Amy urodziła się zaraz po Archiem. Wniosła do naszej rodziny wiele radości. Była bardzo pogodnym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta, nie marudząca, nie płaczącą,  zadowolona ze wszystkiego. Rodzice i dziadkowie bardzo cieszyli się z jej przyjścia na świat, ponieważ była całkowitym przeciwieństwem swej starszej siostry Zoe, która nie była wdzięcznym dzieckiem.  

Dzieciństwo Amy

Amy od samego początku lgnęła do kobiet. Była ulubienicą babci Dolores. Większość czasu spędzała z nią. Mama ciągle miała obowiązki związane z młodszym rodzeństwem, więc nie mogła Amy poświęcać zbyt wiele czasu. Natomiast babcia miała go dla wnuczki aż nadto. Uczyła Amy szyć, robić na drutach, haftować i wiele jeszcze innych babskich zajęć. Amy bardzo chętnie przysposabiała te trudne czynności. Najlepiej lubiła szyć ubranka dla lalek. Miała ich kilka do zabawy. Zoe nigdy lalkami się nie bawiła, więc oprócz swoich lalek, Amy miała jeszcze do dyspozycji lalki Zoe. Z małych ścinków materiałów szyła im sukienki, spódniczki i inne fatałaszki. Robiła na drutach czapeczki, szaliki. Babcia Dolores zaszczepiła w niej chęć do wszelakich robótek ręcznych. Pomagała, doradzała, uczyła. Amy też znajdowała czas na to, by bawić się z nami. Należała do naszego gangu Romerów i również świetnie sprawdzała się w roli chłopaka.

Czasy szkolne

Z czasem, gdy Amy podrosła, zaczęła sobie szyć sama, najpierw proste ubrania, a potem wymyślała skomplikowane stroje. Gdy przyszedł czas na zamianę domowej szkoły z lekcjami przez radio, postanowiła,  że pójdzie do szkoły odzieżowej, aby nauczyć się doskonale szyć. Chciała zostać krawcową, ale nie taką zwykłą, tylko taką, co szyje ekstrawaganckie ubrania. Rodzice znaleźli jej taką szkołę w Melbourne. Szybko okazało się, że szycie ubrań już nie jest tak ekscytujące, jak ich wymyślanie. Amy, po pierwszym roku szkoły, sama przeniosła się na projektowanie odzieży. Tu mogła się realizować w nieograniczony sposób.

Podczas pięciu lat nauki, Amy wielokrotnie brała udział w różnych konkursach organizowanych w całym kraju. Zdobywała dla swojej szkoły nagrody. Projektowała damską odzież, a szczególnie upodobała sobie sukienki. Wymyślała takie wzory, że nie powstydziłby się ich wybitny projektant mody. Miała faktycznie talent.

Będąc już na ostatnim roku, wzięła udział w prestiżowym międzynarodowym konkursie dla młodych talentów. Jej projekt sukni balowej zyskał aprobatę australijskiego jury i został przesłany do dalszego etapu konkursu, do Paryża. Gdy się dowiedziała, że jej suknia wygrała konkurs i była najlepiej oceniona z 50 innych projektów z całego świata, wprost nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Nagrodą był wyjazd do Paryża i roczny kontrakt w pracowni Pierra Cardin’a.

Kariera projektantki mody

I tak, zaraz po ukończeniu szkoły, Amy wyjechała do Francji. Ten roczny pobyt w zespole Pierra Cardin’a  przedłużono jej  jeszcze o trzy lata. Była bardzo docenianą przez samego szefa asystentką w zespole projektantów. Nie dość, że miała  wspaniałe pomysły, to jeszcze potrafiła je realizować, szyjąc sama wzory modeli. Bardzo szybko nauczyła się języka francuskiego. Miała satysfakcjonującą pracę, dobrze płatną i mogła się spokojnie sama utrzymać z dala od rodziny w Australii. Po niedługim czasie kupiła sobie mieszkanie i była już całkiem niezależna.

Gdy skończyła jej się umowa z firmą Cardin, nie chciała już dalej jej przedłużać, choć propozycja była kusząca finansowo. Amy chciała spróbować swoich sił, jako niezależna projektantka. Na początku trudno jej było przebić się na rynku modowym, ale z czasem zdobywała coraz większą klientelę. Otworzyła w Paryżu swój salon z sukniami i cały czas rozwija się zawodowo. Pewnie kiedyś usłyszycie o marce damskiej odzieży Amy Romer. Projekty sukienek z taką metką wychodzą z pod pióra mojej siostry Amy, a ja jestem z tego bardzo dumny. Moja rodzina również…

RODZINA ROMERÓW – mój brat ARCHIE

Archie był w kolejności moim drugim bratem. To on wygonił mnie z torby mamy. Tak się darł przez cały czas, że postanowiłem szybciej opuścić spokojną miejscówkę. Pamiętacie jak Wam opowiadałem, że kangury to torbacze i noszą swoje dzieci w torbach. Mama może nosić dwoje dzieci na raz. Przy czym jedno sobie dorasta spokojnie, a drugie już wychodzi na spacery. Wraca do torby, pod warunkiem, że brat czy siostra zachowują ciszę nocną i nie wrzeszczą przez cały czas.

No cóż, u nas musiało tak właśnie być. Ale dzięki temu miałem więcej czasu na poznanie świata. I z tego się cieszę najbardziej. Archie był moim przeciwieństwem, nie śpieszył się na ten świat, pasowało mu siedzenie w torbie i wykorzystał to maksymalnie. Gdy opuszczał mamy torbę, był już całkiem duży.

Siedzenie w torbie w samotności sprawiło, że jako dziecko był dość nieśmiały i zamknięty w sobie. Dużo czasu mnie kosztowało, aby go rozruszać i sprawić, by śmiał się i cieszył ze wszystkiego, tak jak reszta dzieciaków. Ale udało się i potem Archie już nie odstawał od reszty rodzeństwa. Banda Romerów, tak nas nazywały inne dzieci w sąsiedztwie. Była nas szóstka ( nie liczę Joshuy i Zoe, bo oni byli dużo starsi od nas i nie bawili się z nami ). Zawsze stanowiliśmy przewagę, gdy dochodziło do konfrontacji między rówieśnikami.

Archie od małego lubił przyrodę. Najlepiej się czuł pośród kwiatków, drzew i właściwie pośród wszystkich roślin. Mógł z nimi rozmawiać, opowiadać im  różne rzeczy. One go słuchały, ale nie wyśmiewały się z niego, jak powiedział coś głupiego, nie szturchały go. Były nieme, ale cierpliwe. Zbierał kwiatki, listki, suszył je i układał w albumy. Oznaczał, podpisywał ( gdy już umiał pisać ) i tworzył swego rodzaju zielniki z tych suszonych roślin. Najlepiej lubił biologię w naszej domowej szkole. Wówczas to on najwięcej zabierał głos na lekcjach. Zadawał pytania nauczycielce dotyczące wszystkiego co nas otacza i czasami stawiał ją w kłopotliwej sytuacji, gdy nie znała odpowiedzi. Reszta dzieci była z tego bardzo zadowolona, bo biologia zawsze nam mijała bardzo szybko.

Archie nie był typem lubiącym sport. We wszystkich siłowych dyscyplinach, jakie uprawiają dzieci, zawsze zajmował ostatnie miejsca, ale i tak był bardzo dumny z tego, że udało mu się dobrnąć do końca.

Zwykle tak było podczas zawodów, jakie urządzał nam wujek Frank – młodszy brat taty. Frank był lekkoatletą i to wielce zasłużonym. Brał udział nawet w olimpiadach i zdobywał medale w biegach na krótkich dystansach. Był niesamowicie szybki. Na co dzień trenował w Sydney. Ale bywało, że przyjeżdżał na ranczo na dwa lub trzy dni i wówczas organizował nam domowe igrzyska sportowe.

Wszystkie dzieci chętnie brały udział w zawodach, nawet najmłodsza Mia. Archie też się garnął do zawodów, traktował je jak zabawę. Nie miał ani kondycji, ani talentu do sportu, szczególnie do lekkoatletyki. Był ociężały, choć wagowo nie odbiegał od reszty dzieciaków, był po prostu bardzo powolny. Nie przeszkadzało mu to, by bawić  się z nami i cieszyć, gdy dobiegał do końca, czy skoczył w dal, choć wynik sportowy był bardzo słaby. Wujek Frank jednak nagradzał wszystkich uczestników w zawodach. Przygotowywał medale i na koniec wręczał je każdemu. Mieliśmy podium ze skrzynek, ale takie specjalne Romerowe – na sześć miejsc. Każdy kolekcjonował swoje medale i potem podczas innych zabaw, chwaliliśmy się między sobą i porównywaliśmy je. Najlepszy był oczywiście złoty medal, potem srebrny, brązowy, miedziany, stalowy i blaszany. Ja, nie chwaląc się, miałem najwięcej złotych, a Archie, niestety, najwięcej blaszanych.  Ale to nie miało znaczenia.

Dzięki wujkowi Frankowi, uczyliśmy się zdrowej rywalizacji, wygrywania i przegrywania. I to było najważniejsze. Gdy później przyszło nam w życiu, zmierzyć się z porażką, czy sukcesem, było łatwiej. Znaliśmy smak zwycięstwa i smak porażki.

Gdy podrośliśmy już na tyle, że szkoła zdalna przestała nam wystarczać, musieliśmy wybrać dalszą szkołę w Brisbane. Rodzice nie naciskali na nas, nie narzucali nam swoich preferencji. Sami musieliśmy dokonywać wyborów. Archie wybrał college o profilu przyrodniczym. Cieszył się na samą myśl, że będzie mógł pogłębiać swoją wiedzę botaniczną. Tymczasem okazało się, że szkoła oferowała wiele innych dyscyplin i była bardzo dobrze przygotowana do kształcenia młodzieży w wielu dziedzinach. Podczas kilku lat nauki preferencje Archiego uległy zmianie. Co prawda dalej botanika była oczkiem w głowie, ale coraz więcej czasu spędzał na zajęciach technicznych. Na koniec nauki okazało się, że swoje zawodowe życie chce poświęcić technice, a nie roślinom.

Dziwiło to rodzinę bardzo, ale cóż, gusta się zmieniają z wiekiem. Rodzice byli bardzo tolerancyjni wobec nas wszystkich. I to bardzo w nich cenię do dziś. Tradycja w rodzinie Romerów – to świętość. Pisanie kroniki, czy przekazywanie symbolicznych kluczy do Rancza, to obowiązek każdego pokolenia. Niejednokrotnie czytałem w kronice rodzinnej, jak ojciec przekazywał synowi pierworodnemu ster na Ranczo. A u nas, odkąd sięgnę pamięcią, nic takiego się nie działo. Rodzicom urodziło się ośmioro dzieci, dziadek Max i babcia Dolores, byli przy narodzinach każdego z nas. I nigdy nie słyszałem, aby któryś z synów został przez ojca naznaczony na następcę. Fakt, nigdy też się nad tym nie zastanawiałem.

Joshua jako najstarszy, powinien zgodnie z tradycją, przejąć po ojcu Ranczo. Niestety, ale on w bardzo młodym wieku, opuścił dom rodzinny i chyba nie miał nigdy zamiaru zajmować się gospodarką. Potem była Zoe, która w ogóle się nie nadawała do pracy na farmie i zresztą też szybko opuściła ranczo razem z niefortunnie przyjętym pracownikiem sezonowym – Ralphem. Mnie nigdy ani tato, ani dziadek nawet nie zadali pytania, czy chciałbym kontynuować rodzinną tradycję. Zresztą i tak nie chciałem. Archie na początku z tą swoją botaniką, może i by się w końcu nadał na farmera, ale potem od niej odstąpił i został inżynierem. Zaczął pracować i  pracuje do dziś w Zakładach Metalowych w Brisbane, pnąc się po szczeblach kariery. Paolito nie przejawiał żadnego zainteresowania rolnictwem i hodowlą. Dziewczyny z góry były przekreślone, chyba, że wyszłyby za mąż za osiłków, którzy by chętnie pracowali na farmie. Ale to już nie byliby Romerowie. Pozostał tylko Tomie, który owszem lubił zwierzęta, ale co innego lubić psa czy kota, a co innego prowadzić ogromne ranczo. I tu się pojawiał problem, który musieli rozwiązać rodzice. A oni milczeli i nie dawali po sobie poznać, nawet gdyby już mieli wówczas jakieś plany.

Los potem sam rozstrzygnął ten dylemat rodzinny, ale o tym opowiem Wam innym razem.

Tymczasem mara mara ….

RODZINA ROMERÓW – ja – ASTUR i moje młodsze rodzeństwo

To była pora deszczowa, która w Australii trwa od końca grudnia, do końca marca. Temperatury i ilość opadów są bardzo wysokie, a wilgotność powietrza bardzo uciążliwa. Babcia Dolores przechodziła  uporczywe migreny i dziadek Max poprosił starego Aborygena, aby w wiadomy sobie sposób, pomógł babci pozbyć się tych bóli głowy.  Mama również nie czuła się najlepiej. Do mojego rozwiązania były jeszcze trzy tygodnie, ale ja za wszelką cenę chciałem już być na świecie.

I pośpieszyłem się, zupełnie niepotrzebnie, bo ze szkodą dla samego siebie. Przyszedłem na świat 9 lutego, w tym samym dniu, co ciotka Lisa. Czy to zły, czy dobry znak ?

Jak tylko zobaczyłem światło dzienne, zacząłem się dusić, zupełnie nie mogłem złapać tchu. Wszyscy wkoło byli spanikowani. Nikt nie wiedział co ze mną zrobić. Dopiero dziadek Max wpadł na pomysł, żeby zawołać starego Aborygena, który nad babcią odprawiał jakieś czary. Byłem bardzo słaby, nie miałem wcale siły. Tak bardzo pchałem się na ten świat, że nawet nie pomyślałem, że przecież to jeszcze za wcześnie, jeszcze nie pora. Stary Aborygen wziął mnie na ręce i zaczął potrząsać. Nie wiem o co mu chodziło, ale mnie ze strachu wrócił oddech. Czułem  jak położył mnie na stole i rozpoczął jakiś dziwny rytuał. Coś mamrotał w sobie znanym języku, machał rękami, zupełnie jakby chciał wypędzić ze mnie jakieś złe duchy. Powoli zacząłem się wyciszać. Oddech mi wrócił, mięśnie zaczęły normalnie funkcjonować.

„Będzie żył” usłyszałem jego głos w rozpoznawalnym dla mnie języku. „ Musicie go nazwać As-too-r, co w naszym rodzimym języku znaczy – ten, który stworzony jest do rzeczy wielkich. To imię będzie go niosło przez życie i trzymało zawsze na najwyższych lotach. Nie pozwoli mu spaść, ani uginać się” Rodzice przytaknęli. Zgodziliby się na wszystko, aby tylko mój stan się polepszył.

I tak zostałem  nazwany As-too-r. W wersji czytanej to brzmi Astur i tak zostało, gdyż język aborygeński jest dość skomplikowany w swej pisowni i tata z mamą uznali, że w urzędzie podadzą angielską wersję uproszczoną.

Rodzice wołali na mnie różnie, począwszy od Astura, przez Astusia, Asturka, a młodsze rodzeństwo które przyszło na świat później, mówiło na mnie Tusiek, czy nawet Tusio. Najbardziej ekskluzywna wersja mojego imienia to Asti i ona mi się najbardziej podoba.

Tymczasem chowałem się w torbie u mamy. My torbacze, bo kangury należą do torbaczy, wychowujemy się w kangurzych torbach. Dorosła kangurzyca może mieć w jednym czasie trójkę dzieci i nie będą to trojaczki. Każde dziecko rodzi się tak, jak u każdego ssaka, po czym wędruje samo lub przy pomocy swojej mamy do kangurzej torby. Mamy mają w torbie dwa stanowiska z podwójnym kranem mlecznym. Pierwsze młode ciągnie mleko z jednego kranu i po 2-3 tygodniach pobytu w torbie, może zacząć wyłazić na zewnątrz, ale ma prawo do 3 miesięcy jeszcze wracać do torby, aby sobie odpocząć i pociągnąć z kranu mleka o wysokiej kaloryczności. W tym czasie rodzi się następne młode i również chowa się w torbie, korzystając z drugiego kranu. Jednocześnie w poczekalni już czeka trzecie młode, które jak tylko zwolni się miejsce w torbie, zaraz przychodzi na świat i zajmuje wolne miejsce w maminej kieszeni.

Tak było i ze mną. Dość szybko chciałem oglądać świat i urodziłem się trochę za wcześnie. W torbie było całkiem przyjemnie, ale mnie już ciągnęło, żeby zobaczyć co jest na zewnątrz. Szybko zacząłem wyskakiwać na krótkie spacery. Ale też zaraz wracałem. Któregoś pięknego dnia wracam ze spacerku do torby, a tam już siedzi kolejny młody Romer. Nie byłoby problemu, gdyby był spokojny, bo mama miała sporo miejsca w torbie. Ale ten mały tak się darł, że trudno było z nim wytrzymać. To był Archie,  mój młodszy brat. Robił tyle hałasu w torbie, że chciał,  nie chciał, musiałem szybko się wynieść z wygodnej miejscówki. Archie na długo rozgościł się w torbie i nie zamierzał jej szybko opuścić. Darł się dniami i nocami, choć nic mu nie było. Cicho w torbie było tylko wtedy, gdy on spał. W poczekalni u mamy już czekała Amy, ale pewnie jak słyszała te wrzaski, to wcale nie miała ochoty pokazywać się na tym świecie.

Dość dobrze zaznajomiłem się ze światem zewnętrznym, gdy Archie w końcu opuścił mamy torbę.

Wyciszył się i był już nad wyraz spokojny. Czasami mi się wydawało, że nawet zbyt spokojny. Amy też tak jak ja, szybko dojrzała do tego, aby pozostawić miejsce w torbie dla następnego małego Romera. Niedługo potem powitaliśmy Paolita, potem Tomiego i na koniec ostatnią, najmłodszą naszą siostrę Mię.

W sumie rodzice nasi doczekali się ośmioro potomstwa. Joshua  i Zoe odstawali od reszty, gdyż byli od nas dużo starsi. Natomiast nasza szóstka: ja, Archie, Amy, Paolito, Tomie i Mia tworzyliśmy zgraną szóstkę. W okolicy inne  dzieciaki wołały na nas banda Romerów. Faktycznie byliśmy jak zwarta ekipa, zawsze razem, zawsze gotowi do zabawy, otwarci na świat, przepełnieni przeróżnymi pomysłami, gotowi na wszystkie wyzwania. Nasze Ranczo tętniło życiem. Tyle dzieci na raz dawno nie było w tym domu. Zawsze byliśmy górą, zawsze wygrywaliśmy, choć nie zawsze fair, ale byliśmy tylko dziećmi. Mieliśmy swój własny Romerowy Świat i nie pozwalaliśmy nikomu go zburzyć. Przeżyliśmy wiele wspólnych przygód, zdarzeń: przyjemnych i smutnych, wzruszających i tak wesołych, że czasami wspominając, jeszcze się z tego śmiejemy. To naprawdę wspaniałe, mówię to z perspektywy czasu, że mogłem się wychowywać w tak licznej gromadzie, nie byłem sam, zawsze mogłem liczyć na każdego z moich braci i sióstr. Byliśmy jak jeden za wszystkich i wszyscy za jednego.

Tak nam zostało do dziś. Nie ważne w jakim zakątku świata jesteśmy, jeżeli któreś z nas potrzebuje pomocy, to wystarczy jeden telefon, jeden sms i kto żyw pędzi na ratunek. Siła więzi braterskiej i siostrzanej jest ogromna. Możemy się kłócić o drobnostki, ale w sprawach ważnych zawsze mamy to samo zdanie. Krew Romerów płynie w każdym z nas i niesie  ogromne ładunki miłości, przyjaźni i wzajemnego szacunku. To są takie wartości, które nigdy nie zginą. Są wyssane z mlekiem matki i przekazywane następnym pokoleniom.

Ale się rozgadałem… ale tak samo wyszło…

Tymczasem miałem opowiedzieć Wam o swoim dzieciństwie, o tym jak spędzaliśmy czas na Ranczo  – my – dzieci Romerów.

Wygląda na to, że o tym opowiem następnym razem.

A więc mara mara i do następnego…

RODZINA ROMERÓW:

moja najstarsza siostra – ZOE

Moja najstarsza siostra Zoe miała wiele cech ciotki Lisy. Od najmłodszych lat była niepokorna, ciągle stawiała na swoim, nie liczyła się z nikim, nawet z nami czyli z młodszym rodzeństwem. Była dla siebie sterem i okrętem. Nie za bardzo chciała się uczyć. Wszyscy mówili, że miała pstro w głowie. Babcia Dolores zawsze powtarzała „ O, kunapipi, co z ciebie dziewczyno wyrośnie ?

Babcia Dolores zwykle mówiła „O, kunapipi”, jak chciała wzmocnić swoją wypowiedź, bądź podkreślić jak bardzo jest zdenerwowana. W języku aborygenów to oznacza mniej więcej „O, matko ty moja !” i odnosi się do żywicielki Matki Ziemi. Babcia Dolores wraz z dziadkiem Maxem mieli przyjaciela  starego Aborygena, który dość często pojawiał się na Ranczo i rozmawiał z nimi w lokalnym języku yimithir. Stąd też to powiedzenie, które i ja również przejąłem od babci.

Rodzice, jak pamiętam, zawsze byli zajęci pracą. Tato miał mnóstwo pracy na ranczo. Mama zajmowała się naszą gromadką, pomagała babci Dolores w prowadzeniu domu, a także opiekowała się najstarszą siostrą dziadka Maxa – ciotką Franny, dopóki ta nie odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. Mama, jak tylko mogła starała się nam to wynagrodzić, ale mając ośmioro dzieci w różnym wieku, trudno było znaleźć czas dla każdego z nas.

Zoe, jak tylko weszła w wiek dojrzewania, stała się jeszcze gorsza. Buntowniczka, która nie chciała słuchać  nikogo i negowała wszystko, co się do niej mówiło. Rodzicom sprawiała mnóstwo kłopotów, a i nas – młodszego rodzeństwo nie oszczędzała. Jedyną osobą w domu, z którą choć trochę się liczyła, był niewiele starszy od niej nasz brat – Joshua. Tylko on mógł z nią spokojnie porozmawiać i mieć jakikolwiek wpływ na to co robiła lub zamierzała zrobić.

Pewnego wieczoru, tata rozmawiał z dziadkiem Maxem i wspólnie doszli do wniosku, że potrzebują pomocnika do jesiennego spędu bydła. Tego roku mieli bydła dwa razy więcej i wiedzieli, że sami nie dadzą rady. Na Ranczo oni dwaj byli zdani tylko na siebie. Najstarszy z nas – Joshua wyjechał z Ranczo, realizując swoje życiowe plany. A Zoe, choć niedługo miała osiągnąć pełnoletność, była drobna, krucha i zupełnie nie nadawała się do pracy przy bydle. Panowie uzgodnili, że dadzą ogłoszenie w lokalnej gazecie, że potrzebują pomocnika na krótki okres do pracy przy bydle.

Nie minęło kilka dni, jak na Ranczo pojawił się Ralph. Był to kawał młodego kangura. Należał do gatunku rudych olbrzymów. My zaś do kangurów szarych. Kangury dzielą się na dwie podstawowe grupy, które różnią się miedzy sobą wielkością i wyglądem. Rudy olbrzym jest koloru jasno brązowego, ma biały pysk i dochodzi do ogromnych rozmiarów. Kangur szary jest też duży, ale drobniejszy od olbrzyma i ma ciemny pysk. Jak w każdej populacji, gatunki się mieszają, tak i w naszej rodzinie szarych kangurów pojawiają się osobniki bardziej podobne do rudych olbrzymów, niż do szarych kangurów.

Wujek Lence miał więcej cech kangura rudego, niż szarego. Dziadek Max też był bardziej podobny do  rudego osobnika, no i mój najmłodszy brat Tomie, też ma w sobie cechy rudego olbrzyma.

Wracając do Ralpha, wyglądał niczym „Pudzian” przed kolejnym starciem. Dziadkowi się spodobał od razu, bo zależało mu na silnym pomocniku. Tata też go zaakceptował i po krótkiej rozmowie, przyjęto go do pracy na Ranczo. Ralph dostał pokoik przy stajni i tam się rozgościł ze swoim niedużym dobytkiem. Zoe zaniosła mu czystą pościel i zaprosiła na kolację. Podczas pierwszego i kolejnych wspólnych posiłków, nie spuszczała z Ralpha wzroku, zahipnotyzowana jego wyglądem zewnętrznym. W powietrzu wisiały kłopoty, na które rodzina nie musiała długo czekać.

Ralph do pracy zbyt się nie garnął. Tata to zauważył od razu, ale ponieważ nie było wyjścia, starał się nie okazywać tego Ralphowi. Po kilku dniach okazało się, że w nocy Ralph zniknął, a Zoe razem z nim. Zostawiła tylko kartkę na swoim łóżku ”Nie szukajcie mnie”.

Ale tata z dziadkiem szukali. Pamiętam, że tego samego dnia, pojechali do Toomoomby, na posterunek policji, zgłaszając porwanie dziewczyny. Problem jednak polegał na tym, że za dwa dni Zoe miała obchodzić osiemnaste urodziny i w zasadzie mogłaby już sama decydować o własnym losie. Nie doczekała na Ranczo swoich urodzin, a szkoda, bo cała rodzina szykowała dla niej wielką niespodziankę.

Po jakimś czasie dostaliśmy od niej kartkę z Perth – miasta leżącego na zachodnim krańcu Australii. Pisała, ze jest z Ralphem, podjęła pracę i jest szczęśliwa.

Po kilku miesiącach przyszła kolejna kartka, tym razem z Adelajdy, miasta na południowym wybrzeżu. Zoe donosiła wówczas, że rozstała się z Ralphem, bo okazał się brutalem, a sama wyjechała do Adelajdy z innym osobnikiem, który był kierowcą ciężarówki. Tam znalazła pracę i jest szczęśliwa.

Takich kartek, pamiętam przyszło na Ranczo jeszcze kilka. Zoe zmieniała miejsca zamieszkania, pracę i partnerów. Babcia załamywała ręce, a rodzice przestali już nawet komentować poczynania Zoe. Wszyscy pogodzili się z faktem, że Zoe wbrew rodzinie, wybrała zupełnie inne życie.

Nasz kontakt się urwał, gdy ja wyjechałem z Ranczo. Dużo później postanowiłem odszukać Zoe. Przefiltrowałem facebooka i znalazłem ją bardzo szybko. Miała bogaty profil i udzielała się na facebooku dość mocno. Dowiedziałem się, że obecnie mieszka nadal w Adelajdzie. Pracuje w  restauracji „La Mancha”,  i ma dwójkę dzieci z jej właścicielem.

No cóż kariery wielkiej nie zrobiła… Może kiedyś ją odwiedzę w Adelajdzie.

 

 

 

RODZINA ROMERÓW

mój najstarszy brat – JOSHUA

 

Moi rodzice Dan i Holy byli po ślubie bardzo szczęśliwi. W rodzinnej kronice Dziadek Max zapisał, że wszyscy z utęsknieniem oczekiwali potomka Romerów. Gdy w końcu okazało się, że urodził się syn, cała rodzina była przeszczęśliwa. Kolejny potomek Romerów przyszedł na świat. Dziadek Max uparł się, aby młody dostał imię po swoim pradziadku Joshu i rodzice zgodzili się nazwać pierworodnego imieniem Joshua.

Młody Joshua nie tylko dostał imię po pradziadku, ale też i charakter. Był uparty, krnąbrny i bardzo impulsywny. Najpierw mówił, a potem się zastanawiał nad tym co powiedział. Już jako dziecko sprawiał kłopoty. Nie chciał się uczyć. Mówił, że nauka mu nie wchodzi do głowy.

Rodzice się martwili, dziadkowie się martwili. Wiadomo było nie od dziś, że najstarszy z rodu syn przejmuje Ranczo po ojcu, po dziadku. Joshua nie przejawiał żadnego zainteresowania pracą na farmie.

I nic nie wskazywało na to, by coś mogło się w tym względzie zmienić. Zaraz po Joshui urodziła się Zoe. Tata wraz dziadkiem Maxem miał dużo pracy na ranczo, mama opiekowała się małą Zoe, a babcia Dolores zajmowała się domem. Joshua był zdany sam na siebie, a właściwie to na towarzystwo innych chłopców z okolicznych farm. Dzieci szybko znajdują się, nawet na tak odludnych miejscach jak farmy w Australii. Joshua szybko nauczył się jeździć na starym skuterze dziadka i często z niego korzystał, jeżdżąc po polnych drogach.

Gdy Zoe podrosła, to zabierał ją ze sobą. Oboje razem dość dobrze się dogadywali. Gdy później na świat przyszedłem ja i nasze młodsze rodzeństwo, Joshua nie okazywał nam żadnego zainteresowania. Była za duża różnica wieku pomiędzy nami. Gdy on był nastolatkiem, my dopiero zaczynaliśmy przygodę ze szkołą.

Joshua i Zoe byli bardzo podobni do siebie.  Oboje mieli swój własny sposób na życie, nie pozwalali zamknąć się w jakichkolwiek ramach i buntowali się przeciw wszystkiemu. Joshua nie zamierzał ani pracować ani zostać na ranczo dłużej niż to było konieczne. Na nic się zdały prośby i groźby zarówno dziadka Maxa jak i naszego taty. Joshua chciał dla siebie łatwiejszego życia. Praca fizyczna go mierziła.

Już jako kilkunastolatek wdał się w jakieś szemrane towarzystwo. Znikał na kilka dni, potem pojawiał się na ranczo. Dysponował gotówką, której raczej nie zarobił w uczciwy sposób. Wszyscy się domyślali, że najprawdopodobniej gra w karty z kolegami i ich ogrywa. Nigdy do tego się nie przyznał, a pieniądze tłumaczył tym, że komuś coś pomógł, coś załatwił i zarobił.

Babcia Dolores załamywała ręce. Dziadek nie raz i nie dwa przemawiał mu do rozumu, ale wszystko było na marne. Mając niecałe 19 lat, Joshua oznajmił, że wraz ze znajomym zaczepili się na statek towarowy i zamierzają popłynąć do Szanghaju. Znajomy ma tam rodzinę i Joshua zamierza tam poszukać swego szczęścia. Opuścił Ranczo, niedługo po tym, nie pożegnawszy się nawet z nami – młodszym rodzeństwem. Właściwie to dla niego nie istnieliśmy.

Później Zoe nam powiedziała, że Joshua dotarł do Szanghaju, że zadomowił się w chińskiej dzielnicy i zarabiał na życie obstawiając jakieś półlegalne walki kogutów czy psów. Generalnie obracał się w światku, co do którego istnienia ani rodzice, ani dziadkowie, a tym bardziej my dzieci, nie mieliśmy żadnego pojęcia.

Za mojego pobytu na Ranczo, Joshua już nie pojawił się w domu. Od czasu do czasu, przysyłał do rodziców jakieś wieści. Informował co u niego. Nie można powiedzieć, że rozstał się z rodziną w gniewie, czy w kłótni. On po prostu nie nadawał się do życia na ranczo. Szukał swojej drogi i najprawdopodobniej ją znalazł.