do bloga z przygodami kangura

URLOP W CHORWACJI

Pod koniec sezonu turystycznego w ubiegłym roku czułem się już bardzo zmęczony. Kiedy Celka pochwaliła się, że jedzie z rodziną na urlop do Chorwacji, to zaraz nadstawiłem uszu. W Chorwacji byłem kilka razy. Ostatni raz wiele lat temu, popłynąłem z Boogim i jego paczką w rejs po wyspach Adriatyku. Bardzo fajną przygodę wtedy przeżyliśmy i chętnie bym wrócił w tamte klimaty.

Jak usłyszałem od Celki o tym rodzinnym wyjeździe do Trogiru, to aż serce zabiło mi mocniej, ale nie dałem nic po sobie poznać. Celka jednak się zorientowała, bo powiedziała, że ma miejsce w samochodzie i jakbym bardzo chciał, to mogę z nimi jechać. No, wiecie, mnie, nie trzeba dwa razy powtarzać. Już poczułem ciepłe morze i rozleniwiające słońce. Celka tylko upewniła się, że  jej rodzina nie będzie miała nic przeciwko i klepnęliśmy umowę.

W dwa dni później, spakowałem swój lekko zużyty plecak. Gdyby babcia Dolores wiedziała, że jadę na urlop do Chorwacji, to pewnie znowu by mi kupiła piękną nową chińską walizeczkę. Nie, żebym miał coś przeciwko chińskim walizeczkom, ale jedna już mi kiedyś zepsuła pobyt w Rio.

Wieczorem o ustalonej godzinie do Dębowego Gaju zajechał ciemny samochód. Za kierownicą siedział Bob Budowniczy – mąż Celki ( tak go nazwałem, bo Celka wciąż powtarza, że jej mąż ciągle coś buduje i buduje, a dzieci się skarżą, że buduje dla wszystkich, tylko im nie chce domu wybudować.) Bob to świetny gość, więc już się cieszyłem, że sobie w drodze pogadamy. Na tylnym siedzeniu siedziały dzieci: Mirabelka i Daktylek. Obie zawinięte w koc, poprzypinane pasami, już słodko spały.

Czekała nas całonocna podróż. Przed granicą w Jakuszycach, Celka, tak właściwie pro forma, zapytała, czy mam dokumenty. No pewnie, głupie pytanie, ja – obieżyświat bez dokumentów… I nagle jakby piorun we mnie strzelił. Zobaczyłem scenę: kładę paszport na stół, zadzwonił telefon, poszedłem odebrać go w kuchni, zaraz potem przyjechało auto z rodziną Celki, zabrałem plecak z korytarza i wyszedłem z domu. O, kunapipi, nie zabrałem ze stołu paszportu. No, niemożliwe…  A jednak…            Cóż, musieliśmy się wracać do Dębowego Gaju. Kiedy już miałem paszport w plecaku, rozsiadłem się wygodnie w kącie na tylnej kanapie. Byłem prawie pewien, że teraz to już spokojnie dojedziemy do celu.

Wczesnym rankiem, na dworze jeszcze było ciemno, zatrzymaliśmy się na krótki postój gdzieś na południu Austrii. Młode dalej spały, rodzice wyszli z auta na kawę, ja też postanowiłem rozprostować kości. Po krótkim spacerze wróciłem do samochodu. Otworzyłem tylne drzwi i zdążyłem tylko zauważyć, że Celka przesiadła się do tyłu, gdy nagle rozległ się paniczny krzyk. Już wiedziałem, że to nie Celka. Kobieta darła się niemiłosiernie. Jedyne co zrozumiałem to kaaanguuuur. (Ten wyraz jest prawie identyczny w każdym języku.) No, tak się darła, jakby nigdy kangura nie widziała. Zrozumiałem od razu, że pomyliłem auta. Powiedziałem grzecznie Entschuldigung, bo tyle jeszcze po niemiecku potrafię i wycofałem się. Ale na tym się nie skończyło. Wrzask był tak głośny, że prawie wszyscy na całym parkingu słyszeli. Na szczęście Celka była blisko, złapała mnie za kołnierz, w ekspresowym tempie wrzuciła na tylnie siedzenie ich auta i z piskiem opon ruszyliśmy z tego  parkingu. Znów dałem plamę. Tym razem już obiecałem im, że się odwdzięczę, bo drugi raz w ciągu 12 godzin ratują mnie z opresji.

W końcu dotarliśmy do Trogiru. Dziewczyny wyspane, pełne energii, by zdobywać świat, Bob zmęczony podróżą, a Celka nerwowo szukała zamówionego apartamentu. Okazało się, że jest przy samej plaży, całkiem ładny i przestronny. Trudy podróży zostały wszystkim wynagrodzone. Rodzina się rozpakowywała, a ja wraz ze swoim plecakiem, przeszedłem przez centrum Trogiru, potem przez most i udałem się na otok Ciovo.

Pamiętacie Vladko Kovacevica, który był z nami w rejsie. To stary wilk morski, mieszkający na stałe na Ciovo. Zawsze mnie zapraszał do siebie, to też teraz,  postanowiłem skorzystać z zaproszenia i parę dni spędzić u niego. Miło się spotkać po latach. Vladko jak mnie zobaczył, to sławetna fajka wypadła mu z ust. „Astur, chłopie jak miło cię widzieć po latach.” Przywitał mnie i ogarnął niedźwiedzim uściskiem. „Nie wierzę własnym oczom” Vladko nie mógł się nadziwić, że to ja we własnej osobie, stoję przed nim. „Nada” zawołał do żony, „Przynieść no z ziemianki rakiję, musimy uczcić przyjazd naszego gościa”. Nada, całkiem postawna kobieta w wieku nieokreślonym, przyszła się przywitać. Ścisnęła mi łapę tak, że poczułem wszystkie kości. Oczywiście nie chciała mi zrobić krzywdy, ale miała taką krzepę, że och. Vladkowi tylko współczuć. Cały wieczór  gościliśmy się u Vladka, Nada jeszcze zrobiła porządną kolację i siedzieliśmy z Vladkiem na werandzie  do późnych godzin nocnych popijając rakiję.

. Morze było tak ciepłe i przyjemne, słońce grzało jeszcze dość mocno. No, żyć, nie umierać. Cały dzień byczyłem się na plaży, kąpiąc się w morzu i wygrzewając  w słońcu na przemian. Wieczorem znów z Vladkiem ucztowaliśmy. Tym razem Nada zrobiła pyszne chorwackie danie: coś z rybami, ryżem i warzywami. No mówię Wam pychota. Bukłak rakiji znowu pękł. Jakże się cieszyłem, że nie jestem u Kostasa w Kalambace, bo musiałbym pić z nim ouzo – brrr..  Po kilku dniach pobytu na Ciovo, które w zasadzie były stałe powielanym dniem świstaka, postanowiłem, że pora się pożegnać z gościnnymi Chorwatami i wrócić do Trogiru, do zaprzyjaźnionej rodziny.

 

Następnego dnia koło południa obudziłem się, Vladka ani Nady nie było już w domu. Postanowiłem pójść na plażę

Gdy dotarłem do ich apartamentu, wszyscy właśnie zaliczali sjestę poobiednią na plaży. Dorośli leżeli plackiem na materacach, a młode bawiły się przy rodzinnym legowisku. „O Astur, wróciłeś wreszcie, już się niepokoiliśmy o ciebie” – Celka otworzyła jedno oko, jak usłyszała ruch przy legowisku. „Mamo, tato, patrzcie, Kangurek Asturek wrócił do nas” Mirabelka zawsze potrafiła mnie rozbroić. „Ano jestem, a co u was słychać?” zapytałem grzecznie. Dziewczynki przekrzykiwały się jedna przez drugą, chcąc opowiedzieć mi ze szczegółami przebieg ostatnich kilku dni. Dla nich wszystko było nowe i pełne wrażeń. Ja z kolei raczej nie  chciałem się z nimi dzielić wspomnieniami z ostatnich dni, bo musiałbym albo nakłamać, albo trochę konfabulować, żeby się nie skompromitować.   Za to obiecałem im, a przede wszystkim rodzicom, że zaraz zabiorę je na nurkowanie w wodzie.

Radość była ogromna. Celka i Bob wyrazili swoją aprobatę, mogłem zabrać dziewczynki i przygotować na początkowe nurkowanie. Nic się nie bójcie, kangury świetnie pływają i nurkują, a my dzieci z Ranczo, dzięki wujkowi Frankowi, umiemy to robić perfekcyjnie. Zabraliśmy maski z rurkami i po krótkim instruktażu, zaczęliśmy oglądać przybrzeżny podwodny świat. Zajęło nam to ponad dwie godziny, ale zarówno Mirabelka jak i Daktylek były przeszczęśliwe.

Wieczorem zrobiliśmy ucztę. Vladko dał mi ryby do podsmażenia na grillu. Od Nady dostałem bańkę oliwy z oliwek, tłoczonej na zimno. Taką tłoczarnie ma rodzina Nady mieszkająca w górach i od lat zaopatruje ich w oliwę. Oj, działo się do późnego wieczora. Daktylek padł pierwszy, a Mirabelka wytrzymała pół godziny dłużej. Umęczyłem dzieci, aż wreszcie poszły spać. Bob Budowniczy i Celka byli bardzo zadowoleni z pobytu. Pogoda dopisywała, w ciągu dnia zażywali morskich kąpieli, a wieczorem korzystali z długich spacerów.

Zostały jeszcze dwa dni do powrotu. Musiałem spełnić im swoje obietnice. Następnego dnia wydawało się, że dzień będzie dość pochmurny, więc zabrałem ich do mariny w Trogirze, aby pokazać skąd zaczynaliśmy nasz sławetny rejs po Adriatyku. Akurat na nabrzeżu stała przycumowana nasza Bawaria – 17, którą pływaliśmy. Ale miałem szczęście. Od razu ją rozpoznałem, bo miała  na dziobie w górnej części, duży uszczerbek na rancie burty. Poza tym fok był w kolorze pomarańczowym, co bardzo rzadko zdarza się na jachtach. Opowiedziałem im nasze przygody na rejsie. Nie dało się oczywiście powiedzieć wszystkiego, raz że czasu mało, dwa że dzieci słuchają. A nie były to opowieści dla małolatów. Zresztą Celka już znała te moje historie.

Potem zrobiło się tak gorąco, że zamiast do Starego Trogiru, zabrałem ich na dziką plażę. To aż niewiarygodne, w środku sezonu, na obrzeżu Trogiru, jest mała zamknięta z trzech stron plaża, gdzie nie ma żywej duszy. Można się kąpać w stroju kąpielowym lub bez. Nikogo nie ma i nikt cię nie obserwuje i nie ocenia. Cieszę się, że ich tam zabrałem, bo zobaczyli, że kąpieliska w Chorwacji mogą być całkiem inne od tych, z których wszyscy korzystamy.

Potem udaliśmy się do historycznej części miasta, aby pokazać im to co najbardziej wartościowe. Obejrzeliśmy twierdzę Kamerlengo, pospacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, piękną promenadą, oglądając wspaniałe morskie fury zacumowane przy brzegu. Niektóre tak wypasione, że sam Onasis by się nie powstydził takiego jachtu. Bob nie mógł się napatrzeć na ten jachtowy luksus. Takie były bryki, że życia braknie,  by na nie zarobić, a co dopiero je utrzymać. Ale cóż, kto bogatemu zabroni. Cieszyliśmy oczy tym high lifem, aż w końcu  Celka racjonalnie skomentowała. „Doceńmy to co mamy” dodając, że ich auto wcale nie jest takie ostatnie.

Na koniec zaciągnąłem ich na Plac Katedralny przy bazylice św. Lorenza i tam zaprosiłem do jednej z kafejek. Usiedliśmy na schodach, na specjalnie przygotowanych dla gości poduszkach. Przyszedł kelner i przyjął zamówienie. Dziewczyny, co można się było spodziewać, zamówiły największe porcje lodów. Dostały olbrzymie, bajecznie kolorowe, kręcone kule. Daktylek, aż się ugiął pod ich ciężarem. Patrząc na to Celka już nic nie chciała, bo wiedziała, że więcej jak połowę lodów będzie musiała zjeść za córkę. Natomiast ja z Bobem Budowniczym, nie bacząc na nic, zamówiliśmy po dużym kuflu zimnego jasnego Ożujska.  I więcej szczęścia facetom nie było potrzeba w to gorące popołudnie.

Ostatni dzień spędziliśmy razem w Szybeniku. To bardzo ładne miasteczko z Twierdzą św. Mikołaja górującą nad miastem. Obeszliśmy całą Starówkę. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy kościele św. Jakuba. Pokazałem im głowy mieszczan umieszczone na gzymsach kościoła. Każda płaskorzeźba jest inna, każda wzorowana na innym mieszkańcu. Obeszliśmy dookoła kościół ze dwa razy, szukając swojej podobizny. Ja swojej oczywiście nie szukałem, bo wiadomo, że nikt z kangura miary by nie brał…. Ale młode zawzięcie szukały podobizn mamy i taty.

Na koniec dnia jeszcze wróciliśmy do naszego apartamentu. Ostatnia kąpiel w morzu,  ostatni wypoczynek na plaży. Powrót zaplanowany był, tak jak poprzednio. Wyjazd z Trogiru na autostradę i nocna jazda, prosto na północ, do Polski.

Ja udałem się jeszcze na drugi spacer. Chciałem pożegnać się z morzem. Wiedziałem, że jak wrócę w góry, to długo nie będę morza widział. Doszedłem plażą do dzielnicy ekskluzywnych hoteli. Normalnie to bym w ogóle się nie rozglądał, bo co mi tam, Vipem nie jestem i nie szukam towarzystwa z górnej półki. Ale tym razem coś ściągnęło mój wzrok. Najpierw nie bardzo wiedziałem, co mnie tak zaintrygowało, aż wreszcie dotarło do mnie, że na wprost mnie, na leżaku, przykryte ręcznikiem są kangurze stopy.

No, wybaczcie, ale ile kangurów może opalać się w Chorwacji przed  5 gwiazdkowym hotelem? Na myśl przyszła mi moja ciotka Lisa. Ale zaraz, ona już chyba odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. No to kto? Nie, chyba nie… Ale spróbuję…

O, kunapipi !  – krzyknąłem nagle. Wiedziałem, że jeżeli się nie pomyliłem, to zaraz ręcznik odchyli się i prawda wyjdzie na jaw. I nie pomyliłem się. Z leżaka poderwała się moja krewna, czyli najmłodsza siostra mojego taty, ciocia Bonita. „Astur, czy ja dobrze  widzę? Czy to naprawdę ty?” Ciocia  nie mogła uwierzyć, ja zresztą też.

„Tak ciociu, to ja, we własnej osobie”. I choć ciocia Bonita nigdy nie była wylewna, to padliśmy sobie w ramiona. Tak dla przypomnienia powiem tylko, że ciocia Bonita, to ta siostra taty, która wyjechała do Hiszpanii, by na uniwersytecie w Barcelonie uczyć angielskiego, a przy tym jeszcze kilku innych języków. Nie widziałem jej już dość długo, dlatego też nagadać się nie mogliśmy. Okazało się, że ona przyjechała, oczywiście sama, do Chorwacji, aby trochę odpocząć i przede wszystkim zobaczyć ten piękny kraj. Jej wakacje  już się kończą, ale miała w planie jeszcze zobaczyć Dubrownik i za kilka dni stamtąd samolotem wrócić do Barcelony.

Gdy się dowiedziała, co ja tu robię i że w nocy już opuszczam już Chorwację, zaczęła  mnie usilnie namawiać, abym z nią pojechał do Dubrownika. Wiecie, mnie nie trzeba długo prosić. Ja, tak jak moja ciotka Lisa, korzystam z każdej nadarzającej się okazji, która, już może się w życiu nie powtórzyć. Oczywiście się zgodziłem, miałem jeszcze parę dni wolnego, więc lepiej je spędzić tu, niż samemu w Dębowym Gaju.

Szybko pobiegłem z powrotem do  naszego apartamentu. Rodzina już prawie spakowana, dziewczyny jeszcze ostatnie muszelki upychały do auta, Celka jeszcze wymiatała miotłą z apartamentu resztki pobytu, a Bob Budowniczy już czekał w blokach startowych. Szybko poinformowałem ich, że zostaję jeszcze na kilka dni, bo spotkałem swoją ciocię Bonitę i jadę z nią do Dubrownika, a  stamtąd wrócę już do domu. Chyba do końca mi nie uwierzyli. Jak to możliwe, by na chorwackiej plaży spotkały się dwa australijskie kangury i to jeszcze z jednej rodziny. Przypadek jeden na milion. A jednak….

Pożegnałem się ze wszystkimi. Młode się rozmazały, chyba mnie polubiły. Taki dziwny wujek dla nich byłem. Daktylek dał mi na pamiątkę swoją największą, znalezioną na plaży, muszlę. To wielki dla mnie zaszczyt. Mirabelka tak mi się uwiesiła na szyi, że rodzice nie mogli jej ode mnie oderwać. To miłe, bo rzadko mam z dziećmi do czynienia, ale to tylko znaczy, że się sprawdziłem. To mnie bardzo cieszy. Już niedługo zaangażuję się w pracę z dziećmi na stałe i taka, choć krótka, przygoda z młodymi, to dla mnie wspaniała lekcja życia. I podobało mi się też jak mówiły do mnie – kangurek Asturek. Tak, dla dzieci mogę być kangurkiem Asturkiem, dla bliskich przyjaciół też, ale dla reszty….kangur Astur.

Pożegnałem się w końcu z rodziną, pomachałem im na drogę, życząc spokojnej podróży do domu, a sam zabrałem swój plecak i wróciłem do vipowskiego hotelu cioci Bonity. Nazajutrz miałem razem z nią pojechać do Dubrownika.

Ale czy pojechałem?  I co się wtedy wydarzyło?

Opowiem Wam następnym razem.

 

Tymczasem mara mara i do następnego….

 

 

ŚWIĘTA GÓRA ULURU W AUSTRALII

Pamiętacie moją ciotkę Lisę, kiedy to po wypadku lotniczym w Szkocji, po śmierci swojego męża, wróciła na Ranczo, by nabrać sił i dojść do siebie, po  traumatycznych wydarzeniach. Byłem wówczas na tyle duży, że rozumiałem ją i pamiętam, jak jej współczułem, kiedy tak siedziała smutna i patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem. Dziadek Max pocieszał swoją siostrę jak mógł, ale nie  potrafił wzbudzić uśmiechu na jej twarzy.

Pewnego dnia pojawił się na Ranczo stary Aborygen. Zwykle przychodził do dziadka, zamykał się z nim i długo rozmawiali. Tego dnia jednak przyszli na werandę do ciotki, która  kolejny dzień siedziała na bujanym fotelu i patrzyła w  dal, nie odzywając się do  nikogo. Dziadek opowiedział swojemu Druhowi, co się wydarzyło w życiu ciotki i prosił starego Aborygena, by pomógł wrócić jej do świata żywych.

Stary Druh spojrzał na  Lisę i stwierdził, że wie jak jej pomóc. Pamiętam, że ciotka nie wykazywała żadnego zainteresowania, była bardzo nieobecna i chyba nie chciała żadnej pomocy. Dziadek jednak  bardzo nalegał i ciotka wysłuchała go w końcu. Aborygen powiedział tylko jedno zdanie. „Pójdziemy do Świętej Góry Uluru, tam dostaniesz pomoc.”

Następnego dnia dziadek i Ciotka Lisa przygotowywali się do wyruszenia w  podróż w głąb Interioru Australii do najważniejszego miejsca kultu Aborygenów. Przyglądałem się temu z wielkim zaciekawieniem. O tym miejscu słyszałem już kilka razy. Nikt z naszej rodziny nigdy tam nie był, tylko stary Aborygen nie raz opowiadał dziadkowi o tym miejscu. Miałem ogromną ochotę pójść z nimi  na tę wyprawę, ale bałem się prosić o to  dziadka. Kręciłem się cały zaś koło nich, aby dowiedzieć się jak najwięcej.

W końcu  stary Aborygen podszedł do mnie i sam powiedział „Ty Asturze, musisz iść z nami. Przed tobą ogromna misja do spełnienia, ale musisz dostać wsparcie, energię życia, która będzie cię wiodła przez zakręcone ścieżki twojej drogi” a do dziadka szepnął „Max spakuj chłopaka, idzie z nami” Rodzice nie protestowali, wiedzieli, że skoro Stary Druh tak zadecydował, to znaczy, że tak ma być.

Wyruszyliśmy skoro świt: Stary Aborygen, ciotka Lisa, dziadek Max i ja. Musieliśmy pokonać prawie 2800 km , aby dotrzeć do Świętej Góry Uluru. Nie wiedzieliśmy co nas będzie czekać po drodze, ale wszyscy ufaliśmy Staremu Druhowi i byliśmy pewni, że w jego towarzystwie nic złego nie może nam się zdarzyć. Jechaliśmy jeepem głównymi drogami. Dziadek Max prowadził auto praktycznie bez przerwy. Stary Aborygen siedział koło niego, ale w zasadzie się nie odzywał. Ciotka Lisa siedziała ze mną na tylnym siedzeniu. Co kilka godzin robiliśmy  przystanki, dziadek odpoczywał, posilaliśmy się i dalej ruszaliśmy w drogę.

Gdy dotarliśmy do Alice Spring był środek nocy. Znaleźliśmy hotel, który użyczył nam pokoi na spoczynek. Przespaliśmy się  i rano ruszyliśmy w dalszą podróż. Minęliśmy miejscowość Yulara i w końcu dotarliśmy do małej wioski. Auto zostało na obrzeżu, a my poszliśmy w kierunku domostw. To była wioska Aborygenów. Stary Druh prowadził nas tak, jakby znał tam wszystkie ścieżki. Ciotkę Lisę zaprowadził do chaty, przed którą stała stara Aborygenka. Gestem dłoni zaprosiła ją do środka. I ciotka Lisa popychana przez Starego Druha zniknęła za ciężką zasłoną powieszoną przy wejściu do chaty.

My zaś poszliśmy dalej. Dopiero przy którejś z kolei chacie, zatrzymaliśmy się i weszliśmy do środka. Okazało się, że chaty należą do mężczyzn i kobiet. Ciotka musiała być w towarzystwie Aborygenki, natomiast my trafiliśmy do chaty, w której mieszkał ktoś ważny w wiosce. Stary Druh przywitał się z nim i krótko mu o nas opowiedział. Zdawało się, że nasz gospodarz już wcześniej wiedział o nas wystarczająco dużo. Przywitał się z nami, a potem wyciągnął długą trąbitę z wydrążonego przez korniki drzewa eukaliptusowego nazywaną przez Aborygenów didgeridoo i zagrzmiał głosem niskim i przeciągłym. Wystraszyłem się wówczas, nie spodziewając się takiego ryku wewnątrz chaty.

Usiedliśmy w centralnej części wokół paleniska, w którym jarzyły się jeszcze drwa. Gospodarz zapalił długą fajkę, potem przekazał ją naszemu Aborygenowi, który zaciągnął się mocno  i na końcu podał ją dziadkowi Maxowi. Palili w milczeniu.

Wszystkie legendy Aborygenów muszą być  wysłuchane w stanie sennego marzenia, stanu, który jest najbardziej korzystny do słuchania i odbioru  wszelkiego rodzaju objaśnień historii z odniesieniem do dnia dzisiejszego. Należy duchowo przenieść się do  Alcheringi czyli Czasu Snu i porozumieć się z duchami, aby móc wszystko dokładnie zrozumieć. Wprowadziwszy nas w taki stan, nasz gospodarz odezwał się najpierw w języku Aborygenów, potem już mówił tylko po angielsku. Zapoznawał nas z magicznym światem  mitologii Aborygenów, historii sięgających wiele tysięcy lat. Opowiadał nam historie z początku powstania świata z epoki Czasu Snu. Tak Aborygeni określają okres, w którym zaczął tworzyć się świat. Opowiadał o religii związanej z naturą i ziemią. Usłyszeliśmy o  Matce Ziemi, której duchy przodków, odgrywający wówczas główną rolę, nadały obecny kształt, a potem stworzyły wszystkie elementy związane z naturą: ciała niebieskie, faunę i florę oraz swoich potomków. Wszystko to działo się w epoce Czasu Snu. To wówczas Kunapipi – duch, matka, patronka wielu ówczesnych bohaterów miała ogromną moc i czuwała nad wszystkim, co powstawało. To ta sama Kunapipi, którą babcia Dolores wzywała, gdy jej się coś nie udawało. Oo ! kunapipi ! – mówiła wówczas

Takie same legendy musiała wysłuchać ciotka Lisa. No może nie takie

same, tylko te przeznaczone dla kobiet.U Aborygenów jest tak, że mężczyźni  opowiadają  legendy dla mężczyzn, a kobiety opowiadają legendy przeznaczone dla kobiet.

 

Wysłuchawszy dość długich opowieści gospodarza, które miały nas przygotować na spotkanie w świętym miejscu, udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia, jeszcze przed  świtem, opuściliśmy chaty, w których nocowaliśmy i udaliśmy się w pieszą pielgrzymkę prosto pod górę Uluru. Gdy wychodziliśmy z wioski, spotkaliśmy ciotkę Lisę, szła w towarzystwie starej Aborygenki. Ciotka wydawała się jakaś  inna. Tak jakby przez  noc nastąpiła już w niej  przemiana. Pobyt w chacie z Aborygenką pozwolił jej zapomnieć o swoim nieszczęściu. I to było widać na jej twarzy.

Wędrówka piesza trwała  ponad dwie godziny, ale gdy dotarliśmy do celu, naszym oczom ukazał się cudowny widok. W promieniach wstającego słońca wyłoniła się góra w kolorze miedzianym mieniącą się wszystkimi odcieniami złota i czerwieni. Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego, fakt, że jeszcze niezbyt długo żyłem na tym świecie. Góra Uluru, w tubylczym języku Aborygenów Anandu nazywa się Oolora – czyli najważniejszy punkt na ziemi, miejsce powstania świata, miejsce spotkań z duchami praprzodków. Pod względem geologicznym, jest to monolit skalny o wysokości ok. 300 m n.p.m. i ok. 8 km w obwodzie.

Gdy słońce było już dość wysoko, wokół góry zaczęli zbierać się turyści, schodzili się ze wszystkich stron. Zaczęło robić się tłoczno. Niestety nie wszyscy potrafili uszanować święte miejsce Aborygenów. Dla niektórych przybyłych, Uluru, to tylko góra w środku Australii, miejsce na piknik, na uprawianie wspinaczki – ot, jedna z wielu atrakcji na Antypodach. Aborygenom serca płakały, gdy patrzyli na to, jak  turyści  zadeptują ich święte miejsce.

Wtedy, gdy my byliśmy pod Uluru, nie było jeszcze zakazu wchodzenia na szczyt. Obecnie rząd Australii ustanowił Park Narodowy Uluru i Kata Tjuta obejmujący Świętą Górę Uluru oraz położoną ok. 30 km dalej, grupę skalną Kata Tjuta, co w języku Aborigenów oznacza wiele głów. Faktycznie jest tam ponad 30 monolitów skalnych. Do Parku wchodzi się z przewodnikiem i najczęściej są to Aborygeni posiadający uprawnienia do oprowadzania turystów po Parku Narodowym. Obecnie już nikt nie spaceruje po górze, nie wspina się na nią. Wszyscy starają się szanować to miejsce i patrzeć na nie z wielkim szacunkiem. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ale wracając z wyprawy po Parku Narodowym Uluru i Kata Tjuta w dobrym guście jest przywieść koszulkę z napisem „I did not climb the Uluru rock”, aniżeli zdjęcie zrobione na szczycie góry.

Zaczęliśmy powoli się zbierać. Nasz przewodnik zaprowadził nas jeszcze do jaskini z południowej strony. Kazał nam wszystkim tam wejść i przez dłuższą chwilę głęboko wdychać powietrze z wnętrza jaskini oraz dotykać ich ścian.

Dla Aborygenów ważna jest równowaga. Żadna z sił, żadne z uczuć, czy emocji nie może przeważać nad drugim. Dopiero gdy uzyska się równowagę, wówczas odzyska się spokój. Do tego dążył nasz aborygeński przewodnik.

Na mnie wszystko to robiło ogromne wrażenie. Nie miałem do tej pory styczności z Aborygenami, ich wierzeniami, duchowością. Jedyny Aborygen, jakiego znałem, to Stary Druh, przyjaciel dziadka, ale i z nim nie miałem wiele do czynienia. Ciotka natomiast, choćby z faktu, że żyła dłużej na świecie niż ja, miała większe doświadczenie w obcowaniu z Aborygenami. Szanowała ich kulturę i religię.

W drodze powrotnej do domu, żartowała, dużo mówiła, opowiadała mi o swoich podróżach. W pewnym momencie poprosiła dziadka, żeby się zatrzymał, bo ona chce pokierować autem. Wracaliśmy na Ranczo we trójkę, Stary Druh pozostał w wiosce Aborygenów. Mówił, że musi jeszcze pozałatwiać parę ważnych spraw. Na pytanie jak wróci do domu, powiedział, żebyśmy się o niego nie martwili. Właściwie to i tak nikt z nas  nie  wiedział, gdzie jest jego dom.

Jakie były moje odczucia po wizycie na Świętej Górze Uluru? Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta góra, choć byłem wtedy jeszcze młody, żeby wszystko zrozumieć. Dziś już wielu rzeczy nie pamiętam. Jedno jest pewne, ta góra ma w sobie moc, jest tam tyle nagromadzonej dobrej energii, że można by nią obdzielić pół Australii. Cokolwiek się tam zdarzyło, to energia promieniuje do dnia dzisiejszego. Jest jak dobre źródło, z którego można czerpać wodę żywą.

Mojej ciotce wizyta na Uluru bardzo pomogła. Otrząsnęła się z marazmu po śmierci męża w wypadku lotniczym, z którego ona wyszła niemal bez szwanku. Dostała taki zastrzyk energii do życia, że po naszym powrocie, spakowała swoje rzeczy i wyjechała do Sydney, gdzie miała dom i pozostawione interesy. Zajęła się porządkowaniem biznesu po mężu, wynajmem kamienicy i wieloma drobnymi sprawami. Z pewnością wróciła do świata żywych. Wizyta w wiosce Aborygenów, rozmowa że starą Aborygenką, a także udział w rytuałach tubylczych, zmienił jej nastawienie do życia.

Dopiero po kilkunastu latach, odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości, pogodzona z losem. Cały swój majątek, który pozostał jej po dwóch mężach, pozostawiła naszej rodzinie na Ranczo. Mój tato otrzymał dom, kamienicę, udziały w firmie przewozowej jej męża, natomiast mnie pozostawiła wszystkie swoje aktywa i lokaty bankowe. Zawsze wiedziałem, że byłem jej ulubieńcem. Ale ja też ją bardzo lubiłem i szanowałem. To była siostra dziadka Maxa, dla mnie taka babcia-ciocia, której rady, sposób bycia,  niosły mnie przez życie i dawały niejednokrotnie poczucie, że wszystko co robię, to robię dobrze. Teraz  z perspektywy czasu, myślę że wizyta na Świętej Górze Aborygenów umocniła mnie w przekonaniu, że nie jestem takim zwykłym  kangurem, ale właśnie takim wyjątkowym, którego życie to misja do spełnienia i ja każdego dnia staram ją wypełniać.

 

ALPAKI Z „ALPAKA SUIT”

Z Alpakami miałem już do czynienia. Kiedyś, dawno temu, wybrałem się do Peru na zaproszenie turysty, dobrego znajomego – Jorge, który był na wycieczce w Nowej Zelandii, podczas gdy ja tam pracowałem. Przez tydzień  pobytu w Kaiteriteri nad Zatoką Tasmana, Jorge zaprzyjaźnił się ze mną, choć byłem od niego dwa razy młodszy. Jorge miał hodowlę alpak w peruwiańskich Andach. Opowiadał o tych alpakach non stop i niejednokrotnie zapraszał mnie do siebie. Kiedyś skorzystałem z okazji  i pojechałem do Peru. Odnalazłem jego farmę, przeżyłem tam wspaniałe chwile. U Jorge poznałem seniora alpaczego, głowę rodu – Liama oraz całą alpaczą rodzinę. Alpaki były wspaniałe, zaprzyjaźniłem się z nimi, a szczególnie z Liamem seniorem – ojcem większości alpak w stadzie. Opowiem Wam o tym pobycie w Peru przy innej okazji.

Gdy usłyszałem, że ekipa z biura wybiera się odwiedzić alpaki, nie mogłem się doczekać wyjazdu. Cieszyłem się jak dziecko na myśl o poznaniu nowych, wspaniałych alpak. Tych słodkich mordek nie zapomina się szybko.

Na miejscu przywitała nas Justa i po krótce przedstawiała profil działalności  firmy „Alpaka Suit”. To co usłyszałem

, trochę mnie zdziwiło, bo nastawiałem się na hodowlę alpak podobną do farmy Jorge w Peru. Tymczasem okazało się, że to zupełnie inna bajka. To nie farma hodowlana, tylko szeroko znana  firma projektująca i wytwarzająca stroje dla alpak. I to nie tylko z ich własnej wełny, ale z różnych produktów naturalnych.  Justa – naczelna projektantka mody alpaczej, projektuje stroje dla alpaczych modelek: ubiory całkiem eleganckie, niektóre zabawne, czasem bardzo awangardowe. Potem sztab specjalistów je wykonuje, z myślą o konkretnych modelkach. Następnie młody, utalentowany, światowej sławy fotograf Lexus robi zdjęcia, które są wysyłane do hodowli alpak na całym świecie. Modele, które najbardziej spodobają się hodowcom są zamawiane w „Alpaka Suit”, potem wykonywane i wysyłane w świat. Biznes się kręci. O takiej firmie to ja jeszcze nie słyszałem, Jorge by się pewnie zdziwił.

Ale cóż, każdy pomysł  jest dobry, byleby przynosił efekty. Wcale nie twierdzę, że to nie jest pomysłowe czy niepotrzebne. Jest po prostu innym spojrzeniem na świat alpak. I to się liczy.

Nie mogłem już wysiedzieć w sali konferencyjnej i doczekać końca prezentacji, tak bardzo chciałem zobaczyć modelki i tego słynnego fotografa. Justa jednak chciała pokazać nam na rzutniku portfolio Lexusa. No, mówię W

am takich zdjęć, to ja w życiu nie widziałem. Istne cuda. Gdybym był fachowcem w tej dziedzinie, to zamówiłbym wszystkie stroje, a przede wszystkim to te  modelki. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, szczególnie w śnieżnobiałej Buni.

Pierwszy pobiegłem na wybieg. Okazało się, że przyjechaliśmy w bardzo dobrym czasie, bo Lexus właśnie przygotowuje modelki do wiosennego sezonu i jest w trakcie sesji zdjęciowej. Justa co prawda mówiła o tym, ale ja zaaferowany modelkami, nie skojarzyłem faktów.

Lexus, poznałem go od razu,  był w swoim żywiole. Biegał z aparatem, sprawdzał światło, ustawiał modelki. Zdjęcia robił w plenerze i słusznie, bo pogoda była piękna, sceneria też była wspaniała, a te modelki…. Podszedłem bliżej, żeby dojrzeć gdzieś Bunię. „ Zabierzcie mi stąd to indywiduum, bo mi światło zasłania ” nagle krzyknął Lexus do ochrony, pokazując na mnie palcem. „ Zaraz, zaraz, nie jestem żadne indywiduum” powiedziałem „Nazywam się Astur Romer i jestem kangurem z Australii” hardo wypiąłem klatę piersiową. „ Haha” – zaśmiał się Lexus i dodał –  „ A ja jestem alpaka z Peru. Różnic

a jest między nami taka, że ja tu jestem spec od reklamy i robię zdjęcia, a ty mi tu przeszkadzasz, więc spadaj stąd i to już”

No cóż, poniekąd miał rację, ale nie dam się tak traktować i to w obecności modelek. „ A ty ważniaku, naprawdę jesteś z Peru, a nie z Koziej Wólki?” – ciągnąłem tę dyskusję tylko po to, by w końcu zobaczyć Bunię w akcji. „Tak samo jak ty z Australii mądralo” – odciął się Lexus „Moja rodzina pochodzi w wysokich Andów w Peru z okolic Macusani, głąbie, a mój dziadek to  głowa rodu hodowli Estancia Almacayo” dodał wyniośle Lexus „ A ty, nawet nie wiesz, gdzie jest Peru” podsumował swój wywód.

No tego, to już było za wiele. Jeszcze mnie obraża ten picuś glancuś. Ja mu zaraz pokażę… I nagle dotarły do mnie ostatnie słowa Lexusa i żarówka mi się zapaliła w głowie. Oh, kunapipi, przecież Estancia Almacayo to ta hodowla, w której ja swego czasu byłem u Jorge Barredy  na jego osobiste zaproszenie do Peru. A ten jego samiec alfa to przecież Liam, czyli Lexus to potomek Liama. O ludzie, jaki świat jest mały. No tego się nie spodziewałem, przyjeżdżając tutaj. Najpierw chciałem nosa utrzeć temu picusiowi z zawiązaną różową chusteczką na szyi, ale jak się zorientowałem z kim mam do czynienia, to zmieniłem taktykę.

„Ty, Lexus, dobrze wiem gdzie jest Peru i nawet tam byłem, a twojego dziadka poznałem i nawet

się z nim zaprzyjaźniłem „Majaczysz kangurku, chcesz mnie udobruchać? Czy podobają ci się moje modelki?”

Ależ irytujący jest ten Lexus – pomyślałem, ale powiedziałem tylko „ Twój dziadek to Liam, szanowany alpaka w hodowli Estancia Almacayo – senior rodu, a mama twoja to pewnie Merida?” Nagle Lexusa jakby piorun uderzył w ten jego czupurny przylizany brylantyną łeb. Stanął jak wryty na sam dźwięk imienia dziadka i mamy i tylko krzyknął do modelek „ Dziewczynki, mamy przerwę na kawę – pół godziny, idźcie przypudrować noski” a do mnie powiedział tylko „ Mam tu mały apartament, chodź ze mną, chyba musimy pogadać” Nie sprzeciwiałem się, choć wolałbym popatrzeć  na Bunię, niż gadać z tym arogantem.

 

Przegadaliśmy 2,5 godziny. Na początku stęsknione modelki wołały pod oknem „Lexiu, czekamy na ciebie”, a gdy Lexus kilka razy je ofuknął, przestały go wołać i uznały, że sesja fotograficzna na dziś zakończona. Okazało się, że z Lexa całkiem fajny gość, choć wielki pozorant. Chcąc mieć wzięcie u modelek, udaje takiego peruwiańskiego macho, żeby czuć się ważniejszym i bardziej lubianym celebrytą. Może to zabrzmi śmiesznie, ale w każdym stadzie musi być taki celebryta Lexus, wtedy wszystkie osobniki znają swoje miejsce i stado jest spełnione.

W końcu moja ekipa mnie wywołała do tablicy, bo czas było wracać. Pożegnałem się z Lexusem, pomachałem modelkom, niestety Bunia mi tylko przemknęła przed oczami. Nie zdążyłem się z nią zaprzyjaźnić, a szkoda.  Ale nic straconego, jeszcze tu wrócę. Mam pewien plan, a jak wypali , to wszyscy na tym skorzystają.

Już w samochodzie wyciągnąłem telefon,  napisałem krótką wiadomość na what’apie do Jorge w Peru, u którego gościłem swego czasu. Szybko dostałem wiadomość zwrotną. „Drogi Asturze, nasz nieodżałowany papa Jorge Barreda odszedł od nas trzy lata temu, jeżeli mogę Ci w czymś pomóc służę uprzejmie. – Julio – syn Jorge Barredy.” „ Witaj Julio, miło Cię słyszeć, bardzo mi przykro z powodu odejścia ojca, wieczorem napiszę do Ciebie maila i wszystko Ci wyłuszczę. Proszę rozważ tę propozycję w gronie rodzinnym, pozdrawiam całą rodzinę i również mojego przyjaciela – starego Liama, jeżeli jeszcze noszą go po farmie jego cztery kopyta.” Astur Romer”

Wieczorem napisałem maila do Julio, opisując mu dzisiejszą wizytę i spotkanie z Lexusem. Opisałem szczegółowo czym się tu zajmuje, gdzie jest zatrudniony i co robi firma „Alpaka Suit”. Wysłałem też parę fotek modelek w strojach „hande made by Justa” . Po kilku dniach dostałem odpowiedź potwierdzającą. Moja radość była ogromna. Udało się… prawie skakałem z radości. Szybko ściągnąłem od Studni telefon do Justy, po to by osobiście jej przekazać dobrą nowinę.

„Halo Justa, tu mówi Astur Romer, byłem z ekipą u Was parę dni temu, a cieszę się, że mnie zapamiętałaś. Posłuchaj załatwiłem Wam kontrakt na ubrania i dodatki dla alpak w Peru – twojego  projektu i wykonania waszej firmy. Za parę dni zgłosi się do was menager hodowli Estancia Almacayo w Peru i ustali warunki. Oni są zainteresowani ogromną dostawą, bo mają kilka tysięcy sztuk alpak w swojej hodowli  i sprzedają je za granicę. Są również zainteresowani sprowadzeniem Lexusa do hodowli, aby porobił profesjonalne zdjęcia ich samicom. I co Ty na to ?” W słuchawce nie słyszałem nawet szmeru, Justa chyba nabrała powietrza i nie była  w stanie go wypuścić. Po chwili dotarł do mnie prawie szept „ Astur ty sobie  żartujesz ze mnie, prawda ?” „Justa, nie, naprawdę nie, sama zobaczysz jak Julio Barreda się z tobą skontaktuje.”  I tak to zostawiłem, a sam  się uśmiechnąłem do siebie.

Znowu zrobiłem coś dobrego dla innych, tak jak to było mi pisane…

POBYT W KALKUCIE

Amy – moja młodsza siostra, zaprosiła mnie do siebie do Paryża. Tak to się nazywało – zaproszenie. A w praktyce, to ona miała się przeprowadzać do nowego lokum i potrzebowała pomocy. A kto jak nie brat mieszkający na drugiej półkuli świata, pomoże siostrze. Tak więc zabukowałem bilety lotnicze. Od nas z Ranczo trzeba poświęcić prawie trzy dni, aby dotrzeć do Europy. Najpierw samochodem do Brisbane, potem lokalnymi liniami do Sydney lub Melbourne, lot Quantasem z przesiadką gdzieś w środku świata ( Azja lub Półwysep Arabski ) i jeszcze sporo godzin lotu i już jestem  w Paryżu. W międzyczasie oczekiwanie na lotniskach na połączenia, co nam daje średnio ok. 72 godziny w podróży. Dla mojej siostry jest to prostsze niż zwołanie chłopaków z dzielnicy do pomocy przy przeprowadzce. Ale czego się nie robi dla siostry.

Tym razem miałem przesiadkę w Kalkucie. Zanim wyleciałem z Australii, to mama i babcia Dolores przygotowały paczkę dla Amy z tzw. lokalnych produktów. Nie wiem, co one tam powkładały, ale waliza ważyła ponad 20 kg. Niestety, nie udało mi się wymigać od jej zabrania. Tato stwierdził, że przecież nie muszę się nią w ogóle przejmować, bo nadam walizkę w Brisbane, a odbiorę na lotnisku Charle’a de Gaulle’a w Paryżu. No w zasadzie tak powinno być, ale czy tak będzie? Miałem już tyle doświadczeń z lotniskami i bagażami, że zawsze podchodziłem do tego z dużą rezerwą niepewności. Najlepiej się czułem jak miałem koło siebie tylko swój wysłużony plecak.

Loty do Indii przebiegały bez zakłóceń. W Indiach miałem 6 godzin przerwy. Zastanawiałem się podczas lotu z Sydney, co będę robił przez tyle czasu. Sytuacja bardzo szybko się wyjaśniła po przylocie na lotnisko do Kalkuty. Na wszystkich możliwych tablicach informowano podróżnych o strajku pracowników Air France w Paryżu i odwołaniu wszystkich lotów do i z Paryża.

No, to miałem swój szczęśliwy dzień. Wiedziałem, że coś się zdarzy, jakbym przeczuwał przez skórę. W informacji powiedziano mi: trzeba czekać, na razie nic nie wiemy. I myślicie, że to była odpowiedź na którą czekałem? Nie, z pewnością, nie. Adrenalina już mi podskoczyła do góry. Pierwsze co, to napisałem smsa do Amy, że utknąłem w Kalkucie. Po otrzymaniu zwrotnej odpowiedzi, ciśnienie mi jeszcze bardziej podskoczyło. Amy odpisała mi „ No, ty to się umiesz urządzić, a co ja mam zrobić ? Jutro mam przeprowadzkę” Nie odpisałem jej już nic, bo musiałbym użyć niecenzuralnych słów, a tego nie chciałem. Kocham moją siostrę bardzo i dałbym się pokroić za nią, ale czasami nie mogę zrozumieć babskiego toku myślenia. No cóż, odłożyłem sprawę na potem.

Od bardziej kumatej osoby, niż panienka w punkcie informacji, dowiedziałem się, że raczej dziś nie mam co liczyć na samolot Air France do Paryża i żebym sobie znalazł nocleg, a na lotnisko przyszedł jutro. Pociągnąłem gościa za język i od razu się dowiedziałem, gdzie mam się udać, skąd odjeżdża bus, gdzie dobrze zjeść itp. Od razu widać, że trafiłem na najlepszy punkt informacyjny na lotnisku, choć gość pełnił tu jakąś podrzędną funkcję. Ale zawsze się mówi, że jak chcesz się czegoś dowiedzieć, to pytaj osoby sprzątającej. One wiedzą najlepiej.

I tak udałem się do dzielnicy – wizytówki miasta, w której znajduje się Victoria Memorial, czyli pałac – pomnik zbudowany z białego marmuru na początku XX wieku ku czci królowej angielskiej Victorii. Trzeba pamiętać, że w tym czasie Indie były kolonią brytyjską, a Kalkuta – stolicą kolonii.

Prawie dwadzieścia lat temu Kalkutę przemianowano na Kolkatę. Jest to ogromne miasto, trzecia aglomeracja Indii po stolicy New Delhi i Bombaju. Razem z miastem Howrah oraz innymi miejscowościami, które wchłonęła Kolkata, miasto liczy obecnie ok. 15 mln mieszkańców. Większość z nich zamieszkuje ubogie dzielnice. Indie są przeludnione i to widać na każdym kroku.

Przemieszczając się komunikacją miejską z lotniska do dzielnicy Maidan leżącej nad rzeką Hugli, podziwiałem to ogromne, piękne miasto.  Mijaliśmy wysokie dzielnice biznesowe, zielone parki, dzielnice, gdzie za wysokimi parkanami stały pałace oraz  rezydencje bogatych hindusów. Ale też widziałem przez okno autobusu szczelnie zabudowane małymi domkami, stojącymi jeden obok drugiego, całe osiedla ludności mniej zamożnej. Nie wyglądało to zachęcająco. Ale nie od dziś wiadomo, że Indie należą czołówki krajów z największą liczbą mieszkanców i gdzieś to najuboższe warstwy społeczne muszą mieszkać. Mnie dobrze doradzono, żebym udał się do eleganckiej dzielnicy. Tam jest sporo turystów, spokojnie, można pospacerować, pozwiedzać.  A i przyzwoity hotelik się znajdzie. Doceniłem to, bo nie miałem zamiaru pakować się w kłopoty z tubylczą ludnością. Dodatkowo postanowiłem wejść do Pałacu Królowej Victorii i obejrzeć wystawę związaną z historią Indii. Obecnie znajduje się tam Muzeum poświęcone  Indiom.

Wysiadłem na końcowym przystanku linii autobusowej i po sugestii jednego z podróżnych, przesiadłem się do metra, gdzie na przystanku Maidan, miałem zakończyć swoją podróż. Stamtąd już niedaleko do angielskiego parku okalającego Victoria Memorial. Postanowiłem, że ten niespodziewany czas, dany mi w Kalkucie, spędzę na zwiedzaniu miasta. Najpierw jednak musiałem coś zjeść, bo od rana już mi kiszki grały marsza.

Wysiadłszy ze stacji metra Maidan, rozejrzałem się wkoło, szukając jakiejś gastronomii. Póki co nie trafiłem na żaden bar, ale za to przy samej stacji był niewielki bazarek, na którym sprzedawano owoce. Dobre i to na początek, pomyślałem. Oczami przebiegłem po straganach i wybrałem jeden, przed którym stał wysoki, dobrze ubrany mężczyzna. Wybierał owoce durana, które z racji swojego nieciekawego zapachu, leżały całkiem z boku. Mnie interesowały banany. W skrzynkach leżały piękne, żółte, wręcz zapraszające swoim wygładem, aby je kupić. Taki miałem zamiar, gdy nagle kątem oka  zarejestrowałem małego hindusa, który pojawił się nie wiadomo skąd. Mały podbiegł do mężczyzny wybierającego owoce, jednym susem wyciągnął mu z kieszeni portfel, zawinął się i uciekł. Mężczyzna się odwrócił, pewnie ledwo poczuł jakiś ruch wokół swojej osoby. Całe zdarzenie trwało ułamek sekundy. Ani przez moment się nie zastanawiałem, skoczyłem i pognałem za chłopakiem. Mały był szybki, ale ja też potrafię szybko biegać. Nie na darmo wujek Frank nas szkolił w biegach na krótkich dystansach i w biegach przez płotki. Podwórkowe olimpiady zrobiły swoje i mimo upływu lat wciąż miałem dobrą kondycję.

Złapałem małego na drugiej przecznicy. Chłopak miał może 7, najwyżej 8 lat. W ręku nadal trzymał portfel jegomościa ze straganu. Chwyciłem chłopaka za kołnierz i zaprowadziłem z powrotem na bazarek. Mężczyzna nadal stał przy straganie, nie wybierał już duranów, tylko nerwowo rozmawiał ze sprzedawcą. Gdy nas zobaczyli, ujrzałem ulgę na jego twarzy. Złodziejaszka przyprowadziłem do poszkodowanego i nakazałem mu oddać skradziona rzecz. Mały się rzucał, ale posłusznie oddał portfel właścicielowi. Patrzyłem na gościa, a ten w języku bengalskim tłumaczył chłopakowi jak bardzo źle postąpił. Właściciel straganu chciał wezwać policję, ale gość powstrzymał go ręką. Potem ku naszemu zdziwieniu, wyjął z portfela 50 rupii, kupił jeszcze całą torbę owoców i wręczył małemu z nakazem, aby zaraz poszedł do domu i pieniądze oddał matce, a owoce dał rodzeństwu. Chłopak coś tam jeszcze burknął, skłonił się w geście przeprosin, zabrał prezenty i szybko się oddalił.

Patrzyliśmy oboje z właścicielem straganu z wielkim uznaniem na tego mężczyznę. Nie dość, że został podstępnie okradziony, to na dodatek dał złodziejowi pieniądze i zrobił prezent z owoców. Na nasze nieme pytanie, odpowiedział „ Wiecie panowie, to są biedne dzieciaki, żyją w skrajnej nędzy, a nasz rząd nie robi nic, aby tym dzieciom i ich rodzinom pomóc. Gdyby rodzice mieli pracę i godziwe wynagrodzenie, a te dzieciaki mogły chodzić do szkoły, to na pewno nie ryzykowałyby kradzieży w publicznych miejscach. Dlatego, uważam, że nie należy ich  karać, tylko im pomagać.” – to mówiąc zakończył swój wywód.

Do mnie zaś zwrócił się z podziękowaniem za szybką reakcję i odzyskanie skradzionego portfela. Ponieważ ów portfel miał dla niego duże znaczenie, mężczyzna  bardzo chciał mi się odwdzięczyć za przysługę, którą mu zrobiłem. Zapytał co tu robię i jakie mam plany. Opowiedziałem mu szczegółowo, jak mnie zaskoczono na lotnisku i co chcę robić przez najbliższy dzień. Pan wyraził swoją dezaprobatę dotyczącą strajków na lotniskach i powiedział, że dobrze się składa, bo chętnie zaprosi mnie na obiad. Mieszka dwie przecznice stąd i z pewnością jego żona się ucieszy, jak przyprowadzi gościa na obiad. Przedstawił mi się, podając swoją dłoń. Nazywał się Hardik Randir Subhash  i był wysokim urzędnikiem w spółce brytyjsko-hinduskiej zajmującej się exportem i importem towarów.

Takiemu zaproszeniu nie można odmówić. Wsiadłem z panem Subhashem do samochodu i po kilku minutach zatrzymaliśmy się na eleganckiej ulicy, przed wysokim kutym płotem. Widać było z daleka, że mieszkają tu zamożni ludzie. Dom  był pałacem w stylu kolonialnym z dużym terenem zielonym przed a zapewne też i za domem. W drzwiach powitał nas   majordomus. Ukłoniłem mu się grzecznie, choć minę miał nieszczególną, jakby chciał zapytać – a ten co tu robi? Powiedział jednak tylko „ Pani jest w salonie zielonym” – „Dziękuję” odparł pan Subhash i razem poszliśmy w kierunku salonu.

Na środku pokoju, przy małym stoliku, stał wózek inwalidzki, a na nim siedziała kobieta. Była bardzo ładna, głowę miała odwróconą do okna. „Hardiku, czy to ty?” zapytała – „Tak kochanie, przyprowadziłem na obiad gościa” – odparł mąż i w kilku zdaniach przedstawił mnie i sytuację, która się wydarzyła niedawno. Do mnie zaś powiedział „ To jest moja żona Aishwarya – ale my mówimy do niej Aisha. W Indiach jest tak, że każde imię nadawane dziecku, ma jakieś znaczenie. Aishwarya oznacza osobę odnoszącą sukcesy. Moje imię Hardik – oznacza pełen miłości. Rodzice nadając nam imiona, niejako naznaczają naszą drogę życiową, którą my potem realizujemy przez całe swoje życie.

„Aisho, za pół godziny  będzie obiad,  zapewne chcesz się przygotować do obiadu?” – powiedział do żony, która kiwając głową oddaliła się na wózku. Natomiast do mnie pan Hardik mówił dalej „ Moja żona odniosła już swoim życiu wiele sukcesów. Pochodzi z zamożnej rodziny Radżów Ranganathan. Jej ojciec to radża Darshan – czyli osoba dająca szacunek, a matka to Elisabeth Rashford – pochodząca z rodziny brytyjskiej od dwóch stuleci mieszkającej w Kalkucie. Aisha była jedynym dzieckiem swoich rodziców. Została bardzo dobrze wykształcona, bo ojciec stawiał na mądrość córki. Aisha studiowała w Oxfordzie, gdzie zdobyła tytuł doktora nauk ekonomicznych. Przez dłuższy czas pracowała w Ambasadzie Brytyjskiej w Kalkucie, gdzie piastowała wysokie stanowisko chargé da affair. Niestety, wypadek samochodowy przerwał jej karierę. Dwa lata temu, rozpędzony samochód jakiegoś turysty amerykańskiego uderzył w jej auto na jednej z ulic Kalkuty. Aisha miała złamany kręgosłup i na dłuższy czas straciła całkowicie wzrok. Pomimo wielu starań lekarzy i zaawansowanej medycyny wschodu, Aisha nie będzie już samodzielnie chodzić. Częściowo odzyskała wzrok, ale to już nie to samo. Oczy szybko się meczą. Ale i tak jesteśmy szczęśliwi, że wyszła z tego wypadku, bo na początek dawano bardzo małe szanse. Teraz Aisha jest w domu pod naszą opieką, dużo  czyta, tzn. słucha audio-booków, słucha muzyki, pomaga majordomusowi Ashranowi prowadzić dom. Ja pracuję w spółce brytyjskiej i dużo czasu spędzam w pracy, ale staram się każdą wolną chwilę być z żoną” .

Po tym wywodzie pana Hardika zrobiło mi się bardzo smutno, a i jemu zakręciła się łezka w oku. Pomyślałem, jakie to niesprawiedliwe. Współczułem pani domu i jej mężowi. Przez dłuższą chwilę jedliśmy obiad w milczeniu, bo żaden temat się nie nasuwał. Pani Aisha była bardzo pogodna, nieświadoma, że przed chwilą mąż opowiadał o jej nieszczęściu. „ Proszę opowiedzieć nam coś o sobie Panie Asturze, skąd pan pochodzi, co pan tu robi w Kalkucie?”

Mnie nie trzeba długo prosić. Zacząłem opowiadać o Australii, o naszym Ranczo, o swojej rodzinie. Pani Aisha nie przerywała mi, tylko od czasu do czasu zadawała jakieś pytania. Po półtorej godzinie, skończyliśmy jeść obiad, deser, popołudniową herbatę. Pan Hardik, przeprosił nas i na chwilę wyszedł . Wróciwszy do salonu, powiedział, że sekretarka w jego biurze sprawdziła, że żaden samolot do Paryża ani dziś, ani jutro nie wyleci. Uff – pomyślałem, przeprosiłem gospodarzy i wyszedłem z salonu. Chciałem zawiadomić ostatecznie Amy, że  przeprowadzkę będzie musiała zrobić beze mnie, bo nie mam szans, aby dolecieć na następny dzień do Paryża.

Po powrocie do salonu, pan Hardik powiedział, że ma dla mnie propozycję. Byłem zdziwiony, bo i tak dla mnie już dużo zrobił. Okazało się, że gospodarz musi jutro na kilka dni wyjechać. Zaproponował gościnę w ich domu, do czasu, aż będę mógł zrealizować swój lot. A przy okazji pobytu w Kalkucie i  w ich domu, mógłbym potowarzyszyć jego żonie, spędzając z nią czas. Pani Aisha potwierdziła, że chętnie wysłucha historii całej mojej rodziny, moich przygód oraz opowieści o Nowej Zelandii. Oczywiście pochwaliłem się spędzonym tam czasem, gdy okazało się, że córka gospodarzy ma w Londynie narzeczonego z Nowej Zelandii. Pani Aisha wyraziła chęć poznania tego odległego  i mało znanego jej kraju.

Nie miałem innego wyjścia, jak zgodzić się na kilkudniowy pobyt u Państwa Randir Subhash. Zresztą i tak nie miałem nic innego do roboty. Wiedziałem, że  do Paryża nie polecę, bo nie miałem czym, a do domu zdążę jeszcze wrócić.

I tak spędziłem 5 dni w bogatym, ale bardzo gościnnym kolonialnym domu moich nowych przyjaciół. Pani Aisha była bardzo miła, traktowała mnie bardzo poważnie. Spędzałem z nią wiele czasu. Spożywaliśmy razem wszystkie posiłki, przesiadywaliśmy w ogrodzie, piliśmy popołudniową herbatę w salonie lub na tarasie. Miedzy obiadem a herbatką – five o’clock, miałem czas wolny, ponieważ pani Aisha odpoczywała wówczas w swojej sypialni. Ja w tym czasie zwiedzałem Kalkutę. Mogłem spokojnie dokładnie obejrzeć Victoria Memorial. Będąc w pobliżu stacji metra Maidan, uważnie się rozglądałem, wypatrując małego złodziejaszka, ale ślad po nim zaginął w tej dzielnicy.

Podczas wspólnych posiedzeń z panią Aishą, opowiadałem jej o swoich przygodach. Słuchała z zaciekawieniem o karnawale w Rio, o przykrej  przygodzie w Chinach, o tym co mi się przytrafiło w Barcelonie, o moim pobycie w Kambodży, w Nowym Yorku czy na Zanzibarze. Słuchała, to śmiała się , to ze wzruszenia wycierała łezkę, która spadła jej na policzek. Oboje bawiliśmy się wspaniale. Ja bo mogłem opowiadać o swoim życiu, ona, bo się czuła tak, jakby czytała ciekawą książkę, której ja byłem bohaterem. Bardzo interesowała ją Nowa Zelandia, chciała wiedzieć wszystko co ma z tym krajem. Chciała poznać historie, kulturę, ludzi, którzy tam mieszkają. Chciała być bliżej swojego przyszłego zięcia. Byłem szczęśliwy, że mogę jej w tym pomóc. To była naprawdę czysta przyjemność opowiadać o tym co zna się z autopsji i widzieć uśmiech na twarzy kobiety, którą interesowało  wszystko. Podczas  opowiadań o przygodach w różnych częściach globu, często wymienialiśmy między sobą informacje krajoznawcze. Pani Aisha  swego czasu dużo podróżowała i miała rozeznanie w wielu krajach.

To były naprawdę wspaniałe dni spędzone w Kalkucie. Wiele mnie też nauczyły. Przebywanie z osobą, która nie może się samodzielnie poruszać i na dodatek nie widzi w pełni, pokazało mi, że można być szczęśliwym, cieszyć się z każdej chwili i nie obarczać swoim kalectwem najbliższych. Dotychczas nie miałem bliższej styczności z osoba pokroju pani Aishy. Jestem bardzo zadowolony, ze los pozwolił mi ją poznać. Zawiązała się między nami głęboka przyjaźń: ona – inwalidka na wózku, bogata, piękna i mądra kobieta w wieku ok. 50 lat i ja taki wagabunda, włóczący się po świecie, bez swojego miejsca na ziemi, bez swojego kota ani psa. Samotnik szukający  coraz to nowych wyzwań, nowych przygód, właściciel starego plecaka, znoszonego kapelusza i spranej kamizelki. Ale to wszystko nieważne. Połączyły nas nasze dusze, rwące się do przodu, pełne ciekawości świata.

Po powrocie pana Hardika, zdałem swój bilet w kasie Air France, za otrzymane pieniądze kupiłem bilet powrotny do Sydney i postanowiłem wracać na Ranczo. Amy już się przeprowadziła, o czym powiadomiła mnie serią zdjęć z nowego mieszkania. Pożegnałem się z moimi gościnnymi gospodarzami. Pan Hardik był bardzo zadowolony, widząc jak jego żona rozpromieniała podczas mojego pobytu w ich domu. Bez żadnych ukrytych podtekstów, żebyście moi drodzy nic sobie nie myśleli. To podróże ze mną, po moich ścieżkach wydeptanych w wielu miejscach na świecie,  sprawiły, że przez te kilka dni pani Aisha odżyła i nabrała dystansu do swojej choroby. Obiecaliśmy sobie, że jeszcze się spotkamy. Oni planowali podróż do Nowej Zelandii a ja obiecałem, że będę ich przewodnikiem.

I rzeczywiście los nas jeszcze raz zetknął ze sobą, kilka lat później. Ale to już temat innej historii z mojego życia.

Tymczasem mara mara ….

BIESZCZADY

Z Przemyśla w Bieszczady jest rzut beretem. Autobusem do Ustrzyk Dolnych jechałem lekko ponad godzinę. Wysiadłem na dworcu autobusowym i zastanawiałem się co robić dalej. Przyjechałem tu bez żadnego pomysłu, po prostu chciałem zobaczyć w końcu te Bieszczady. Gruby Rycho tak je zachwalał i nie tylko on. Nasłuchałem się już tylu kultowych opowieści o tych górach, że czas najwyższy sprawdzić naocznie.

Gdy tak stałem i debatowałem sam ze sobą, podjechała ciężarówka. Otworzyły się drzwi i gość w roboczym ubraniu zawołał do mnie „ Ty, młody, może cię podwieźć?”  – „A gdzie jedziecie?” zapytałem, choć nie miało to dla mnie znaczenia. Widać było, że ten kamaz to lokalny transport z ziemią, więc pewnie niedaleko. „Ano, jedziemy na Bereżki, możemy cię podrzucić jak ci po drodze, bo coś niepewnie tu wyglądasz.” – powiedział jeden z kierowców, chichocząc pod wąsem. „ Pewnie, chętnie skorzystam” – nie czekając na odpowiedź, wskoczyłem do ciężarówki. Nie miałem pojęcia, gdzie te Bereżki, ale na pewno w głębi  gór, bo ciężarówka jechała na południe.

Faceci okazali się bardzo ok. Faktycznie wozili ziemię na jakąś budowę koło miejscowości Bereżki. Robili od rana już trzeci kurs, wiec byli już lekko znudzeni. Zobaczywszy mnie stojącego z plecakiem na drodze, uznali, że może jakaś rozrywka będzie, jak mnie zabiorą. I nie pomylili się. Kangur na stopa w Ustrzykach Dolnych, nie trafia się co dzień. Wymieniliśmy grzeczności, pogadaliśmy trochę. Wyciągnąłem od nich co tu można robić, gdzie się zatrzymać, gdzie pójść.  Lepiej niż czytał w przewodniku. Chłopaki byli szczerzy, nie owijali w bawełnę i nie koloryzowali Bieszczad. Sugerowali unikać turystycznych, przereklamowanych miejsc typu: Polańczyk, Solina, a udać się w prawdziwe Bieszczady, gdzie ludzka noga, a właściwie to turystyczna noga, rzadko trafia. Jechaliśmy Wielką Pętlą Bieszczadzką, taką dużą obwodnicą okalającą Bieszczady. Po drodze mijaliśmy wioski z małymi drewnianymi cerkiewkami, starymi chatami. Generalnie zabudowań nie było wiele. W miejscowości Procisne przekroczyliśmy rzekę San – królową, bezsprzecznie panującą tu w Bieszczadach. Po chwili ujrzałem ujście Wołosatego do Sanu i dalej już jechaliśmy wzdłuż rzeki Wołosatki. Po lewej i po prawej stronie drogi rozległe połoniny górskie, żadnych domostw, żadnych oznak ludzkiej bytności. Przed wjazdem do Bereżki, chłopcy stwierdzili, że zaraz będą skręcać na budowę. Udzielili mi jeszcze kilku dobrych wskazówek, za które podziękowałem i przed skrzyżowaniem na pole namiotowe, wysiadłem z ciężarówki, a chłopaki skręcili w swoją stronę.

Znowu zostałem sam. Wkoło tylko lasy i góry, a w dole szum Wołosatki pędzącej z góry do Sanu. Tak, tu już krajobraz wyglądał zupełnie inaczej, niż w Ustrzykach Dolnych. Teraz dopiero zrozumiałem, to o czym chłopaki mówili. Bieszczady są właśnie tu, gdzie nie ma nic, tylko drzewa i góry.  A nie, przepraszam bardzo, są jeszcze zwierzęta dzikie. Właśnie przy szosie stał znak drogowy ostrzegający przed niedźwiedziami. W centralnej Polsce nie raz widziałem znaki ostrzegające przed sarnami czy ptakami, ale żeby przez niedźwiedziem ? Żart jakiś – pomyślałem, ale niedługo  potem, nie było mi do śmiechu.

Przeszedłem jeszcze kilka kilometrów drogą na południe, aż do Ustrzyk Górnych. To najdalej wysunięta miejscowość w południowo-wschodniej Polsce.  A więc byłem i w Dolnych i w Górnych Ustrzykach. Niby te same Ustrzyki, ale jakże inne…

W końcu zdecydowałem się zejść z drogi, choć i tak na drodze nie minęło mnie żadne auto. Ale co droga leśna, to nie asfalt. Parząc na mapę, powinienem dojść przez połoninę Caryńską, do Brzegów Górnych. A potem się zobaczy. Chodzenie samemu po górach ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że jesteś sam na sam z przyrodą. Nic i nikt nie zakłóca twoich myśli, jesteś panem swojego czasu, swojego tempa. Wadą jest to, że nie ma się z kim podzielić tym pięknem, które widać dookoła, no i to, że musisz liczyć tylko na siebie w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Ja cieszyłem się z każdej chwili, napawałem się tą dziką przyrodą i szedłem przed siebie. Szlak czerwony wspinał się ku górze, wiódł przez teren zalesiony.

W pewnym momencie usłyszałem trzaski gdzieś bardzo niedaleko. Ktoś mocno stąpał i łamał gałęzie. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Nagle ktoś mnie z tyłu szarpnął za ramię. Podskoczyłem i wykonałem półobrotu. Za mną stał niedźwiedź, duży, silny samiec. W bezpośrednim starciu miałbym małe szanse. Niedźwiedź popatrzył na mnie i ze zdziwioną miną rzekł „ A ty szo za jeden?, Ne znaju takieho czuczało”  Uff, dziwnie gada, ale pomyślałem, nie jest źle, chce gadać, a nie mnie zjeść. „ Nie znasz mnie, bo ja nie jestem tutejszy, zabłądziłem lekko. Jestem kangur z Australii” odparłem stanowczo, choć łapy mi się trzęsły. „ Zahubył, tu ? Ty, no ja ne zakinczyw szkołu, ale co to Australia, to znaju” lekko zdziwiony rzekł niedźwiedź. Już wiedziałem, że to kurtuazyjna pogawędka, a nie pojedynek z ofiarą. Trochę mi adrenalina opadła, usiadłem na pieńku i wyłuszczyłem mu po krótce swoją historię. Niedźwiedź słuchał i nawet zadawał pytania. Po półgodzinnej gadce łamanym językiem, czułem się jakbym rozmawiał z przyjacielem, a nie potencjalnym wrogiem. Siedzieliśmy sobie na przewalonym drzewie i dyskutowaliśmy. Gdyby ktoś wówczas przechodził tym szlakiem i zobaczył niedźwiedzia i kangura siedzących na pniu z gestykulującymi łapami, to pewnie by zwiewał, gdzie pieprz rośnie. Ale na szczęście szlak był pusty.

Borys, bo tak nazywał się ukraiński niedźwiedź, przeszedł przez zieloną granicę do Polski, bo słyszał, że tu jest lepiej niż u nich. Ale przyznał się, że teraz zwiewa stąd i wraca w rodzinne strony, bo tu się nie da żyć. Byłem zdziwiony to słysząc, bo przecież Bieszczady to podobno takie bezludzie, że dla  zwierząt tu powinien być raj. Tymczasem Borys powiedział, że niedaleko jego nowej gawry cuda się wyprawiają. Od rana, do późnej nocy okropne  hałasy, migające światła, wrzaski przez megafony, warkot silników a nawet strzelaniny. No, cos okropnego. Co prawda jeszcze nie pora na spanie, ale jak przyjdzie zima, to nie ma szans na głęboki zimowy sen. Trzeba się ewakuować. Spytałem go jak sobie tu radzi z językiem, a on mi na to, że tutaj to wszyscy i ludzie i zwierzęta mówią w rozumianym przez siebie mieszanym  języku polsko – ukraińskim. Co racja, to racja. Ja też go rozumiałem.

Borys pożegnał się ze mną, lojalnie uprzedził o tych wszystkich niedogodnościach, które mogę spotkać niedaleko, a od których on ucieka. Przybiliśmy dwie piątki i Borys się oddalił. Ja poszedłem swoją drogą.  Szlak czerwony wiódł grzbietem Połoniny Caryńskiej. Zszedłem do Brzegów Górnych, ale miałem sporo sił i dzień był długi, więc postanowiłem jeszcze dojść do miejscowości Nasiczne  i tam zrobić sobie przerwę i zadbać o godziwy nocleg.

Gdy tylko minąłem otulinę Parku Narodowego i zacząłem schodzić do wsi, z daleka, z góry, zobaczyłem niewielką polanę, dość dobrze ukrytą od drogi. I wtedy naocznie przekonałem się o tym, o czym wspominał Borys. Już z oddali usłyszałem warkot silników i pogłos wydobywający się z megafonu. Nie mogła to być żadna budowa, nie w tej okolicy. Nie był to żaden zlot turystyczny, czy festyn zakładowy. Hałas się wzmagał: okrzyki, wrzaski i te megafony. Musiałem to zbadać osobiście. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć, co tam tak naprawdę się dzieje. Właściwie to się skradałem, bo nie wiedziałem co mnie czeka i czy ktoś mnie stamtąd nie pogoni. Zauważyłem taśmę czarno-żółtą rozciągniętą między drzewami. A więc teren ogrodzony – pomyślałem. Adrenalina znów mi się podniosła. Rzadko robię coś sprzecznego z prawem, ale tu trzeba było rozwiązać zagadkę, bo to nie tylko Borys pewnie musiał szukać innego lokum. Zwierzęta nie lubią takiej ingerencji w swoje środowisko.

Skradałem się dalej. Na dworze zaczęło robić się już szaro, co ułatwiało mi maskowanie się wśród drzew. Dotarłem wreszcie do punktu, skąd mogłem obserwować co się dzieje. Dojrzałem grupkę ludzi ubranych jakby na cebulę, wyglądających jak zbiegowie czy więźniowie. Stali przy dużej ciężarówce, jakby zastanawiali się czy wejść do środka, czy wyjść. Ktoś stał koło nich i krzykiem, chyba po ukraińsku poganiał ich, wymachując przy tym karabinem. No coś takiego, byłem zbulwersowany. Nagle z przeciwległego końca polany wyłonił się  łazik, taki wojskowy stary samochód. Z niego   wyskoczyło kilku żołnierzy i zaczęli ostrzeliwać tę ciężarówkę. Ludzie zaczęli krzyczeć i starali się uciec. Z ciężarówki wypełzło jeszcze dwóch z karabinami i zaczęła się regularna strzelanina. Oh, kunapipi, w co ja się wplątałem.

Nagle zapaliły się światła reflektorów i z megafonu usłyszałem „ STOP KLATKA” powtarzamy to ujęcie. Serce waliło mi jak młotem, a na polanie jakby ktoś cofnął czas i wszyscy wracali na swoje miejsca , po to, by za chwilę rozpocząć to samo od nowa. I znowu ludzie przy ciężarówce, poganiający ich mięśniak z karabinem, z krańca polany wyjeżdża łazik, żołnierze w mundurach wyskakują i ostrzeliwują ciężarówkę, ludzie uciekają. Kolejna strzelanina. I znowu słyszę przez megafon – „Stop, stop nie tak” i pada ciąg niecenzurowanych słów. I tak jeszcze było ze trzy razy. Nie dziwię się Borysowi, ani innym zwierzętom, którym zakłócano tu spokój.

Wyszedłem z ukrycia, już nie musiałem się bać. Zawsze mogłem powiedzieć, że zabłądziłem. Zaczepiłem  najmniej rozgarniętego ochroniarza i zapytałem jaki to film jest tu kręcony. Byłem już całkiem pewien, że to plan zdjęciowy w plenerze. Ochroniarz popatrzył na mnie i nawet się nie zdziwił. Pewnie przy produkcji filmowej można spotkać różne postacie, więc widok kangura wieczorem w lesie na planie filmowym jakiegoś sensacyjnego chyba filmu, też  nie zrobiło na nim wrażenia. „A ty to się z choinki urwałeś koleś ?” zapytał głupio. Na co ja mu głupio odpowiedziałem, choć zgodnie z prawdą      „ No, prosto z Połoniny Caryńskiej” i posłałem mu uśmiech nr 66. To go chyba trochę zirytowało, bo zamachnął się i krzyknął do mnie „ Nie ma tu w Watasze miejsca dla kangurów, potrzebujemy wilków, znajdź se inną czapkę” – cokolwiek chciał powiedzieć, nie wyszło mu to za dobrze.

Ale ja skojarzyłem szybko. Pierwszy sezon Watahy, oglądałem na HBO. Świetny serial sensacyjny o pracy żołnierzy na pograniczu polsko – ukraińskim. Gorąco polecam. To z pewnością był plan filmowy  kolejnego sezonu.

Kolejne dni spędziłem explorując Bieszczady. Cofnąłem się do Brzegów Górnych, bo to dobra baza wypadowa na połoniny. Czerwonym szlakiem wspinałem się do góry. W Chatce Puchatka – małym schronisku górskim, wypiłem kufel chłodnego piwa. Ludzi nie było, wcale mnie to nie dziwiło, bo było dość wcześnie. Ja jestem z tych rannych ptaszków, co to wcześnie wstają. Ze szczytu Połoniny Wetlińskiej są naprawdę wspaniałe widoki, panorama na 360 stopni. Dech zapiera. Dla tych widoków warto było wcześnie wstać i iść w góry.

Szedłem jeszcze spory kawałek i dopiero na Przełęczy Mariana Orłowicza, skręciłem na żółty szlak i zszedłem do Wetliny. Jak na Bieszczadzkie warunki, Wetlina to całkiem spora miejscowość. Też idealne miejsce do rozpoczęcia wędrówki na Połoninę. Nad wodospadem Ostrowskich, który zbiera wody z gór i wpływa bezpośrednio do rzeki Wetliny, można odpocząć i pomoczyć nogi. Całkiem przyjemne orzeźwienie dla ciała. Kolejna przyjemność tym razem dla żołądka czekała mnie w barze o całkiem fajnie brzmiącej nazwie „ Paweł Nie Całkiem Święty”. To hotel – restauracja usytuowana tuż przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej w Smereku.

Dalej, kierowałem się pieszo na Przysłup, bo koniecznie chciałem popędzić Bieszczadzkim Expressem. To turystyczna kolej, ale jaka romantyczna. Przejażdżka expresem trwała ponad godzinę. Odpocząłem, oglądałem krajobrazy, a wierzcie mi, że było na co popatrzeć. W Cisnej  wpadłem do Siekierezady – kultowego lokalu, na chłodne piwko. W upalny dzień, to rozkosz dla podniebienia. Usiadłem sobie na ławeczce, sączyłem to piwo i myślałem, jak tu miło i przyjemnie. Życie płynie powoli i spokojnie, nie tak jak w wielkim mieście. Od razu przypomniało mi się, jak siadywaliśmy na ławeczce pod starym eukaliptusem na naszym Ranczo w Australii. Co prawda piwa nie sączyliśmy, ale też taki błogi spokój nas zawsze ogarniał. Dopóki babcia Dolores, czy dziadek Max nas nie postawili do pionu i nie kazali coś zrobić. Ale to było dawno.

Wtedy, gdy tak siedziałem w Cisnej pod Siekierezadą na ławeczce, zachciało mi się śpiewać letni szlagier znanego piosenkarza, oczywiście w wersji górskiej „ Bieszczady welcome to ” .

Jeszcze kilka dni buszowałem po górach, ale do turystycznych miejscowości nie dotarłem. To znaczy, że trzeba będzie tu wrócić, by zobaczyć Polańczyk, Solinę, Uherce, Myczkowce, no i przede wszystkim Morze Bieszczadzkie czyli Zalew Soliński utworzony na rzece San. Na żaden plan zdjęciowy już nie trafiłem, a szkoda, bo choć najpierw byłem przerażony, to potem spodobało mi się.

Pół roku później, oglądając w telewizji kanał HBO zobaczyłem zajawkę  nowego sezonu  serialu Wataha. Pewnie się domyślacie, że nie mogłem się doczekać emisji. Obejrzałem dokładnie każdy odcinek, czekając w napięciu na scenę, której byłem świadkiem. I doczekałem się. Na polanę wjechała ciężarówka ukraińska. Mafiozi zza wschodniej granicy przemycali uchodźców z Czeczenii, Kazachstanu. Na polanie zrobili postój. Wszyscy wyszli z ciężarówki za tzw. potrzebą. Bandyci zaczęli ich poganiać, żeby szybciej wsiadali. Pewnie już czuli pismo nosem, że nie są sami w okolicy. W międzyczasie, ktoś doniósł straży granicznej o nielegalnym transporcie ludzi i ekipa  mundurowych z polskiej straży granicznej z impetem wpadła gazikiem na polanę. Wywiązała się strzelanina, zginął jeden bandzior ukraiński, a dwóch zostało ciężko rannych. Uchodźcom nic się nie stało na szczęście. Przyglądałem się tym scenom i czułem się tak, jakbym tam był. Bo przecież faktycznie tam byłem…  Patrzyłem tylko wkoło, czy oko kamery nie uchwyciło przypadkiem kangura w kamizelce i w kapeluszu, chowającego się za drzewem. Dociekliwi widzowie szybko by wykryli taką wpadkę i reżyser by musiał się gęsto  tłumaczyć.

Na szczęście nie zobaczyłem siebie.

A w Bieszczady na pewno jeszcze wrócę i pewnie będzie jeszcze ciekawiej.