URLOP W CHORWACJI

Pod koniec sezonu turystycznego w ubiegłym roku czułem się już bardzo zmęczony. Kiedy Celka pochwaliła się, że jedzie z rodziną na urlop do Chorwacji, to zaraz nadstawiłem uszu. W Chorwacji byłem kilka razy. Ostatni raz wiele lat temu, popłynąłem z Boogim i jego paczką w rejs po wyspach Adriatyku. Bardzo fajną przygodę wtedy przeżyliśmy i chętnie bym wrócił w tamte klimaty.

Jak usłyszałem od Celki o tym rodzinnym wyjeździe do Trogiru, to aż serce zabiło mi mocniej, ale nie dałem nic po sobie poznać. Celka jednak się zorientowała, bo powiedziała, że ma miejsce w samochodzie i jakbym bardzo chciał, to mogę z nimi jechać. No, wiecie, mnie, nie trzeba dwa razy powtarzać. Już poczułem ciepłe morze i rozleniwiające słońce. Celka tylko upewniła się, że  jej rodzina nie będzie miała nic przeciwko i klepnęliśmy umowę.

W dwa dni później, spakowałem swój lekko zużyty plecak. Gdyby babcia Dolores wiedziała, że jadę na urlop do Chorwacji, to pewnie znowu by mi kupiła piękną nową chińską walizeczkę. Nie, żebym miał coś przeciwko chińskim walizeczkom, ale jedna już mi kiedyś zepsuła pobyt w Rio.

Wieczorem o ustalonej godzinie do Dębowego Gaju zajechał ciemny samochód. Za kierownicą siedział Bob Budowniczy – mąż Celki ( tak go nazwałem, bo Celka wciąż powtarza, że jej mąż ciągle coś buduje i buduje, a dzieci się skarżą, że buduje dla wszystkich, tylko im nie chce domu wybudować.) Bob to świetny gość, więc już się cieszyłem, że sobie w drodze pogadamy. Na tylnym siedzeniu siedziały dzieci: Mirabelka i Daktylek. Obie zawinięte w koc, poprzypinane pasami, już słodko spały.

Czekała nas całonocna podróż. Przed granicą w Jakuszycach, Celka, tak właściwie pro forma, zapytała, czy mam dokumenty. No pewnie, głupie pytanie, ja – obieżyświat bez dokumentów… I nagle jakby piorun we mnie strzelił. Zobaczyłem scenę: kładę paszport na stół, zadzwonił telefon, poszedłem odebrać go w kuchni, zaraz potem przyjechało auto z rodziną Celki, zabrałem plecak z korytarza i wyszedłem z domu. O, kunapipi, nie zabrałem ze stołu paszportu. No, niemożliwe…  A jednak…            Cóż, musieliśmy się wracać do Dębowego Gaju. Kiedy już miałem paszport w plecaku, rozsiadłem się wygodnie w kącie na tylnej kanapie. Byłem prawie pewien, że teraz to już spokojnie dojedziemy do celu.

Wczesnym rankiem, na dworze jeszcze było ciemno, zatrzymaliśmy się na krótki postój gdzieś na południu Austrii. Młode dalej spały, rodzice wyszli z auta na kawę, ja też postanowiłem rozprostować kości. Po krótkim spacerze wróciłem do samochodu. Otworzyłem tylne drzwi i zdążyłem tylko zauważyć, że Celka przesiadła się do tyłu, gdy nagle rozległ się paniczny krzyk. Już wiedziałem, że to nie Celka. Kobieta darła się niemiłosiernie. Jedyne co zrozumiałem to kaaanguuuur. (Ten wyraz jest prawie identyczny w każdym języku.) No, tak się darła, jakby nigdy kangura nie widziała. Zrozumiałem od razu, że pomyliłem auta. Powiedziałem grzecznie Entschuldigung, bo tyle jeszcze po niemiecku potrafię i wycofałem się. Ale na tym się nie skończyło. Wrzask był tak głośny, że prawie wszyscy na całym parkingu słyszeli. Na szczęście Celka była blisko, złapała mnie za kołnierz, w ekspresowym tempie wrzuciła na tylnie siedzenie ich auta i z piskiem opon ruszyliśmy z tego  parkingu. Znów dałem plamę. Tym razem już obiecałem im, że się odwdzięczę, bo drugi raz w ciągu 12 godzin ratują mnie z opresji.

W końcu dotarliśmy do Trogiru. Dziewczyny wyspane, pełne energii, by zdobywać świat, Bob zmęczony podróżą, a Celka nerwowo szukała zamówionego apartamentu. Okazało się, że jest przy samej plaży, całkiem ładny i przestronny. Trudy podróży zostały wszystkim wynagrodzone. Rodzina się rozpakowywała, a ja wraz ze swoim plecakiem, przeszedłem przez centrum Trogiru, potem przez most i udałem się na otok Ciovo.

Pamiętacie Vladko Kovacevica, który był z nami w rejsie. To stary wilk morski, mieszkający na stałe na Ciovo. Zawsze mnie zapraszał do siebie, to też teraz,  postanowiłem skorzystać z zaproszenia i parę dni spędzić u niego. Miło się spotkać po latach. Vladko jak mnie zobaczył, to sławetna fajka wypadła mu z ust. „Astur, chłopie jak miło cię widzieć po latach.” Przywitał mnie i ogarnął niedźwiedzim uściskiem. „Nie wierzę własnym oczom” Vladko nie mógł się nadziwić, że to ja we własnej osobie, stoję przed nim. „Nada” zawołał do żony, „Przynieść no z ziemianki rakiję, musimy uczcić przyjazd naszego gościa”. Nada, całkiem postawna kobieta w wieku nieokreślonym, przyszła się przywitać. Ścisnęła mi łapę tak, że poczułem wszystkie kości. Oczywiście nie chciała mi zrobić krzywdy, ale miała taką krzepę, że och. Vladkowi tylko współczuć. Cały wieczór  gościliśmy się u Vladka, Nada jeszcze zrobiła porządną kolację i siedzieliśmy z Vladkiem na werandzie  do późnych godzin nocnych popijając rakiję.

. Morze było tak ciepłe i przyjemne, słońce grzało jeszcze dość mocno. No, żyć, nie umierać. Cały dzień byczyłem się na plaży, kąpiąc się w morzu i wygrzewając  w słońcu na przemian. Wieczorem znów z Vladkiem ucztowaliśmy. Tym razem Nada zrobiła pyszne chorwackie danie: coś z rybami, ryżem i warzywami. No mówię Wam pychota. Bukłak rakiji znowu pękł. Jakże się cieszyłem, że nie jestem u Kostasa w Kalambace, bo musiałbym pić z nim ouzo – brrr..  Po kilku dniach pobytu na Ciovo, które w zasadzie były stałe powielanym dniem świstaka, postanowiłem, że pora się pożegnać z gościnnymi Chorwatami i wrócić do Trogiru, do zaprzyjaźnionej rodziny.

 

Następnego dnia koło południa obudziłem się, Vladka ani Nady nie było już w domu. Postanowiłem pójść na plażę

Gdy dotarłem do ich apartamentu, wszyscy właśnie zaliczali sjestę poobiednią na plaży. Dorośli leżeli plackiem na materacach, a młode bawiły się przy rodzinnym legowisku. „O Astur, wróciłeś wreszcie, już się niepokoiliśmy o ciebie” – Celka otworzyła jedno oko, jak usłyszała ruch przy legowisku. „Mamo, tato, patrzcie, Kangurek Asturek wrócił do nas” Mirabelka zawsze potrafiła mnie rozbroić. „Ano jestem, a co u was słychać?” zapytałem grzecznie. Dziewczynki przekrzykiwały się jedna przez drugą, chcąc opowiedzieć mi ze szczegółami przebieg ostatnich kilku dni. Dla nich wszystko było nowe i pełne wrażeń. Ja z kolei raczej nie  chciałem się z nimi dzielić wspomnieniami z ostatnich dni, bo musiałbym albo nakłamać, albo trochę konfabulować, żeby się nie skompromitować.   Za to obiecałem im, a przede wszystkim rodzicom, że zaraz zabiorę je na nurkowanie w wodzie.

Radość była ogromna. Celka i Bob wyrazili swoją aprobatę, mogłem zabrać dziewczynki i przygotować na początkowe nurkowanie. Nic się nie bójcie, kangury świetnie pływają i nurkują, a my dzieci z Ranczo, dzięki wujkowi Frankowi, umiemy to robić perfekcyjnie. Zabraliśmy maski z rurkami i po krótkim instruktażu, zaczęliśmy oglądać przybrzeżny podwodny świat. Zajęło nam to ponad dwie godziny, ale zarówno Mirabelka jak i Daktylek były przeszczęśliwe.

Wieczorem zrobiliśmy ucztę. Vladko dał mi ryby do podsmażenia na grillu. Od Nady dostałem bańkę oliwy z oliwek, tłoczonej na zimno. Taką tłoczarnie ma rodzina Nady mieszkająca w górach i od lat zaopatruje ich w oliwę. Oj, działo się do późnego wieczora. Daktylek padł pierwszy, a Mirabelka wytrzymała pół godziny dłużej. Umęczyłem dzieci, aż wreszcie poszły spać. Bob Budowniczy i Celka byli bardzo zadowoleni z pobytu. Pogoda dopisywała, w ciągu dnia zażywali morskich kąpieli, a wieczorem korzystali z długich spacerów.

Zostały jeszcze dwa dni do powrotu. Musiałem spełnić im swoje obietnice. Następnego dnia wydawało się, że dzień będzie dość pochmurny, więc zabrałem ich do mariny w Trogirze, aby pokazać skąd zaczynaliśmy nasz sławetny rejs po Adriatyku. Akurat na nabrzeżu stała przycumowana nasza Bawaria – 17, którą pływaliśmy. Ale miałem szczęście. Od razu ją rozpoznałem, bo miała  na dziobie w górnej części, duży uszczerbek na rancie burty. Poza tym fok był w kolorze pomarańczowym, co bardzo rzadko zdarza się na jachtach. Opowiedziałem im nasze przygody na rejsie. Nie dało się oczywiście powiedzieć wszystkiego, raz że czasu mało, dwa że dzieci słuchają. A nie były to opowieści dla małolatów. Zresztą Celka już znała te moje historie.

Potem zrobiło się tak gorąco, że zamiast do Starego Trogiru, zabrałem ich na dziką plażę. To aż niewiarygodne, w środku sezonu, na obrzeżu Trogiru, jest mała zamknięta z trzech stron plaża, gdzie nie ma żywej duszy. Można się kąpać w stroju kąpielowym lub bez. Nikogo nie ma i nikt cię nie obserwuje i nie ocenia. Cieszę się, że ich tam zabrałem, bo zobaczyli, że kąpieliska w Chorwacji mogą być całkiem inne od tych, z których wszyscy korzystamy.

Potem udaliśmy się do historycznej części miasta, aby pokazać im to co najbardziej wartościowe. Obejrzeliśmy twierdzę Kamerlengo, pospacerowaliśmy wzdłuż nabrzeża, piękną promenadą, oglądając wspaniałe morskie fury zacumowane przy brzegu. Niektóre tak wypasione, że sam Onasis by się nie powstydził takiego jachtu. Bob nie mógł się napatrzeć na ten jachtowy luksus. Takie były bryki, że życia braknie,  by na nie zarobić, a co dopiero je utrzymać. Ale cóż, kto bogatemu zabroni. Cieszyliśmy oczy tym high lifem, aż w końcu  Celka racjonalnie skomentowała. „Doceńmy to co mamy” dodając, że ich auto wcale nie jest takie ostatnie.

Na koniec zaciągnąłem ich na Plac Katedralny przy bazylice św. Lorenza i tam zaprosiłem do jednej z kafejek. Usiedliśmy na schodach, na specjalnie przygotowanych dla gości poduszkach. Przyszedł kelner i przyjął zamówienie. Dziewczyny, co można się było spodziewać, zamówiły największe porcje lodów. Dostały olbrzymie, bajecznie kolorowe, kręcone kule. Daktylek, aż się ugiął pod ich ciężarem. Patrząc na to Celka już nic nie chciała, bo wiedziała, że więcej jak połowę lodów będzie musiała zjeść za córkę. Natomiast ja z Bobem Budowniczym, nie bacząc na nic, zamówiliśmy po dużym kuflu zimnego jasnego Ożujska.  I więcej szczęścia facetom nie było potrzeba w to gorące popołudnie.

Ostatni dzień spędziliśmy razem w Szybeniku. To bardzo ładne miasteczko z Twierdzą św. Mikołaja górującą nad miastem. Obeszliśmy całą Starówkę. Najdłużej zatrzymaliśmy się przy kościele św. Jakuba. Pokazałem im głowy mieszczan umieszczone na gzymsach kościoła. Każda płaskorzeźba jest inna, każda wzorowana na innym mieszkańcu. Obeszliśmy dookoła kościół ze dwa razy, szukając swojej podobizny. Ja swojej oczywiście nie szukałem, bo wiadomo, że nikt z kangura miary by nie brał…. Ale młode zawzięcie szukały podobizn mamy i taty.

Na koniec dnia jeszcze wróciliśmy do naszego apartamentu. Ostatnia kąpiel w morzu,  ostatni wypoczynek na plaży. Powrót zaplanowany był, tak jak poprzednio. Wyjazd z Trogiru na autostradę i nocna jazda, prosto na północ, do Polski.

Ja udałem się jeszcze na drugi spacer. Chciałem pożegnać się z morzem. Wiedziałem, że jak wrócę w góry, to długo nie będę morza widział. Doszedłem plażą do dzielnicy ekskluzywnych hoteli. Normalnie to bym w ogóle się nie rozglądał, bo co mi tam, Vipem nie jestem i nie szukam towarzystwa z górnej półki. Ale tym razem coś ściągnęło mój wzrok. Najpierw nie bardzo wiedziałem, co mnie tak zaintrygowało, aż wreszcie dotarło do mnie, że na wprost mnie, na leżaku, przykryte ręcznikiem są kangurze stopy.

No, wybaczcie, ale ile kangurów może opalać się w Chorwacji przed  5 gwiazdkowym hotelem? Na myśl przyszła mi moja ciotka Lisa. Ale zaraz, ona już chyba odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. No to kto? Nie, chyba nie… Ale spróbuję…

O, kunapipi !  – krzyknąłem nagle. Wiedziałem, że jeżeli się nie pomyliłem, to zaraz ręcznik odchyli się i prawda wyjdzie na jaw. I nie pomyliłem się. Z leżaka poderwała się moja krewna, czyli najmłodsza siostra mojego taty, ciocia Bonita. „Astur, czy ja dobrze  widzę? Czy to naprawdę ty?” Ciocia  nie mogła uwierzyć, ja zresztą też.

„Tak ciociu, to ja, we własnej osobie”. I choć ciocia Bonita nigdy nie była wylewna, to padliśmy sobie w ramiona. Tak dla przypomnienia powiem tylko, że ciocia Bonita, to ta siostra taty, która wyjechała do Hiszpanii, by na uniwersytecie w Barcelonie uczyć angielskiego, a przy tym jeszcze kilku innych języków. Nie widziałem jej już dość długo, dlatego też nagadać się nie mogliśmy. Okazało się, że ona przyjechała, oczywiście sama, do Chorwacji, aby trochę odpocząć i przede wszystkim zobaczyć ten piękny kraj. Jej wakacje  już się kończą, ale miała w planie jeszcze zobaczyć Dubrownik i za kilka dni stamtąd samolotem wrócić do Barcelony.

Gdy się dowiedziała, co ja tu robię i że w nocy już opuszczam już Chorwację, zaczęła  mnie usilnie namawiać, abym z nią pojechał do Dubrownika. Wiecie, mnie nie trzeba długo prosić. Ja, tak jak moja ciotka Lisa, korzystam z każdej nadarzającej się okazji, która, już może się w życiu nie powtórzyć. Oczywiście się zgodziłem, miałem jeszcze parę dni wolnego, więc lepiej je spędzić tu, niż samemu w Dębowym Gaju.

Szybko pobiegłem z powrotem do  naszego apartamentu. Rodzina już prawie spakowana, dziewczyny jeszcze ostatnie muszelki upychały do auta, Celka jeszcze wymiatała miotłą z apartamentu resztki pobytu, a Bob Budowniczy już czekał w blokach startowych. Szybko poinformowałem ich, że zostaję jeszcze na kilka dni, bo spotkałem swoją ciocię Bonitę i jadę z nią do Dubrownika, a  stamtąd wrócę już do domu. Chyba do końca mi nie uwierzyli. Jak to możliwe, by na chorwackiej plaży spotkały się dwa australijskie kangury i to jeszcze z jednej rodziny. Przypadek jeden na milion. A jednak….

Pożegnałem się ze wszystkimi. Młode się rozmazały, chyba mnie polubiły. Taki dziwny wujek dla nich byłem. Daktylek dał mi na pamiątkę swoją największą, znalezioną na plaży, muszlę. To wielki dla mnie zaszczyt. Mirabelka tak mi się uwiesiła na szyi, że rodzice nie mogli jej ode mnie oderwać. To miłe, bo rzadko mam z dziećmi do czynienia, ale to tylko znaczy, że się sprawdziłem. To mnie bardzo cieszy. Już niedługo zaangażuję się w pracę z dziećmi na stałe i taka, choć krótka, przygoda z młodymi, to dla mnie wspaniała lekcja życia. I podobało mi się też jak mówiły do mnie – kangurek Asturek. Tak, dla dzieci mogę być kangurkiem Asturkiem, dla bliskich przyjaciół też, ale dla reszty….kangur Astur.

Pożegnałem się w końcu z rodziną, pomachałem im na drogę, życząc spokojnej podróży do domu, a sam zabrałem swój plecak i wróciłem do vipowskiego hotelu cioci Bonity. Nazajutrz miałem razem z nią pojechać do Dubrownika.

Ale czy pojechałem?  I co się wtedy wydarzyło?

Opowiem Wam następnym razem.

 

Tymczasem mara mara i do następnego….

 

 

RODZINA ROMERÓW – ja – ASTUR i moje młodsze rodzeństwo

To była pora deszczowa, która w Australii trwa od końca grudnia, do końca marca. Temperatury i ilość opadów są bardzo wysokie, a wilgotność powietrza bardzo uciążliwa. Babcia Dolores przechodziła  uporczywe migreny i dziadek Max poprosił starego Aborygena, aby w wiadomy sobie sposób, pomógł babci pozbyć się tych bóli głowy.  Mama również nie czuła się najlepiej. Do mojego rozwiązania były jeszcze trzy tygodnie, ale ja za wszelką cenę chciałem już być na świecie.

I pośpieszyłem się, zupełnie niepotrzebnie, bo ze szkodą dla samego siebie. Przyszedłem na świat 9 lutego, w tym samym dniu, co ciotka Lisa. Czy to zły, czy dobry znak ?

Jak tylko zobaczyłem światło dzienne, zacząłem się dusić, zupełnie nie mogłem złapać tchu. Wszyscy wkoło byli spanikowani. Nikt nie wiedział co ze mną zrobić. Dopiero dziadek Max wpadł na pomysł, żeby zawołać starego Aborygena, który nad babcią odprawiał jakieś czary. Byłem bardzo słaby, nie miałem wcale siły. Tak bardzo pchałem się na ten świat, że nawet nie pomyślałem, że przecież to jeszcze za wcześnie, jeszcze nie pora. Stary Aborygen wziął mnie na ręce i zaczął potrząsać. Nie wiem o co mu chodziło, ale mnie ze strachu wrócił oddech. Czułem  jak położył mnie na stole i rozpoczął jakiś dziwny rytuał. Coś mamrotał w sobie znanym języku, machał rękami, zupełnie jakby chciał wypędzić ze mnie jakieś złe duchy. Powoli zacząłem się wyciszać. Oddech mi wrócił, mięśnie zaczęły normalnie funkcjonować.

„Będzie żył” usłyszałem jego głos w rozpoznawalnym dla mnie języku. „ Musicie go nazwać As-too-r, co w naszym rodzimym języku znaczy – ten, który stworzony jest do rzeczy wielkich. To imię będzie go niosło przez życie i trzymało zawsze na najwyższych lotach. Nie pozwoli mu spaść, ani uginać się” Rodzice przytaknęli. Zgodziliby się na wszystko, aby tylko mój stan się polepszył.

I tak zostałem  nazwany As-too-r. W wersji czytanej to brzmi Astur i tak zostało, gdyż język aborygeński jest dość skomplikowany w swej pisowni i tata z mamą uznali, że w urzędzie podadzą angielską wersję uproszczoną.

Rodzice wołali na mnie różnie, począwszy od Astura, przez Astusia, Asturka, a młodsze rodzeństwo które przyszło na świat później, mówiło na mnie Tusiek, czy nawet Tusio. Najbardziej ekskluzywna wersja mojego imienia to Asti i ona mi się najbardziej podoba.

Tymczasem chowałem się w torbie u mamy. My torbacze, bo kangury należą do torbaczy, wychowujemy się w kangurzych torbach. Dorosła kangurzyca może mieć w jednym czasie trójkę dzieci i nie będą to trojaczki. Każde dziecko rodzi się tak, jak u każdego ssaka, po czym wędruje samo lub przy pomocy swojej mamy do kangurzej torby. Mamy mają w torbie dwa stanowiska z podwójnym kranem mlecznym. Pierwsze młode ciągnie mleko z jednego kranu i po 2-3 tygodniach pobytu w torbie, może zacząć wyłazić na zewnątrz, ale ma prawo do 3 miesięcy jeszcze wracać do torby, aby sobie odpocząć i pociągnąć z kranu mleka o wysokiej kaloryczności. W tym czasie rodzi się następne młode i również chowa się w torbie, korzystając z drugiego kranu. Jednocześnie w poczekalni już czeka trzecie młode, które jak tylko zwolni się miejsce w torbie, zaraz przychodzi na świat i zajmuje wolne miejsce w maminej kieszeni.

Tak było i ze mną. Dość szybko chciałem oglądać świat i urodziłem się trochę za wcześnie. W torbie było całkiem przyjemnie, ale mnie już ciągnęło, żeby zobaczyć co jest na zewnątrz. Szybko zacząłem wyskakiwać na krótkie spacery. Ale też zaraz wracałem. Któregoś pięknego dnia wracam ze spacerku do torby, a tam już siedzi kolejny młody Romer. Nie byłoby problemu, gdyby był spokojny, bo mama miała sporo miejsca w torbie. Ale ten mały tak się darł, że trudno było z nim wytrzymać. To był Archie,  mój młodszy brat. Robił tyle hałasu w torbie, że chciał,  nie chciał, musiałem szybko się wynieść z wygodnej miejscówki. Archie na długo rozgościł się w torbie i nie zamierzał jej szybko opuścić. Darł się dniami i nocami, choć nic mu nie było. Cicho w torbie było tylko wtedy, gdy on spał. W poczekalni u mamy już czekała Amy, ale pewnie jak słyszała te wrzaski, to wcale nie miała ochoty pokazywać się na tym świecie.

Dość dobrze zaznajomiłem się ze światem zewnętrznym, gdy Archie w końcu opuścił mamy torbę.

Wyciszył się i był już nad wyraz spokojny. Czasami mi się wydawało, że nawet zbyt spokojny. Amy też tak jak ja, szybko dojrzała do tego, aby pozostawić miejsce w torbie dla następnego małego Romera. Niedługo potem powitaliśmy Paolita, potem Tomiego i na koniec ostatnią, najmłodszą naszą siostrę Mię.

W sumie rodzice nasi doczekali się ośmioro potomstwa. Joshua  i Zoe odstawali od reszty, gdyż byli od nas dużo starsi. Natomiast nasza szóstka: ja, Archie, Amy, Paolito, Tomie i Mia tworzyliśmy zgraną szóstkę. W okolicy inne  dzieciaki wołały na nas banda Romerów. Faktycznie byliśmy jak zwarta ekipa, zawsze razem, zawsze gotowi do zabawy, otwarci na świat, przepełnieni przeróżnymi pomysłami, gotowi na wszystkie wyzwania. Nasze Ranczo tętniło życiem. Tyle dzieci na raz dawno nie było w tym domu. Zawsze byliśmy górą, zawsze wygrywaliśmy, choć nie zawsze fair, ale byliśmy tylko dziećmi. Mieliśmy swój własny Romerowy Świat i nie pozwalaliśmy nikomu go zburzyć. Przeżyliśmy wiele wspólnych przygód, zdarzeń: przyjemnych i smutnych, wzruszających i tak wesołych, że czasami wspominając, jeszcze się z tego śmiejemy. To naprawdę wspaniałe, mówię to z perspektywy czasu, że mogłem się wychowywać w tak licznej gromadzie, nie byłem sam, zawsze mogłem liczyć na każdego z moich braci i sióstr. Byliśmy jak jeden za wszystkich i wszyscy za jednego.

Tak nam zostało do dziś. Nie ważne w jakim zakątku świata jesteśmy, jeżeli któreś z nas potrzebuje pomocy, to wystarczy jeden telefon, jeden sms i kto żyw pędzi na ratunek. Siła więzi braterskiej i siostrzanej jest ogromna. Możemy się kłócić o drobnostki, ale w sprawach ważnych zawsze mamy to samo zdanie. Krew Romerów płynie w każdym z nas i niesie  ogromne ładunki miłości, przyjaźni i wzajemnego szacunku. To są takie wartości, które nigdy nie zginą. Są wyssane z mlekiem matki i przekazywane następnym pokoleniom.

Ale się rozgadałem… ale tak samo wyszło…

Tymczasem miałem opowiedzieć Wam o swoim dzieciństwie, o tym jak spędzaliśmy czas na Ranczo  – my – dzieci Romerów.

Wygląda na to, że o tym opowiem następnym razem.

A więc mara mara i do następnego…

ŚWIĘTA GÓRA ULURU W AUSTRALII

Pamiętacie moją ciotkę Lisę, kiedy to po wypadku lotniczym w Szkocji, po śmierci swojego męża, wróciła na Ranczo, by nabrać sił i dojść do siebie, po  traumatycznych wydarzeniach. Byłem wówczas na tyle duży, że rozumiałem ją i pamiętam, jak jej współczułem, kiedy tak siedziała smutna i patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem. Dziadek Max pocieszał swoją siostrę jak mógł, ale nie  potrafił wzbudzić uśmiechu na jej twarzy.

Pewnego dnia pojawił się na Ranczo stary Aborygen. Zwykle przychodził do dziadka, zamykał się z nim i długo rozmawiali. Tego dnia jednak przyszli na werandę do ciotki, która  kolejny dzień siedziała na bujanym fotelu i patrzyła w  dal, nie odzywając się do  nikogo. Dziadek opowiedział swojemu Druhowi, co się wydarzyło w życiu ciotki i prosił starego Aborygena, by pomógł wrócić jej do świata żywych.

Stary Druh spojrzał na  Lisę i stwierdził, że wie jak jej pomóc. Pamiętam, że ciotka nie wykazywała żadnego zainteresowania, była bardzo nieobecna i chyba nie chciała żadnej pomocy. Dziadek jednak  bardzo nalegał i ciotka wysłuchała go w końcu. Aborygen powiedział tylko jedno zdanie. „Pójdziemy do Świętej Góry Uluru, tam dostaniesz pomoc.”

Następnego dnia dziadek i Ciotka Lisa przygotowywali się do wyruszenia w  podróż w głąb Interioru Australii do najważniejszego miejsca kultu Aborygenów. Przyglądałem się temu z wielkim zaciekawieniem. O tym miejscu słyszałem już kilka razy. Nikt z naszej rodziny nigdy tam nie był, tylko stary Aborygen nie raz opowiadał dziadkowi o tym miejscu. Miałem ogromną ochotę pójść z nimi  na tę wyprawę, ale bałem się prosić o to  dziadka. Kręciłem się cały zaś koło nich, aby dowiedzieć się jak najwięcej.

W końcu  stary Aborygen podszedł do mnie i sam powiedział „Ty Asturze, musisz iść z nami. Przed tobą ogromna misja do spełnienia, ale musisz dostać wsparcie, energię życia, która będzie cię wiodła przez zakręcone ścieżki twojej drogi” a do dziadka szepnął „Max spakuj chłopaka, idzie z nami” Rodzice nie protestowali, wiedzieli, że skoro Stary Druh tak zadecydował, to znaczy, że tak ma być.

Wyruszyliśmy skoro świt: Stary Aborygen, ciotka Lisa, dziadek Max i ja. Musieliśmy pokonać prawie 2800 km , aby dotrzeć do Świętej Góry Uluru. Nie wiedzieliśmy co nas będzie czekać po drodze, ale wszyscy ufaliśmy Staremu Druhowi i byliśmy pewni, że w jego towarzystwie nic złego nie może nam się zdarzyć. Jechaliśmy jeepem głównymi drogami. Dziadek Max prowadził auto praktycznie bez przerwy. Stary Aborygen siedział koło niego, ale w zasadzie się nie odzywał. Ciotka Lisa siedziała ze mną na tylnym siedzeniu. Co kilka godzin robiliśmy  przystanki, dziadek odpoczywał, posilaliśmy się i dalej ruszaliśmy w drogę.

Gdy dotarliśmy do Alice Spring był środek nocy. Znaleźliśmy hotel, który użyczył nam pokoi na spoczynek. Przespaliśmy się  i rano ruszyliśmy w dalszą podróż. Minęliśmy miejscowość Yulara i w końcu dotarliśmy do małej wioski. Auto zostało na obrzeżu, a my poszliśmy w kierunku domostw. To była wioska Aborygenów. Stary Druh prowadził nas tak, jakby znał tam wszystkie ścieżki. Ciotkę Lisę zaprowadził do chaty, przed którą stała stara Aborygenka. Gestem dłoni zaprosiła ją do środka. I ciotka Lisa popychana przez Starego Druha zniknęła za ciężką zasłoną powieszoną przy wejściu do chaty.

My zaś poszliśmy dalej. Dopiero przy którejś z kolei chacie, zatrzymaliśmy się i weszliśmy do środka. Okazało się, że chaty należą do mężczyzn i kobiet. Ciotka musiała być w towarzystwie Aborygenki, natomiast my trafiliśmy do chaty, w której mieszkał ktoś ważny w wiosce. Stary Druh przywitał się z nim i krótko mu o nas opowiedział. Zdawało się, że nasz gospodarz już wcześniej wiedział o nas wystarczająco dużo. Przywitał się z nami, a potem wyciągnął długą trąbitę z wydrążonego przez korniki drzewa eukaliptusowego nazywaną przez Aborygenów didgeridoo i zagrzmiał głosem niskim i przeciągłym. Wystraszyłem się wówczas, nie spodziewając się takiego ryku wewnątrz chaty.

Usiedliśmy w centralnej części wokół paleniska, w którym jarzyły się jeszcze drwa. Gospodarz zapalił długą fajkę, potem przekazał ją naszemu Aborygenowi, który zaciągnął się mocno  i na końcu podał ją dziadkowi Maxowi. Palili w milczeniu.

Wszystkie legendy Aborygenów muszą być  wysłuchane w stanie sennego marzenia, stanu, który jest najbardziej korzystny do słuchania i odbioru  wszelkiego rodzaju objaśnień historii z odniesieniem do dnia dzisiejszego. Należy duchowo przenieść się do  Alcheringi czyli Czasu Snu i porozumieć się z duchami, aby móc wszystko dokładnie zrozumieć. Wprowadziwszy nas w taki stan, nasz gospodarz odezwał się najpierw w języku Aborygenów, potem już mówił tylko po angielsku. Zapoznawał nas z magicznym światem  mitologii Aborygenów, historii sięgających wiele tysięcy lat. Opowiadał nam historie z początku powstania świata z epoki Czasu Snu. Tak Aborygeni określają okres, w którym zaczął tworzyć się świat. Opowiadał o religii związanej z naturą i ziemią. Usłyszeliśmy o  Matce Ziemi, której duchy przodków, odgrywający wówczas główną rolę, nadały obecny kształt, a potem stworzyły wszystkie elementy związane z naturą: ciała niebieskie, faunę i florę oraz swoich potomków. Wszystko to działo się w epoce Czasu Snu. To wówczas Kunapipi – duch, matka, patronka wielu ówczesnych bohaterów miała ogromną moc i czuwała nad wszystkim, co powstawało. To ta sama Kunapipi, którą babcia Dolores wzywała, gdy jej się coś nie udawało. Oo ! kunapipi ! – mówiła wówczas

Takie same legendy musiała wysłuchać ciotka Lisa. No może nie takie

same, tylko te przeznaczone dla kobiet.U Aborygenów jest tak, że mężczyźni  opowiadają  legendy dla mężczyzn, a kobiety opowiadają legendy przeznaczone dla kobiet.

 

Wysłuchawszy dość długich opowieści gospodarza, które miały nas przygotować na spotkanie w świętym miejscu, udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia, jeszcze przed  świtem, opuściliśmy chaty, w których nocowaliśmy i udaliśmy się w pieszą pielgrzymkę prosto pod górę Uluru. Gdy wychodziliśmy z wioski, spotkaliśmy ciotkę Lisę, szła w towarzystwie starej Aborygenki. Ciotka wydawała się jakaś  inna. Tak jakby przez  noc nastąpiła już w niej  przemiana. Pobyt w chacie z Aborygenką pozwolił jej zapomnieć o swoim nieszczęściu. I to było widać na jej twarzy.

Wędrówka piesza trwała  ponad dwie godziny, ale gdy dotarliśmy do celu, naszym oczom ukazał się cudowny widok. W promieniach wstającego słońca wyłoniła się góra w kolorze miedzianym mieniącą się wszystkimi odcieniami złota i czerwieni. Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego, fakt, że jeszcze niezbyt długo żyłem na tym świecie. Góra Uluru, w tubylczym języku Aborygenów Anandu nazywa się Oolora – czyli najważniejszy punkt na ziemi, miejsce powstania świata, miejsce spotkań z duchami praprzodków. Pod względem geologicznym, jest to monolit skalny o wysokości ok. 300 m n.p.m. i ok. 8 km w obwodzie.

Gdy słońce było już dość wysoko, wokół góry zaczęli zbierać się turyści, schodzili się ze wszystkich stron. Zaczęło robić się tłoczno. Niestety nie wszyscy potrafili uszanować święte miejsce Aborygenów. Dla niektórych przybyłych, Uluru, to tylko góra w środku Australii, miejsce na piknik, na uprawianie wspinaczki – ot, jedna z wielu atrakcji na Antypodach. Aborygenom serca płakały, gdy patrzyli na to, jak  turyści  zadeptują ich święte miejsce.

Wtedy, gdy my byliśmy pod Uluru, nie było jeszcze zakazu wchodzenia na szczyt. Obecnie rząd Australii ustanowił Park Narodowy Uluru i Kata Tjuta obejmujący Świętą Górę Uluru oraz położoną ok. 30 km dalej, grupę skalną Kata Tjuta, co w języku Aborigenów oznacza wiele głów. Faktycznie jest tam ponad 30 monolitów skalnych. Do Parku wchodzi się z przewodnikiem i najczęściej są to Aborygeni posiadający uprawnienia do oprowadzania turystów po Parku Narodowym. Obecnie już nikt nie spaceruje po górze, nie wspina się na nią. Wszyscy starają się szanować to miejsce i patrzeć na nie z wielkim szacunkiem. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ale wracając z wyprawy po Parku Narodowym Uluru i Kata Tjuta w dobrym guście jest przywieść koszulkę z napisem „I did not climb the Uluru rock”, aniżeli zdjęcie zrobione na szczycie góry.

Zaczęliśmy powoli się zbierać. Nasz przewodnik zaprowadził nas jeszcze do jaskini z południowej strony. Kazał nam wszystkim tam wejść i przez dłuższą chwilę głęboko wdychać powietrze z wnętrza jaskini oraz dotykać ich ścian.

Dla Aborygenów ważna jest równowaga. Żadna z sił, żadne z uczuć, czy emocji nie może przeważać nad drugim. Dopiero gdy uzyska się równowagę, wówczas odzyska się spokój. Do tego dążył nasz aborygeński przewodnik.

Na mnie wszystko to robiło ogromne wrażenie. Nie miałem do tej pory styczności z Aborygenami, ich wierzeniami, duchowością. Jedyny Aborygen, jakiego znałem, to Stary Druh, przyjaciel dziadka, ale i z nim nie miałem wiele do czynienia. Ciotka natomiast, choćby z faktu, że żyła dłużej na świecie niż ja, miała większe doświadczenie w obcowaniu z Aborygenami. Szanowała ich kulturę i religię.

W drodze powrotnej do domu, żartowała, dużo mówiła, opowiadała mi o swoich podróżach. W pewnym momencie poprosiła dziadka, żeby się zatrzymał, bo ona chce pokierować autem. Wracaliśmy na Ranczo we trójkę, Stary Druh pozostał w wiosce Aborygenów. Mówił, że musi jeszcze pozałatwiać parę ważnych spraw. Na pytanie jak wróci do domu, powiedział, żebyśmy się o niego nie martwili. Właściwie to i tak nikt z nas  nie  wiedział, gdzie jest jego dom.

Jakie były moje odczucia po wizycie na Świętej Górze Uluru? Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta góra, choć byłem wtedy jeszcze młody, żeby wszystko zrozumieć. Dziś już wielu rzeczy nie pamiętam. Jedno jest pewne, ta góra ma w sobie moc, jest tam tyle nagromadzonej dobrej energii, że można by nią obdzielić pół Australii. Cokolwiek się tam zdarzyło, to energia promieniuje do dnia dzisiejszego. Jest jak dobre źródło, z którego można czerpać wodę żywą.

Mojej ciotce wizyta na Uluru bardzo pomogła. Otrząsnęła się z marazmu po śmierci męża w wypadku lotniczym, z którego ona wyszła niemal bez szwanku. Dostała taki zastrzyk energii do życia, że po naszym powrocie, spakowała swoje rzeczy i wyjechała do Sydney, gdzie miała dom i pozostawione interesy. Zajęła się porządkowaniem biznesu po mężu, wynajmem kamienicy i wieloma drobnymi sprawami. Z pewnością wróciła do świata żywych. Wizyta w wiosce Aborygenów, rozmowa że starą Aborygenką, a także udział w rytuałach tubylczych, zmienił jej nastawienie do życia.

Dopiero po kilkunastu latach, odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości, pogodzona z losem. Cały swój majątek, który pozostał jej po dwóch mężach, pozostawiła naszej rodzinie na Ranczo. Mój tato otrzymał dom, kamienicę, udziały w firmie przewozowej jej męża, natomiast mnie pozostawiła wszystkie swoje aktywa i lokaty bankowe. Zawsze wiedziałem, że byłem jej ulubieńcem. Ale ja też ją bardzo lubiłem i szanowałem. To była siostra dziadka Maxa, dla mnie taka babcia-ciocia, której rady, sposób bycia,  niosły mnie przez życie i dawały niejednokrotnie poczucie, że wszystko co robię, to robię dobrze. Teraz  z perspektywy czasu, myślę że wizyta na Świętej Górze Aborygenów umocniła mnie w przekonaniu, że nie jestem takim zwykłym  kangurem, ale właśnie takim wyjątkowym, którego życie to misja do spełnienia i ja każdego dnia staram ją wypełniać.

 

RODZINA ROMERÓW:

moja najstarsza siostra – ZOE

Moja najstarsza siostra Zoe miała wiele cech ciotki Lisy. Od najmłodszych lat była niepokorna, ciągle stawiała na swoim, nie liczyła się z nikim, nawet z nami czyli z młodszym rodzeństwem. Była dla siebie sterem i okrętem. Nie za bardzo chciała się uczyć. Wszyscy mówili, że miała pstro w głowie. Babcia Dolores zawsze powtarzała „ O, kunapipi, co z ciebie dziewczyno wyrośnie ?

Babcia Dolores zwykle mówiła „O, kunapipi”, jak chciała wzmocnić swoją wypowiedź, bądź podkreślić jak bardzo jest zdenerwowana. W języku aborygenów to oznacza mniej więcej „O, matko ty moja !” i odnosi się do żywicielki Matki Ziemi. Babcia Dolores wraz z dziadkiem Maxem mieli przyjaciela  starego Aborygena, który dość często pojawiał się na Ranczo i rozmawiał z nimi w lokalnym języku yimithir. Stąd też to powiedzenie, które i ja również przejąłem od babci.

Rodzice, jak pamiętam, zawsze byli zajęci pracą. Tato miał mnóstwo pracy na ranczo. Mama zajmowała się naszą gromadką, pomagała babci Dolores w prowadzeniu domu, a także opiekowała się najstarszą siostrą dziadka Maxa – ciotką Franny, dopóki ta nie odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości. Mama, jak tylko mogła starała się nam to wynagrodzić, ale mając ośmioro dzieci w różnym wieku, trudno było znaleźć czas dla każdego z nas.

Zoe, jak tylko weszła w wiek dojrzewania, stała się jeszcze gorsza. Buntowniczka, która nie chciała słuchać  nikogo i negowała wszystko, co się do niej mówiło. Rodzicom sprawiała mnóstwo kłopotów, a i nas – młodszego rodzeństwo nie oszczędzała. Jedyną osobą w domu, z którą choć trochę się liczyła, był niewiele starszy od niej nasz brat – Joshua. Tylko on mógł z nią spokojnie porozmawiać i mieć jakikolwiek wpływ na to co robiła lub zamierzała zrobić.

Pewnego wieczoru, tata rozmawiał z dziadkiem Maxem i wspólnie doszli do wniosku, że potrzebują pomocnika do jesiennego spędu bydła. Tego roku mieli bydła dwa razy więcej i wiedzieli, że sami nie dadzą rady. Na Ranczo oni dwaj byli zdani tylko na siebie. Najstarszy z nas – Joshua wyjechał z Ranczo, realizując swoje życiowe plany. A Zoe, choć niedługo miała osiągnąć pełnoletność, była drobna, krucha i zupełnie nie nadawała się do pracy przy bydle. Panowie uzgodnili, że dadzą ogłoszenie w lokalnej gazecie, że potrzebują pomocnika na krótki okres do pracy przy bydle.

Nie minęło kilka dni, jak na Ranczo pojawił się Ralph. Był to kawał młodego kangura. Należał do gatunku rudych olbrzymów. My zaś do kangurów szarych. Kangury dzielą się na dwie podstawowe grupy, które różnią się miedzy sobą wielkością i wyglądem. Rudy olbrzym jest koloru jasno brązowego, ma biały pysk i dochodzi do ogromnych rozmiarów. Kangur szary jest też duży, ale drobniejszy od olbrzyma i ma ciemny pysk. Jak w każdej populacji, gatunki się mieszają, tak i w naszej rodzinie szarych kangurów pojawiają się osobniki bardziej podobne do rudych olbrzymów, niż do szarych kangurów.

Wujek Lence miał więcej cech kangura rudego, niż szarego. Dziadek Max też był bardziej podobny do  rudego osobnika, no i mój najmłodszy brat Tomie, też ma w sobie cechy rudego olbrzyma.

Wracając do Ralpha, wyglądał niczym „Pudzian” przed kolejnym starciem. Dziadkowi się spodobał od razu, bo zależało mu na silnym pomocniku. Tata też go zaakceptował i po krótkiej rozmowie, przyjęto go do pracy na Ranczo. Ralph dostał pokoik przy stajni i tam się rozgościł ze swoim niedużym dobytkiem. Zoe zaniosła mu czystą pościel i zaprosiła na kolację. Podczas pierwszego i kolejnych wspólnych posiłków, nie spuszczała z Ralpha wzroku, zahipnotyzowana jego wyglądem zewnętrznym. W powietrzu wisiały kłopoty, na które rodzina nie musiała długo czekać.

Ralph do pracy zbyt się nie garnął. Tata to zauważył od razu, ale ponieważ nie było wyjścia, starał się nie okazywać tego Ralphowi. Po kilku dniach okazało się, że w nocy Ralph zniknął, a Zoe razem z nim. Zostawiła tylko kartkę na swoim łóżku ”Nie szukajcie mnie”.

Ale tata z dziadkiem szukali. Pamiętam, że tego samego dnia, pojechali do Toomoomby, na posterunek policji, zgłaszając porwanie dziewczyny. Problem jednak polegał na tym, że za dwa dni Zoe miała obchodzić osiemnaste urodziny i w zasadzie mogłaby już sama decydować o własnym losie. Nie doczekała na Ranczo swoich urodzin, a szkoda, bo cała rodzina szykowała dla niej wielką niespodziankę.

Po jakimś czasie dostaliśmy od niej kartkę z Perth – miasta leżącego na zachodnim krańcu Australii. Pisała, ze jest z Ralphem, podjęła pracę i jest szczęśliwa.

Po kilku miesiącach przyszła kolejna kartka, tym razem z Adelajdy, miasta na południowym wybrzeżu. Zoe donosiła wówczas, że rozstała się z Ralphem, bo okazał się brutalem, a sama wyjechała do Adelajdy z innym osobnikiem, który był kierowcą ciężarówki. Tam znalazła pracę i jest szczęśliwa.

Takich kartek, pamiętam przyszło na Ranczo jeszcze kilka. Zoe zmieniała miejsca zamieszkania, pracę i partnerów. Babcia załamywała ręce, a rodzice przestali już nawet komentować poczynania Zoe. Wszyscy pogodzili się z faktem, że Zoe wbrew rodzinie, wybrała zupełnie inne życie.

Nasz kontakt się urwał, gdy ja wyjechałem z Ranczo. Dużo później postanowiłem odszukać Zoe. Przefiltrowałem facebooka i znalazłem ją bardzo szybko. Miała bogaty profil i udzielała się na facebooku dość mocno. Dowiedziałem się, że obecnie mieszka nadal w Adelajdzie. Pracuje w  restauracji „La Mancha”,  i ma dwójkę dzieci z jej właścicielem.

No cóż kariery wielkiej nie zrobiła… Może kiedyś ją odwiedzę w Adelajdzie.

 

 

 

ALPAKI Z „ALPAKA SUIT”

Z Alpakami miałem już do czynienia. Kiedyś, dawno temu, wybrałem się do Peru na zaproszenie turysty, dobrego znajomego – Jorge, który był na wycieczce w Nowej Zelandii, podczas gdy ja tam pracowałem. Przez tydzień  pobytu w Kaiteriteri nad Zatoką Tasmana, Jorge zaprzyjaźnił się ze mną, choć byłem od niego dwa razy młodszy. Jorge miał hodowlę alpak w peruwiańskich Andach. Opowiadał o tych alpakach non stop i niejednokrotnie zapraszał mnie do siebie. Kiedyś skorzystałem z okazji  i pojechałem do Peru. Odnalazłem jego farmę, przeżyłem tam wspaniałe chwile. U Jorge poznałem seniora alpaczego, głowę rodu – Liama oraz całą alpaczą rodzinę. Alpaki były wspaniałe, zaprzyjaźniłem się z nimi, a szczególnie z Liamem seniorem – ojcem większości alpak w stadzie. Opowiem Wam o tym pobycie w Peru przy innej okazji.

Gdy usłyszałem, że ekipa z biura wybiera się odwiedzić alpaki, nie mogłem się doczekać wyjazdu. Cieszyłem się jak dziecko na myśl o poznaniu nowych, wspaniałych alpak. Tych słodkich mordek nie zapomina się szybko.

Na miejscu przywitała nas Justa i po krótce przedstawiała profil działalności  firmy „Alpaka Suit”. To co usłyszałem

, trochę mnie zdziwiło, bo nastawiałem się na hodowlę alpak podobną do farmy Jorge w Peru. Tymczasem okazało się, że to zupełnie inna bajka. To nie farma hodowlana, tylko szeroko znana  firma projektująca i wytwarzająca stroje dla alpak. I to nie tylko z ich własnej wełny, ale z różnych produktów naturalnych.  Justa – naczelna projektantka mody alpaczej, projektuje stroje dla alpaczych modelek: ubiory całkiem eleganckie, niektóre zabawne, czasem bardzo awangardowe. Potem sztab specjalistów je wykonuje, z myślą o konkretnych modelkach. Następnie młody, utalentowany, światowej sławy fotograf Lexus robi zdjęcia, które są wysyłane do hodowli alpak na całym świecie. Modele, które najbardziej spodobają się hodowcom są zamawiane w „Alpaka Suit”, potem wykonywane i wysyłane w świat. Biznes się kręci. O takiej firmie to ja jeszcze nie słyszałem, Jorge by się pewnie zdziwił.

Ale cóż, każdy pomysł  jest dobry, byleby przynosił efekty. Wcale nie twierdzę, że to nie jest pomysłowe czy niepotrzebne. Jest po prostu innym spojrzeniem na świat alpak. I to się liczy.

Nie mogłem już wysiedzieć w sali konferencyjnej i doczekać końca prezentacji, tak bardzo chciałem zobaczyć modelki i tego słynnego fotografa. Justa jednak chciała pokazać nam na rzutniku portfolio Lexusa. No, mówię W

am takich zdjęć, to ja w życiu nie widziałem. Istne cuda. Gdybym był fachowcem w tej dziedzinie, to zamówiłbym wszystkie stroje, a przede wszystkim to te  modelki. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, szczególnie w śnieżnobiałej Buni.

Pierwszy pobiegłem na wybieg. Okazało się, że przyjechaliśmy w bardzo dobrym czasie, bo Lexus właśnie przygotowuje modelki do wiosennego sezonu i jest w trakcie sesji zdjęciowej. Justa co prawda mówiła o tym, ale ja zaaferowany modelkami, nie skojarzyłem faktów.

Lexus, poznałem go od razu,  był w swoim żywiole. Biegał z aparatem, sprawdzał światło, ustawiał modelki. Zdjęcia robił w plenerze i słusznie, bo pogoda była piękna, sceneria też była wspaniała, a te modelki…. Podszedłem bliżej, żeby dojrzeć gdzieś Bunię. „ Zabierzcie mi stąd to indywiduum, bo mi światło zasłania ” nagle krzyknął Lexus do ochrony, pokazując na mnie palcem. „ Zaraz, zaraz, nie jestem żadne indywiduum” powiedziałem „Nazywam się Astur Romer i jestem kangurem z Australii” hardo wypiąłem klatę piersiową. „ Haha” – zaśmiał się Lexus i dodał –  „ A ja jestem alpaka z Peru. Różnic

a jest między nami taka, że ja tu jestem spec od reklamy i robię zdjęcia, a ty mi tu przeszkadzasz, więc spadaj stąd i to już”

No cóż, poniekąd miał rację, ale nie dam się tak traktować i to w obecności modelek. „ A ty ważniaku, naprawdę jesteś z Peru, a nie z Koziej Wólki?” – ciągnąłem tę dyskusję tylko po to, by w końcu zobaczyć Bunię w akcji. „Tak samo jak ty z Australii mądralo” – odciął się Lexus „Moja rodzina pochodzi w wysokich Andów w Peru z okolic Macusani, głąbie, a mój dziadek to  głowa rodu hodowli Estancia Almacayo” dodał wyniośle Lexus „ A ty, nawet nie wiesz, gdzie jest Peru” podsumował swój wywód.

No tego, to już było za wiele. Jeszcze mnie obraża ten picuś glancuś. Ja mu zaraz pokażę… I nagle dotarły do mnie ostatnie słowa Lexusa i żarówka mi się zapaliła w głowie. Oh, kunapipi, przecież Estancia Almacayo to ta hodowla, w której ja swego czasu byłem u Jorge Barredy  na jego osobiste zaproszenie do Peru. A ten jego samiec alfa to przecież Liam, czyli Lexus to potomek Liama. O ludzie, jaki świat jest mały. No tego się nie spodziewałem, przyjeżdżając tutaj. Najpierw chciałem nosa utrzeć temu picusiowi z zawiązaną różową chusteczką na szyi, ale jak się zorientowałem z kim mam do czynienia, to zmieniłem taktykę.

„Ty, Lexus, dobrze wiem gdzie jest Peru i nawet tam byłem, a twojego dziadka poznałem i nawet

się z nim zaprzyjaźniłem „Majaczysz kangurku, chcesz mnie udobruchać? Czy podobają ci się moje modelki?”

Ależ irytujący jest ten Lexus – pomyślałem, ale powiedziałem tylko „ Twój dziadek to Liam, szanowany alpaka w hodowli Estancia Almacayo – senior rodu, a mama twoja to pewnie Merida?” Nagle Lexusa jakby piorun uderzył w ten jego czupurny przylizany brylantyną łeb. Stanął jak wryty na sam dźwięk imienia dziadka i mamy i tylko krzyknął do modelek „ Dziewczynki, mamy przerwę na kawę – pół godziny, idźcie przypudrować noski” a do mnie powiedział tylko „ Mam tu mały apartament, chodź ze mną, chyba musimy pogadać” Nie sprzeciwiałem się, choć wolałbym popatrzeć  na Bunię, niż gadać z tym arogantem.

 

Przegadaliśmy 2,5 godziny. Na początku stęsknione modelki wołały pod oknem „Lexiu, czekamy na ciebie”, a gdy Lexus kilka razy je ofuknął, przestały go wołać i uznały, że sesja fotograficzna na dziś zakończona. Okazało się, że z Lexa całkiem fajny gość, choć wielki pozorant. Chcąc mieć wzięcie u modelek, udaje takiego peruwiańskiego macho, żeby czuć się ważniejszym i bardziej lubianym celebrytą. Może to zabrzmi śmiesznie, ale w każdym stadzie musi być taki celebryta Lexus, wtedy wszystkie osobniki znają swoje miejsce i stado jest spełnione.

W końcu moja ekipa mnie wywołała do tablicy, bo czas było wracać. Pożegnałem się z Lexusem, pomachałem modelkom, niestety Bunia mi tylko przemknęła przed oczami. Nie zdążyłem się z nią zaprzyjaźnić, a szkoda.  Ale nic straconego, jeszcze tu wrócę. Mam pewien plan, a jak wypali , to wszyscy na tym skorzystają.

Już w samochodzie wyciągnąłem telefon,  napisałem krótką wiadomość na what’apie do Jorge w Peru, u którego gościłem swego czasu. Szybko dostałem wiadomość zwrotną. „Drogi Asturze, nasz nieodżałowany papa Jorge Barreda odszedł od nas trzy lata temu, jeżeli mogę Ci w czymś pomóc służę uprzejmie. – Julio – syn Jorge Barredy.” „ Witaj Julio, miło Cię słyszeć, bardzo mi przykro z powodu odejścia ojca, wieczorem napiszę do Ciebie maila i wszystko Ci wyłuszczę. Proszę rozważ tę propozycję w gronie rodzinnym, pozdrawiam całą rodzinę i również mojego przyjaciela – starego Liama, jeżeli jeszcze noszą go po farmie jego cztery kopyta.” Astur Romer”

Wieczorem napisałem maila do Julio, opisując mu dzisiejszą wizytę i spotkanie z Lexusem. Opisałem szczegółowo czym się tu zajmuje, gdzie jest zatrudniony i co robi firma „Alpaka Suit”. Wysłałem też parę fotek modelek w strojach „hande made by Justa” . Po kilku dniach dostałem odpowiedź potwierdzającą. Moja radość była ogromna. Udało się… prawie skakałem z radości. Szybko ściągnąłem od Studni telefon do Justy, po to by osobiście jej przekazać dobrą nowinę.

„Halo Justa, tu mówi Astur Romer, byłem z ekipą u Was parę dni temu, a cieszę się, że mnie zapamiętałaś. Posłuchaj załatwiłem Wam kontrakt na ubrania i dodatki dla alpak w Peru – twojego  projektu i wykonania waszej firmy. Za parę dni zgłosi się do was menager hodowli Estancia Almacayo w Peru i ustali warunki. Oni są zainteresowani ogromną dostawą, bo mają kilka tysięcy sztuk alpak w swojej hodowli  i sprzedają je za granicę. Są również zainteresowani sprowadzeniem Lexusa do hodowli, aby porobił profesjonalne zdjęcia ich samicom. I co Ty na to ?” W słuchawce nie słyszałem nawet szmeru, Justa chyba nabrała powietrza i nie była  w stanie go wypuścić. Po chwili dotarł do mnie prawie szept „ Astur ty sobie  żartujesz ze mnie, prawda ?” „Justa, nie, naprawdę nie, sama zobaczysz jak Julio Barreda się z tobą skontaktuje.”  I tak to zostawiłem, a sam  się uśmiechnąłem do siebie.

Znowu zrobiłem coś dobrego dla innych, tak jak to było mi pisane…