lindą, odebrałem rękopis, bilety i wszelkie instrukcje łącznie z telefonami kontaktowymi do głównego wydawcy. Byłem porządnie przygotowany i zaopatrzony we wszelkie niezbędne informacje. Wsiadłem  w Melbourne do samolotu lecącego do  Kataru i na lotnisku Doha po trzech godzinach oczekiwania, przesiadłem się do samolotu lecącego  już bezpośrednio do Nowego Yorku. Po nieskończenie długim czasie, dotarłem w końcu do celu. Byłem wykończony fizycznie po tak długiej podróży. Marzyłem o wygodnym łóżku. Ale najpierw musiałem wykonać zadanie, bo ktoś czekał na moją przesyłkę, a ktoś inny liczył, że szybko ją dostarczę.

Po wyjściu z lotniska, złapałem taksówkę. Zakodowałem, że był to żółty styrany życiem   chevrolet,     a za kierownicą siedział starszy pan o bardzo ciemnej karnacji. Podałem adres wydawnictwa i odpłynąłem ze zmęczenia. Kierowca mnie obudził, gdy podjechaliśmy pod wskazany budynek. Początkowo nie wiedziałem, gdzie jestem i co ja tu robię. Szybko jednak się pozbierałem. Zabrałem swoje dokumenty, bagaż zostawiłem w taksówce, poprosiłem by kierowca poczekał 15 minut i potem odwiózł mnie do hotelu.

Sprawę załatwiłem błyskawicznie. Umówiony wydawca  już na mnie czekał, przekazałem przesyłkę i mi ulżyło. Wykonałem zadanie.  Napisałem jeszcze smsa do Lindy, że paczka już na miejscu i dostałem od razu podziękowania z mnóstwem emotikonów na ekranie. Byłem wolny, tylko krótka podróż do hotelu i mogę walnąć się na łóżko i nie wstawać przez najbliższe 30 godzin. Linda świadoma odległości od Australii, podarowała mi dwa dni na odpoczynek w Nowym Yorku.

Jedziemy teraz do hotelu „El Principio” ,

„Wie pan gdzie to jest ?” – zapytałem kierowcy

„Nie wiem, ale mam nawigację, więc na pewno trafimy…. to pół godziny drogi stąd”

„OK.” – odparłem i już się układałem do zasłużonej drzemki, gdy kierowca najwyraźniej chciał prowadzić ze mną rozmowę. Pomyślałem, dobra, niech to będzie monolog, niech mówi, skoro ma taką potrzebę. Jak przez mgłę słyszałem jak opowiadał o sobie, że mieszka z córką i jej dwójką małych dzieci. Jest już na emeryturze, ale dorabia sobie na taksówce, żeby pomóc córce i wnukom. Nie jeździ na co dzień z gośćmi, jest za stary i często gubi się w Nowym Yorku. Ma dwa stałe kursy z siedziby gazety New York News do ich drukarni. Zawozi materiały do druku, jakieś korekty czy dodruki. Czasami tak jak dzisiaj, gdy wypada jeden kurs, to jeździ na lotnisko i wykonuje dodatkowe zlecenie. W domu przydaje się każdy grosz, bo córka nie pracuje, a dzieci rosną. Zięcia nie ma, więc sam musi się troszczyć o rodzinę, a emerytura nie największa. Słyszałem co drugi wyraz, mój umysł już przestał reagować na bodźce, byłem tak zmęczony, że nic już do mnie nie docierało. Co chwila odpływałem i wracałem na jawę.

„Pan jest młody, pan to co innego” – dotarło do mnie jakby zza grobu. Nie odpowiadałem mu, pozwoliłem, aby sam mógł się wygadać. Mnie to było bardzo na rękę.

„ Gdyby pan wiedział…..usłyszałem, ale nie dowiedziałem się dalszego ciągu zdania. Samochód nagle zahamował i usłyszałem a raczej bardziej poczułem uderzenie, które wybudziło mnie całkowicie z sennego stanu. Chevrolet zatrzymał się z hukiem na chodniku, na hydrancie czy jakimś śmietniku. Na szczęście nie było nikogo w pobliżu.

„Co pan robi ?” krzyknąłem   Ale odpowiedzi nie otrzymałem. Kierowca taksówki leżał na kierownicy bez ruchu.

O, Kunapipi !!! – wyrwało mi się i czułem, że natychmiast zostałem ocucony.

Przeskoczyłem na przednie siedzenie, kierowca dalej się nie ruszał. Zmierzyłem mu puls, był bardzo słaby. Nie myśląc zbyt długo, zadzwoniłem na 112, ufając, że jest międzynarodowy numer pomocy i tu w Nowym Yorku też ktoś go odbierze.

Nie myliłem się. Wezwano pogotowie, na szczęście po drugiej stronie ulicy był Główny Urząd Pocztowy, co ułatwiło mi podanie lokalizacji. Ambulans przyjechał bardzo szybko. Wyciągnęli kierowcę z samochodu i zabrali do karetki. Sanitariusze wzięli jeszcze dokumenty z wozu, podali adres szpitala i już ich nie było.

Zostałem sam w żółtym chevrolecie, nie należącym do mnie, który wjechał na chodnik i uderzył w słupek. Ani zostać w tym aucie, ani go zostawić. Technicznie nic mu się nie stało, tylko obtarł zderzak. Policji nie było, jej obecność pewnie by mi ułatwiła podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Z tego co opowiadał kierowca, a słuchałem w półśnie, dotarło do mnie, że ma córkę, z którą dzieli mieszkanie i pomaga w utrzymaniu. Wywnioskowałem, że wobec tego nie należy do kasty bogatych taksówkarzy. Zdecydowałem, że zajmę się sprawą. Adrenalina już mi podskoczyła, zmęczenie przeszło na dalszy plan. Trzeba było działać. Zjechałem z chodnika i przestawiłem auto na pobliską zatoczkę. Przy kierownicy przypięty był telefon, od niego zacząłem. Wybrałem numer opisany jako Peggy – córka.

„ Halo tato, co się dzieje, nigdy nie dzwonisz z pracy?” zapytał młody damski głos.

„ Przepraszam panią bardzo, to nie tata” – po czym przedstawiłem się i pokrótce powiedziałem co zaszło i gdzie jestem. Peggy, bo tak właśnie miała na imię córka kierowcy, najpierw wpadła w panikę, ale szybko dowiedziawszy się, że ojciec jest w dobrych rękach, zaczęła rzeczowo ze mną rozmawiać.

„Czy ma Pan prawo jazdy?”- zapytała.

„Oczywiście” – odparłem, „ I to nawet na autobus”   „To dobrze, to bardzo dobrze, czy mogę pana prosić o przywiezienie taksówki do nas do domu, mieszkamy cztery przecznice na zachód od poczty głównej, to nie daleko. Ja nie mogę się ruszyć z domu, bo nie mam co zrobić z dziećmi” – łamiącym głosem prosiła Peggy.

„Dobrze” – powiedziałem. Mnie było już wszystko jedno, czy dojadę do hotelu za godzinę czy dwie. Odstawię im to auto, bo inaczej , to nic z niego nie pozostanie. Wandale uliczni wszędzie są tacy sami. Po piętnastu minutach byłem pod domem Peggy i jej ojca. Ciemnoskóra młoda kobieta wyszła na podwórko, przywitała się i wskazała mi, gdzie mam zaparkować auto. Po czym zaprosiła mnie na górę. Chciałem odmówić, ale nalegała. Po drodze na III piętro, poinformowała mnie, że już rozmawiała ze szpitalem, że ojciec miał zawał, jest już zaopatrzony i wszystko będzie dobrze. Uspokoiłem się i ona też wydawała się być mniej spięta. W mieszkaniu czekały dwa maluchu – bliźniaki tak na oko trzylatki. Zalały mnie gradem pytań, ale Peggy szybko uciszyła swoje potomstwo. Zrobiła mi kawę i poczęstowała obiadem. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo jestem głodny. Peggy opowiedziała mi swoją historię. Potraktowała mnie jak swojego najlepszego przyjaciela i zwierzyła się ze swoich zmartwień. Ojciec dzieci zostawił ją, jak tylko dowiedział się, że będzie tatą. Jeszcze jak na złość powiła bliźnięta. Było im bardzo ciężko. Mama odeszła kilka lat temu, przegrywając z ciężką chorobą płuc. Ojciec szybko przeszedł na emeryturę. Za wcześniejsze odejście z zakładu, w którym pracował całe życie, dostał odprawę i kupił starego chevroleta, aby móc sobie dorobić. Kuzynka załatwiła mu pracę w wydawnictwie. Nie była ona zbyt dochodowa, ale zawsze był to dodatkowy grosz, tym bardziej, że praca nie wymagała pełnej dniówki i ojciec mógł sobie jeszcze coś dorobić na boku. Peggy nie mogła iść do pracy, bo trzeba było pilnować dzieci, a przedszkola w Nowym Yorku są bardzo drogie. I tak wiązali ledwo koniec z końcem. I jeszcze teraz ten zawał ojca. Odsunie go od pracy, co najmniej na dwa tygodnie albo na dłużej. I jak ona teraz sobie poradzi… Mówiąc mi to wszystko miała łzy w oczach.

Było mi ich szkoda. Im dłużej mówiła, tym bardziej chciałem im jakoś pomóc. W tym wszystkim dobre było to, że stary Morgan O’Para miał tylko lekki zawał i z tego, co lekarze jej powiedzieli, wywnioskowaliśmy, że  powinien za kilka dni wyjść ze szpitala. Patrzyłem to nią, to na dwóch małych chłopców i już wiedziałem, że zostanę w tym domu i doprowadzę sprawę do końca, czyli do powrotu ojca Peggy.

Działałem szybko. Zadzwoniłem do Lindy, aby mi anulowała bilet powrotny i przebukowała go na opcje open,  na dowolną datę powrotu jak również anulowała moje miejsce w hotelu. Obiecałem, że wszystko jej wyjaśnię, ale nie teraz, tylko później. Kiedy już podjąłem decyzję, co zrobię, adrenalina mi opadła i znów zacząłem być potwornie zmęczony. Zabrałem swoje rzeczy z taksówki i Peggy ulokowała mnie w pokoju gościnnym. Padłem na łóżko i spałem 15 godzin.

Rano zbudził mnie wrzask bliźniaków. Zupełnie nie wiedziałem, gdzie jestem i co się dzieje. Potrzebowałem chwili, aby zatrybić. Ustaliliśmy z Peggy, że ona zadzwoni do gazety, powie, że tata jest chory i będzie za niego jeździł zmiennik. Okazało się, że nikomu to nie robi różnicy, byle materiał był na czas dowieziony do drukarni. I tak rozpocząłem swoją nową profesję – kuriera jeżdżącego żółtą taksówką po Nowym Yorku. Jakoś mi nie przeszkadzał fakt, że byłem po raz pierwszy w tej  kilkumilionowej aglomeracji i miałem jeździć po mieście taksówką. Od czego są nawigacje?

Wykonałem swój pierwszy kurs. Trafiłem do gazety bezbłędnie, odnalazłem redaktora, przejąłem materiały i zawiozłem do drukarni. Po południu zrobiłem identyczny kurs. Wszystko grało. Nikt nawet nie zwrócił uwagi, że nie przyjechał stary Morgan, tylko ktoś inny. Ważne, że przesyłki docierały o określonym czasie. Zastępowałem Morgana przez 12 dni. W międzyczasie Peggy jeździła do ojca do szpitala, zdawała mu relacje z mojej pracy, a ja w tym czasie pilnowałem bliźniaków. I to chyba była gorsza strona mojej misji. Ale …dałem radę.

Przyszła pora, gdy stary Morgan mógł opuścić szpital. Czuł się już dużo lepiej, aczkolwiek do pracy jako kierowca jeszcze nie mógł wrócić. Potrzebował rekonwalescencji po zawale.  Był bardzo zadowolony z faktu, że ja u nich mieszkam i kontynuuję jego prace dla wydawnictwa. Niemal ze łzami w oczach dziękował mi za trud i poświęcenie dla nich swojego czasu. No cóż, nie był to dla mnie wielki wysiłek, a raczej porównałbym to do przygody, która trafiła mi się w Nowym Yorku.

W sumie pracowałem jako kurier przez półtora miesiąca. Gdy tylko stary Morgan wydobrzał i mógł znowu zasiąść za kółkiem, ja zacząłem pakować swoje rzeczy zbierać się do wyjazdu. Bliźniaki były niepocieszone. Zdążyliśmy się już do siebie przyzwyczaić. Peggy nie mogła opanować łez ze wzruszenia, gdy jej powiedziałem, że następnego dnia mam samolot powrotny do Australii. O’Parowie nie mogli uwierzyć, że za swoją pracę nie chciałem od nich ani dolara. Bo niby jak miałem wziąć od nich pieniądze? Mieszkałem u nich przez półtora miesiąca, żywiłem się na ich koszt ( choć fakt, czasami ja robiłem zakupy po kursie, ale to bez znaczenia ), Peggy gotowała, przygotowywała posiłki, a ja korzystałem ze wszystkiego, tak jak domownik.  Miałem 45 dniowe wczasy w Nowym Yorku i tylko wykonywałem dwa kursy dziennie. Cała reszta to już była czysta przyjemność. Zaprzyjaźniłem się z O’Parami, zarówno z Peggy, z jej ojcem oraz tymi małymi dwoma urwisami.

Cieszył mnie fakt, że swoim pobytem pomogłem im w momencie, gdy rodzina została bez ojca, bez możliwości zarobkowania. To miało dla mnie wielki sens. Kiedyś bardzo dawno temu, Stary Druh – Aborygen – przyjaciel dziadka Maxa, zabrał mnie do Świętej Góry Uluru. Powiedział wtedy, że ja mam misję do wykonania i potrzebuję wsparcia duchów – naszych przodków na Ziemi Australijskiej, by móc tę misję wypełniać. Byłem wtedy dość małym brzdącem i niewiele rozumiałem z tych aborygeńskich rytuałów. Teraz, po tej przygodzie w Nowym Yorku już dokładnie wiem, na czym polega moja życiowa misja. TO POMOC, BEZINTERESOWNA POMOC DRUGIEJ ISTOCIE.

Żegnając się z nimi  czułem się wspaniale, zostawiłem rodzinę O’Parów z nadzieją, że wszystko w życiu będzie im się układać. Wiem, że mam w nich przyjaciół do końca moich dni i tak jak oni na mnie mogli liczyć w trudnych chwilach, tak z pewnością ja będę mógł liczyć na ich pomoc, gdyby takowa była mi potrzebna.

Wsiadając do samolotu jeszcze raz się odwróciłem. Na balkonie dla odprowadzających stał stary Morgan, Peggy w kolorowej sukience i dwóch małych budrysów trzymających się mamy. Wszyscy machali w moim kierunku. Ja też im kiwnąłem, a łza wzruszenia zakręciła mi się w oku.

 

 

 

REJS PO ADRIATYKU

Opowiadałem Wam już o rejsie po wyspach na Adriatyku, nie – chyba jeszcze nie. To się przygotujcie, ale to nie jest opowieść dla szczurów lądowych…

Miałem kiedyś kumpla, wołali na niego Boogie. To stary wilk morski. Na niejednej łajbie pływał i niejedną udało mu się zatopić. Potrafił wlać w siebie morze rumu, ale i tak trzymał się na nogach. Boogie miał szlify kapitańskie i najczęściej sprzedawał swoje usługi bogatym właścicielom luksusowych łodzi. Któregoś ranka zadzwonił mój telefon. Po drugiej stronie Boogie – trzeźwy jak poranna rosa, proponował mi rejs po wyspach Adriatyku. Kunapippi, zaraz jaki rejs, jakie wyspy? Chyba się jeszcze nie obudziłem na dobre. „Bumerang – powiedział Boogie „ masz trzydzieści siedem i pół sekundy, aby się decydować, po tym  czasie oferta nieaktualna” i się rozłączył. Boogie tak często był na rauszu, że nigdy nie mógł zapamiętać mojego imienia… Nazywał  mnie bumerangiem, czasami dziobakiem, a jak już miał dobrze w czubie, to jedyne co mógł wymyśleć, to – kangu. No cóż dobre i to, znaczyło, że wiedział skąd pochodzę. Ale zaraz, wyspy Adriatyku, jakie wyspy?  Ile ich jest?  Co za rejs?  Skąd łajba? Szybki scan mózgu i już wiedziałem – CHORWACJA: ponad 700 wysp i około 400 niezamieszkałych wysepek. Jak mawiała ciotka Lisa, trzeba łapać okazję, bo się może więcej nie powtórzyć. „Boogie – płynę z tobą” – oddzwoniłem zaraz do niego. „No, Bumerang, masz szczęście, minęło już 35 sekund i zaraz miałem dzwonić do Małego”. Boogie wiedział, że swego czasu kucharzyłem na statku płynącym z Bombaju do Afryki i pewnie myślał, że zrobi ze mnie znów kuchtę pokładowego, ale się przeliczył.

Spotkaliśmy się wszyscy w marinie w Trogirze. Oprócz Boogiego, była Angela – jego żona, gruby Rycho, Gacek, stary Chorwat Vladko Kovacevic i mały Papaj – karłowaty pinczer – pupil Angeli. Świetna załoga na dwutygodniowy rejs. Boogiego i Angelę poznałem kiedyś na Malcie, byli wtedy młodzi, pełni entuzjazmu, głodni życia. Zakumplowaliśmy się od razu. Ale to inna historia… Dobrze, że Angela płynęła teraz z nami, bo choć Boogie jest kapitanem, to jednak ona trzyma stery. Zarówno swojego pinczerka jak i Boogiego prowadzi od lat na krótkiej smyczy. Ale wszystkim wychodzi to na dobre. Gruby Rycho wcale nie był gruby, wręcz odwrotnie. Wysoki, wysportowany, ale wiecie jak to jest, ksywki dostaje się z przekory. Mój najmłodszy brat Tomie, choć jest największy z nas wszystkich, ma prawie 100 kg, to i tak wszyscy na Ranczo wołają na niego „Mały ”.  Vladka Kovacevica nie znałem wcześniej. Był podobny do Boogiego: siwe, postrzępione włosy, ogorzała twarz z fajką w zębach, znoszone spodnie i rozciągnięty sweter. Pasował do załogi. Ja otarłem się o żeglarstwo już nie raz, gruby Rycho też już z niejednego morza pił wodę, ale Gacuś to szczur lądowy, będzie wisiał na relingu i tyle z niego będzie pożytku. No, ale Gacek to siostrzeniec Angeli, więc chyba innej opcji nie będzie. Ale po co zabrała na łódź Papaja?  Myślicie, że nie zapytałem? Odpowiedziała mi szczerze, Papaja musiała zabrać, bo to jest tak wredny pies, że nikt ze znajomych i z rodziny nie chce go przygarnąć jak oboje z Boogim wyjeżdżają. I tyle. Ale za to my będziemy musieli się z nim użerać…

Zaokrętowaliśmy się w końcu na łajbie,  starej Bavarii-17. Kiedyś to była szybka, nowoczesna łódź. Teraz, to już tylko łódź, ani szybka, ani nowoczesna, ale miała  porządny grot i jeszcze sprawny silnik. Nocą wypłynęliśmy z portu. Przed nami rejs na południe, na wyspę Vis. Boogie rozdzielił wachty, ustawił kurs, posprawdzał wskaźniki. Próbował też naprawić  skrzeczące radio, ale gdy się nie udało, to machnął ręką i poszedł spać.

A szkoda, że nie naprawił, bo właśnie całą noc służby morskie ostrzegały przed nawałnicami nad  środkowym wybrzeżem Chorwacji. Ale o tym przekonaliśmy się później. Boogie  smacznie spał, jemu nie przeszkadzały ani trąby jerychońskie ani trzęsienie ziemi. Bora szła od strony lądu, łodzią targało na lewo i prawo, a my z chłopakami próbowaliśmy utrzymać łajbę na wodzie. Najpierw zaczęło wiać powoli, ale silny wiatr wzmagał się z każdą chwilą. Pierwszy zszedł z pokładu Gacek.  Nie był w stanie utrzymać się na nogach. Angela pilnowała Papaja, żeby  nie wpadł do wody. Gruby Rycho co chwilę  opróżniał  żołądek za burtę i po godzinie był siny i tak słaby, że musiał się położyć.

Przy sterach  zostałem ja z Vladkiem. Tego wilka morskiego nic nie ruszało. Łodzią rzucało niemiłosiernie. Vladko w ekspresowym tempie zwijał grota i foka. Ja nie mogłem utrzymać sterów, ale dotrwałem do końca. Nad ranem dopłynęliśmy do mariny w Komiży na wyspie Vis. Morze ucichło i nie było śladu po nocnym sztormie. Jak tylko Vladko przycumował  łódź, to Boogie podniósł się z koi i  beztroskim głosem zapytał „O już przypłynęliśmy?” Myślałem, że go zabiję. Zresztą wszyscy byli podobnego zdania. Nikt w nocy nie zmrużył oka. W głowie nam huczało, oczy same opadały. A na dworze cisza, spokój, niebieskie niebo, piękne wschodzące słońce.

Rzekłbyś, że bora  nam się przyśniła. W Kapitanacie  oberwało się Boogiemu porządnie za niedostosowanie się do nakazu straży morskiej i kontynuowanie rejsu podczas sztormu. Wszystkie jednostki zostały zawrócone do portów, tylko nasza Bawaria zmagała się z borą, wbrew nakazom. Jak  Boogie to załatwił, to tylko on wiedział. Ja byłem święcie przekonany, że dostaniemy zakaz wypływania z mariny za niesubordynację i narażanie życia załogi, albo co najmniej, karę pieniężną. Ale Boogie ma zawsze szczęście. Po godzinie odpoczynku, kapitan podjął decyzję, że musimy iść na  wycieczkę w góry, by popatrzeć na zatokę i całą Komiżę.  Pewnie sobie wyobrażacie, jacy byliśmy szczęśliwi. Ale Boogiemu nie można było odmówić,  bo to kapitan. Po południu skoczyliśmy jeszcze na wyspę Bisevo, aby przepłynąć koło Błękitnej Groty, przepięknej formacji skalnej u brzegu wyspy.

Kolejny dzień, to kolejna wyspa. Morze było spokojne, fal prawie nie było. Trzeba było włączyć motor, bo nie dało się płynąć na żaglach, taka była flauta. W końcu dotarliśmy do Korczuli. To wspaniała, malownicza wyspa. Miasteczko na wyspie otoczone murem, taki mały Dubrownik. Naszą żaglówkę zacumowaliśmy na kotwicy, bo miejsca w marinie już nie było. Zamówiliśmy przez radio ( Boogie oczywiście je naprawił) wodne taxi i popłynęliśmy do miasteczka. Spędziliśmy tam cały dzień. Było cudownie: małe wąskie uliczki pełne sklepików, kawiarenek, wszędzie pełno turystów. Pierwszy raz byłem na Korczuli i byłem zachwycony. Wieczorem wszędzie było słuchać muzykę. O dziwo, śpiewali mężczyźni. W jednym z zaułków trafiliśmy na prawdziwy koncert. To musiał być jakiś zespół muzyczny. Dwóch panów grało na skrzypcach i akordeonie, a trzeci tylko śpiewał. Ubrani byli w czarne spodnie, białe koszule z szerokimi rękawami. Solista wykonywał melodyjne ballady, śpiewał po chorwacku, ale jak… Na placyku zebrał się spory tłumek, wszyscy słuchali z zaciekawianiem i nie szczędzili monet do kapelusza. Szkoda było wracać na łódź.

Rano czekała nas podróż na Lastovo. Lastovo to Narodowy Park Przyrody utworzony, po to by chronić  przed ludźmi małe wysepki, ich wybrzeża, faunę i florę. Przepływając przez Park nie można używać silnika, tylko żagle, kotwiczyć można tylko w wyznaczonych miejscach. Wieczorem, Boogie, jak co dzień, ogłaszał, że jutro śpimy dłużej, bo mamy luźny dzień. Po czym sam wstawał o 4.30, tak głośno chodził po decku, stukał, skakał, że my w kajutach wytrzymywaliśmy do 5.00. A skoro wstaliśmy i wszyscy byliśmy już na decku, to o 5.10 podnosiliśmy kotwicę i wypływaliśmy w dalszy rejs. Ale nigdy nie żałowaliśmy dnia, widoki zawsze były bajeczne i nie było jeszcze ruchu na morzu.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w Dubrowniku. Naszą Bawarię zacumowaliśmy w marinie Frapa. Miasto cudne, mówię wam. Korczula była piękna, ale Dubrownik to magia, historia i oczywiście  pełno turystów. – „Bumerang”, Boogie znowu zapomniał mojego imienia. Wczoraj trochę balowaliśmy wieczorem i nasz kapitan jeszcze nie doszedł do siebie. „Ty się zajmiesz aprowizacją i zatankujesz łajbę, ja idę odpocząć, a Angela pokaże młodemu miasto”. No tak, kapitan wydaje rozkazy, trzeba słuchać. Dość szybko załatwiłem swoje zadania i pognałem na Stari Grad. Naszych znalazłem bardzo szybko, wdrapywali się na mury obronne. Angela ciągnęła na smyczy Pataja, a Gacek wlókł się za nimi i oczywiście miał w nosie zwiedzanie. Gruby Rycho z Vladkiem rozsiedli się w knajpce opodal Kolumny Rolanda i rozkoszowali się zimnym piwem Ożujsko.

Gacek to  ksywka młodego. Na  imię ma Grzesiek, ale uszy ma tak odstające, że nikt nie mówi na niego po imieniu, tylko Gacek. Poza tym prowadzi nocny tryb życia, siedząc godzinami na facebooku. Tak więc Gacek to idealne przezwisko dla młodego. Angela nie mając swoich dzieci, pomagała jak mogła siostrze wychowywać Grześka i często zabierała go ze sobą, mówiąc, że zawsze się czegoś nauczy.  W gruncie rzeczy to dobry szczeniak.

Po całodziennym zwiedzaniu perełki Adriatyku, wieczorem zrobiliśmy sobie morską ucztę. Rozsiedliśmy się  w nadmorskiej tawernie na plaży o swojsko brzmiącej nazwie Copacabana i postanowiliśmy rozkoszować  się morskimi rybami. Wiecie, tam, jak wchodzisz do tawerny, to przy wejściu stoi ogromne akwarium, a w nim pływają ryby. Możesz sobie wybrać te, na które masz ochotę. My wybraliśmy po jednej z każdego gatunku. Wyszło tego trochę sporo. To wcale nie znaczy, że na co dzień nic nie jedliśmy. Angela codziennie gotowała. Zabrała z domu worek ziemniaków, cebuli, jakieś konserwy, słoiki, marynaty, dżemy, kiszonki. O, kunapipi, czego ona nie wepchała do tej łodzi, zupełnie jakbyśmy płynęli na rok, na bezludną wyspę. Tak więc, mieliśmy co jeść, a ona starała się, by nam niczego nie zabrakło. Ja z Gackiem na przemian sprzątaliśmy mesę i zmywaliśmy  gary. A ta  restauracja, to mucha nie siada. Siedzieliśmy sobie wygodnie, sączyliśmy piwo, a kucharz się dwoił i troił, aby nam te ryby przygotować. Nazwy nie pomnę, bo to same morskie i lokalne ryby. Ale jak przynieśli je gotowe, to sułtan turecki mógłby pozazdrościć takiej uczty. Trzy godziny celebrowaliśmy posiłek. Kelner już delikatnie spoglądał na zegarek, ale Boogie nic sobie z tego nie robił. On płaci, on wymaga. No właśnie, jak przyszło do regulowania rachunku, Boogiemu trochę mina zrzedła, najpierw zbladł, potem zrobił się czerwony. Musieliśmy zrobić zrzutkę, a i tak zabrakło. Było za późno, żeby coś kombinować, a za żarełko, trzeba było zapłacić. Ostatecznie daliśmy to, co mieliśmy w kieszeniach i gruby Rycho zastawił kelnerowi swój zegarek. Nie byle jaki zresztą, ale co było robić. Nikt z nas nie miał nic cennego przy sobie. Rano Rycho skombinował kasę, odebrał zegarek i odpłynęliśmy z Dubrownika. Do końca rejsu, nikt z nas już nie sugerował żadnej uczty w tawernie.

Dalej, rejs przebiegał spokojnie, rozkładaliśmy rano żagle, wiatr pchał nas do przodu, a gdy ucichł, włączaliśmy na chwilę silnik, by znów znaleźć się w strefie wietrznej. Żeby rozluźnić atmosferę po wypasionej uczcie, Rychu postanowił zrobić dowcip Boogiemu, bo ten dalej trawił przejedzoną kasę w tawernie. Nie obyło się bez wysokogatunkowego dodatku, który skutecznie pozwalał zapomnieć o utraconym  majątku. „Rychu!” co jakiś czas wolał kapitan z mesy, gdzie podrzemywał, „Płyniemy na  północ na Hvar, wskaźniki ustawione, tylko trzymajcie kurs”. Rychu dobrze wiedział co ma robić, nie raz już pływał żaglówką, ale zrobić kapitanowi psikusa, to sama frajda. Płynęliśmy wzdłuż półwyspu Pljesac, po prawej  stronie mieliśmy wyspę Korczule. Rychu tak delikatnie obrócił na żaglach łajbę, przestawił wskaźniki, że żaglówka płynęła z powrotem na Mljet. Zszedł do mesy, zbudził kapitana i z głupią miną zapytał. „Szefie cumujemy na Mljecie?” Boogie otworzył jedno oko i zaspany nie wiedział o co chodzi. W końcu dotarło do kapitana. – „Jaki Mljet, czyś ty zdurniał, płyniemy przecież na Hvar”. „”No, nie kapitanie, kurs ustawiony na wyspę Mljet” – z poważną miną odpowiedział mu Rycho. My z Angelą pękaliśmy już ze śmiechu, słysząc jak idiotyczną rozmowę prowadzi kapitan i jego I oficer. W końcu Boogie wstał, kołyszącym krokiem wdrapał się na pokład, stanął i oczom swoim nie wierzył. Przed nami niemal na wyciągnięcie ręki wyspa Mljet, kurs obrany  na południe,  a my przecież powinniśmy płynąć na północ, na wyspę Hvar. Ciężko się przyznać staremu wilkowi, że coś nawalił. Kapitan pomamrotał coś, nazwał nas niedołęgami, ustawił nowy kurs, obrócił łajbę o 180 stopni i znów płynęliśmy na północ. Kapitan do wieczora nie zszedł już  z mostku. Do ostatniego dnia rejsu nikt z nas nie rozwiał jego wątpliwości. Był przekonany, że to on tak idiotycznie się pomylił. Pewnie zwalił to na  Jacka Danielsa, z którym nie rozstawał się przez całą noc.

W miasteczku Hvar w porcie zrobiliśmy sobie przerwę. Rycho zatankował łódź, bo flauta była od trzech dni i żagli nie używaliśmy. My siedzieliśmy w knajpce portowej i przyglądaliśmy się jednostkom wpływającym do portu. Słuchajcie, jakie tam były morskie fury. Same mercedesy. Nasza Bavaria, to jak stara zużyta chabeta. Jachty takie, że Onasis by się nie powstydził. Nagle pojawił się w porcie prom. Jadrolinija miał napisane na burcie, znaczy, że lokalny tramwaj kursujący pomiędzy wyspami. Kawał statku, w porównaniu z łodziami czy żaglówkami. Sunął tak szybko, że mieliśmy wrażenie, że nie zdąży się zatrzymać i staranuje nabrzeże. Nagle załoga na dziobie  spuściła z góry wielkie balony. Jeden nich zwisał metr nad wodą na samym rancie dzioba. Siedzieliśmy niemal naprzeciw, ja już wstałem, byłem pewny, że statek zaraz wjedzie do naszej knajpy. Rycho odstawił swoje Ożujsko i wlepiał gały w dziób statku. Tymczasem statek jakby zwolnił, powoli przesuwał się do przodu, ogromny balon wiszący z przodu na dziobie już dosięgał do nabrzeża, statek już zaczął go dociskać, wgniótł go dziobem do dwóch trzecich objętości i…. się zatrzymał. Kolos na 5 pięter stanął przed nami oparłszy się tylko na wielkiej piłce. Turyści w doku byli pod wrażeniem. Ja sam nie kryłem zdumienia i podziwu. Tak delikatnie manewrować wielkim „czołgiem trzyosiowym”, potrafią tylko nieliczni  kierowcy w PKSie. Sam widziałem jak wjeżdżali potężną trzyosiówką w „mysią dziurę” i nawet nie drasnęli zderzaka. Wirtuozem trzeba się urodzić, a kapitan na tym promie na pewno do takich należał.

W kolejne dni plażowaliśmy na Bracu, trochę zwiedzaliśmy….. Aż wreszcie nadszedł ostatni dzień naszego rejsu. Tego dnia wiało porządnie i łódź na żaglach sama płynęła do portu. Miny mieliśmy nie wesołe. W sumie było super. Chorwacja znowu nie zawiodła, zawsze jest cudowna o każdej porze roku. Czy to z lądu, czy z wody, zawsze jest co oglądać i zachwycać się  jeszcze dzikim w wielu miejscach krajobrazem. Taki rejs to cudowna przygoda.

Mara mara, moi drodzy i pomyślcie o tym, by zrobić papiery na sternika.

Nie wiadomo co się w życiu przyda…

,