w skrócie:

CO TO JEST PUSZTA?

Puszta to inaczej bezleśny obszar stepowy porośnięty trawą. W różnych regionach świata taki obszar nazywany jest prerią, pampą czy pampasami. Na takim terenie nie znajdziemy żadnych drzew ani wysokich krzewów. Roślinność jest przeważnie trawiasta.

Puszta
puszta

WĘGIERSKA PUSZTA

Na Węgrzech puszta leży w północnowschodniej części kraju na Wielkiej Nizinie Węgierskiej w dolinie środkowego biegu rzeki Cisy. Przeważającą jej część zajmują pastwiska, które stanowią bogate zaplecze dla hodowców bydła, trzody a przede wszystkim koni.

ŻYCIE NA PUSZCIE

Puszta od wieków wykorzystywana jest przez człowieka, choć wydawałoby się, że brak różnorodnej  roślinności spowoduje brak zainteresowania ludzi tym terenem. Nic bardziej mylnego. Okoliczni mieszkańcy wykorzystywali od stuleci te ogromne obszary pokryte trawiastą roślinnością do wypasania zwierząt. Tradycja pasterska jest obecnym modelem życia do dnia dzisiejszego na tym terenie. Najbardziej popularne są hodowle koni, które wspaniałe czują się na dużej przestrzeni, mogą bez przeszkód galopować po stepie i mają pod dostatkiem paszy. Oprócz koni na puszcie możemy spotkać bydło i owce. Charakterystyczne dla węgierskiej puszty jest węgierskie bydło srebrno-szare o długich rogach oraz owce śruborogie tzw. racki.

Konie z Puszty
konie z puszty
owca śruboroga
owca śruboroga
krowa z Puszty
krowa z puszty

CSIKOSI ( CZIKOSI ) – WĘGIERSCY KOWBOJE

Pasterze zajmujący się zwierzętami na puszcie od zawsze byli zhierarchizowani. Najważniejsi byli ci, którzy zajmowali się końmi. Wyróżniali się oni zarówno strojami jak większym poważaniem wśród okolicznej ludności. Csikosi, bo tak ich nazywano, nosili stroje w kolorze niebieskim. Byli zamożniejsi od innych i mogli pozwolić sobie na farbowanie tkanin, z których szyto im szerokie sukmany. To wyróżniało ich od innych pasterzy. Dla porównania, pozostali pasterze nosili odzienie w kolorze białym, gdyż włókno bielone było najtańsze. Dzisiaj, prawdziwi csikosi noszą szerokie, marszczone, niebieskie szarawary (spodnie zrobione z min. 6 metrów tkaniny), do tego długa ciemna marynarka na co dzień, a od święta również niebieska koszula z bardzo szerokimi rękawami oraz czarny kapelusz z wywiniętym do góry rondem oraz piórkiem. Na obrzeżach puszty znajdują się liczne rancza, w których hoduje się konie. Osoby zajmujące się końmi, to współcześni csikosi, którzy oprócz doglądania koni, potrafią wytresować konie tak, aby wykonywały one różne polecenia, potrafią ujeżdżać konie w specyficzny, wręcz cyrkowy sposób. Dla potrzeb turystów prowadzą przejażdżki bryczkami po puszcie, wykonują różne pokazy jeżdzieckie. Największą i najtrudniejszą umiejętnością csikosa jest prowadzenie  zaprzęgu 5 koni, stojąc obiema nogami na dwóch końskich zadach. Taki widok to prawdziwa pocztówka z węgierskiej puszty.

Csikas na 5-konnym zaprzęgu
Csikos na 5-konnym zaprzęgu

PARK NARODOWY HORTOBÁGY

Puszta węgierska to przede wszystkim wydzielony obszar najstarszego Węgierskiego Parku Narodowego Hortobágy. To tu, na rozległym terenie o niezmąconym krajobrazie, gdzie wokół unosi się zapach ziół, gdzie najwyższym punktem na horyzoncie są kołyszące się studzienne żurawie, pasą się stada koni, bydła czy owiec. Na widnokręgu pojawiają się jeźdźcy na koniach pilnujący stad. Na hortobadzkich stawach rybnych i uprawnych polach można spotkać wiele gatunków ptaków. Do tradycji należą  październikowe przeloty tysięcy żurawi, dla których teren Parku Narodowego stanowi miejsce spoczynku podczas długiej podróży na południe. 

lecące żurawie
lecące żurawie
żuraw studzienny
żuraw studzienny

MIEJSCOWOŚĆ HORTOBÁGY

Hortobágy to serce Parku Narodowego. Tutaj znajduje się szpital dla ptaków oraz miejsce ich rehabilitacji po leczeniu. Tu można obejrzeć multimedialną wystawę przyrodniczą, a w Muzeum Pasterza poznać życie pasterzy na puszcie na przełomie wieków. W Hortobágy codziennie wystawiają swoje kramy lokalni producenci sprzedający swoje wyroby, a także pamiątki związane z pusztą. Kilka razy w roku odbywają się festyny, podczas których zjeżdżają się kupcy z całych Węgier, sprzedając swoje towary. Organizowane są pokazy jeździeckie i wieczory pasterskie. W csardzie (karczmie) w Hortobágy, która działa nieprzerwanie od ponad 300 lat w odnowionym zabytkowym budynku, można spróbować pasterskich potraw z wołowiny z szarego bydła, baraniny z owiec racka czy z tutejszych ryb, okraszonych lokalnymi palinkami czy winami. Sama csarda znajduje się na brzegu rzeki Hortobágy, na której stoi kamienny most o dziewięciu przęsłach. Ma on 167 m długości i jest najdłuższym kamiennym drogowym mostem na Węgrzech. 

most Hortobagy
most w Hortobágy

Atrakcje dla turystów

Na turystów przyjeżdżających w okolice Hortobágy czeka naprawdę wiele atrakcji: przejażdżka konnym zaprzęgiem po puszcie, obserwacja srebrno-szarych krów czy przemieszczających się w szybkim tempie owiec śruborogich, udział w pokazach jeździeckich csikosów czy degustacja tradycyjnych potraw pasterskich jak slambuc czy zupa z kociołka – bogracs.

Kiedy do puszty?

To wszystko będziecie mogli sami zobaczyć, posmakować i przeżyć, uczestnicząc w naszej Majówce do Hajdúszoboszló, Debreczyna, Hortobágy i Egeru. Oferta już niedługo pojawi się na naszej stronie www.

Kraina, która trzeba odwiedzić.

Piaskowcowe skały, malownicze ostańce wulkaniczne o przeróżnych kształtach, pachnące lasy, unoszące się poranne mgły nad polami i miastami, niewielkie wioseczki z unikatowymi domkami a nad wszystkim górują tajemnicze ruiny. Brzmi jak sceneria filmu? A tymczasem to prawdziwe i wyjątkowe miejsce, które każdy z poszukiwaczy przygód powinien odwiedzić i zobaczyć – Góry Żytawskie.

W skrócie

Gdzie te góry?

Położona w południowo – wschodniej części Saksonii kraina jest niejako młodszą kuzynką Saksońskiej Szwajcarii, nieco mniej znaną ale za to bardzo urokliwą. Nazywane potocznie „Stykiem Trzech Granic” – Góry Żytawskie są rzeczywistym spotkaniem trzech krajów: Niemiec, Czech i Polski, spotkaniem różnych krajobrazów, kultur i mieszkańców. Oprócz unikalnej przyrody i wspaniałych krajobrazów, spotkamy tu liczne szlaki turystyczne, dydaktyczne i malownicze miasta i wioski. Wśród tych ostatnich na pierwszy plan nie wątpliwie wysuwa się stolica regionu Żytawa.

Żytawa – Zittau

Zittau
Zittau

Żytawa (Zittau) jest niewielkim miastem położonym tuż przy granicy polsko-niemieckiej o bardzo bogatej i różnorodnej historii. Jako osada związana była z Łużycami Górnymi i Śląskiem, będąc jednocześnie pod panowaniem czeskim, węgierskim i saskim. O tych rozmaitych dziejach przypomina nam dzisiaj herb miasta zawierający jednocześnie czeskiego lwa i śląskiego orła. Samo miasteczko jest bardzo ciekawe. Spacerując uliczkami warto odwiedzić Dom Solny, renesansowy ratusz czy klasztor franciszkanów, ale także liczne kościoły, a wśród nich Kościół św. Krzyża kryjący w sobie wielki skarb. Tym skarbem jest niewątpliwie Wielka Zasłona Wielkopostna, którą w średniowieczu używano do przykrywania ołtarza w okresie wielkopostnym. Żytawski skarb jest niewątpliwie unikatowym. Zasłona została wykonana w XV wieku i umieszczono na niej 90 scen ze Starego i Nowego Testamentu. Warto ja zobaczyć i jednocześnie wysłuchać burzliwej historii, której była świadkiem.

herb Zittau
herb Zittau

Oprócz głównej części miasta warto również udać się do dzielnicy Pop-Art, gdzie spotkamy zabudowę iście z epoki socjalizmu, ale nie taka szarą i przygnebiającą, a …… bardzo intrygującą. Dlaczego? Tego nie da się opisać – to trzeba zobaczyć. Jednym słowem – każdy z bloków został podrasowany, przybierając różne kolory i dekoracje w postaci zwierząt, centaurów i innych elfów 😊. Inny świat.

Oybin

Oybin
Oybin

Kolejnym pięknym żytawskim miasteczkiem jest Oybin wraz z górującym nad nim wzniesieniem o niebywałym kształcie ula, na którym znajdują się ruiny zamku króla Karola IV Luksemburskiego wraz z częścią XIV klasztoru. Na szczyt wzniesienia prowadzą dość wymagające kamienne schodki, które wprowadzają w kolejny bajkowy krajobraz – niepowtarzalne widoki. Dlatego tez nie ma się co dziwić, ze to właśnie góra Oybin jest miejscem wycieczek i odwiedzin przez rzesze turystów.

Kościół Górski

Przy wejściu na szczyt spotkamy barokowy Kościół górski, który zaskoczy niejednego odwiedzającego. Po wejściu do środka zamiast standardowej podłogi napotkamy schody schodzące w dół ku ołtarzowi, a zasiadając w ławkach mamy wrażenie istnej teatralności. Skąd takie rozwiązanie? Odpowiedź jest prosta, usytuowanie kościółka na zboczu góry umożliwiło wprowadzenie takiego rozwiązania architektonicznego. A wizualnie – cudo.

Ruiny zamku Karola IV

Po wejściu na Oybin natkniemy się na ruiny zamku, który został zbudowany w XIII w, a następnie rozbudowany przez króla czeskiego Karola IV. Niestety zamek jest dzisiaj ruiną, niemniej jednak po pozostałościach można sobie wyobrazić jego wielkość i świetność.  Niedaleko zamku napotkamy również pozostałości klasztoru celestynów, których na to miejsce sprowadził Karol IV. Za wiele niestety po nich nie pozostało, ale ruiny kościoła, krużganki czy wieża sprawiają, że i tak przeniesiemy się w czasie.

Oybin - ruiny zamku Karola IV
Oybin – ruiny zamku Karola IV
Oybin kielichy kamienne
Oybin kielichy kamienne

Pozostałe atrakcje

Bardzo malowniczy jest natomiast szlak spacerowy prowadzący ze szczytu do miasteczka. Oprócz majestatycznych murów możemy podziwiać z niego piękną panoramę miasteczka, po którym naprawdę warto się przespacerować. Zadbana, stara zabudowa, domy przysłupowe i niepowtarzalna atmosfera – to właśnie klimat Oybinu. Koniecznie trzeba tu spędzić choć chwilę.

Niedaleko Oybinu znajdują się bardzo ciekawe formacje skalne – olbrzymie kielichy kamienne o ceglastej barwie (Kelchstein). Swoją urodą przyciągają rzesze turystów i nie ma się co dziwić, gdyż drugich takich nie znajdziemy nigdzie indziej. Fotogeniczne i niespotykanie miejsce.

Jonsdorf

Góry Żytawskie to również Jonsdorf, mogący pochwalić się malowniczymi domami przysłupowymi, ale także ciekawą okolicą. Stąd możemy dostać się do wymownego miejsca – Skał Zakonnic, które z dala wyglądają na ostre, najeżone i groźne. W rzeczywistości zaoferują nam niebywałe widoki z platformy widokowej na Jonsdorf i okolice. Nie zapominajmy, że teren ten to dawny kamieniołom, z którego pozyskiwany kamień wykorzystywano do tworzenia młyńskich kół, a więc ważne miejsce. Dziś prowadzi tędy ścieżka dydaktyczna z najciekawszą atrakcją w postaci skalnego miasta. Ale nie tylko, pamiętajmy, że miasteczko to swoją karierę zrobiło dzięki krioterapii, leczeniem zimną wodą a także sportom zimowym. Dziś ciche, spokojne i jednocześnie urocze.

kolej wąskotorowa
kolej wąskotorowa

Kolej wąskotorowa

I oczywiście nie może zabraknąć wzmianki o Żytawskiej Kolei Wąskotorowej, która rusza z niewielkiej stacji obok dworca w Żytawie i może nas dowieść zarówno do Oybina jaki i do Jonsdorfu. Jest to niesamowita atrakcja, zwłaszcza ze względu na odkryty wagon, który dostarcza mega przeżyć. W towarzystwie wietrznych podmuchów, bajecznych krajobrazów można podziwiać piękno tej krainy.

Góry Żytawskie – tajemnicze, bajkowe, ciekawe. Jeśli nie byliście tam jeszcze, to nic straconego.

Zapraszamy na wspólną wycieczkę 06.11.2021

Amy urodziła się zaraz po Archiem. Wniosła do naszej rodziny wiele radości. Była bardzo pogodnym dzieckiem, zawsze uśmiechnięta, nie marudząca, nie płaczącą,  zadowolona ze wszystkiego. Rodzice i dziadkowie bardzo cieszyli się z jej przyjścia na świat, ponieważ była całkowitym przeciwieństwem swej starszej siostry Zoe, która nie była wdzięcznym dzieckiem.  

Dzieciństwo Amy

Amy od samego początku lgnęła do kobiet. Była ulubienicą babci Dolores. Większość czasu spędzała z nią. Mama ciągle miała obowiązki związane z młodszym rodzeństwem, więc nie mogła Amy poświęcać zbyt wiele czasu. Natomiast babcia miała go dla wnuczki aż nadto. Uczyła Amy szyć, robić na drutach, haftować i wiele jeszcze innych babskich zajęć. Amy bardzo chętnie przysposabiała te trudne czynności. Najlepiej lubiła szyć ubranka dla lalek. Miała ich kilka do zabawy. Zoe nigdy lalkami się nie bawiła, więc oprócz swoich lalek, Amy miała jeszcze do dyspozycji lalki Zoe. Z małych ścinków materiałów szyła im sukienki, spódniczki i inne fatałaszki. Robiła na drutach czapeczki, szaliki. Babcia Dolores zaszczepiła w niej chęć do wszelakich robótek ręcznych. Pomagała, doradzała, uczyła. Amy też znajdowała czas na to, by bawić się z nami. Należała do naszego gangu Romerów i również świetnie sprawdzała się w roli chłopaka.

Czasy szkolne

Z czasem, gdy Amy podrosła, zaczęła sobie szyć sama, najpierw proste ubrania, a potem wymyślała skomplikowane stroje. Gdy przyszedł czas na zamianę domowej szkoły z lekcjami przez radio, postanowiła,  że pójdzie do szkoły odzieżowej, aby nauczyć się doskonale szyć. Chciała zostać krawcową, ale nie taką zwykłą, tylko taką, co szyje ekstrawaganckie ubrania. Rodzice znaleźli jej taką szkołę w Melbourne. Szybko okazało się, że szycie ubrań już nie jest tak ekscytujące, jak ich wymyślanie. Amy, po pierwszym roku szkoły, sama przeniosła się na projektowanie odzieży. Tu mogła się realizować w nieograniczony sposób.

Podczas pięciu lat nauki, Amy wielokrotnie brała udział w różnych konkursach organizowanych w całym kraju. Zdobywała dla swojej szkoły nagrody. Projektowała damską odzież, a szczególnie upodobała sobie sukienki. Wymyślała takie wzory, że nie powstydziłby się ich wybitny projektant mody. Miała faktycznie talent.

Będąc już na ostatnim roku, wzięła udział w prestiżowym międzynarodowym konkursie dla młodych talentów. Jej projekt sukni balowej zyskał aprobatę australijskiego jury i został przesłany do dalszego etapu konkursu, do Paryża. Gdy się dowiedziała, że jej suknia wygrała konkurs i była najlepiej oceniona z 50 innych projektów z całego świata, wprost nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Nagrodą był wyjazd do Paryża i roczny kontrakt w pracowni Pierra Cardin’a.

Kariera projektantki mody

I tak, zaraz po ukończeniu szkoły, Amy wyjechała do Francji. Ten roczny pobyt w zespole Pierra Cardin’a  przedłużono jej  jeszcze o trzy lata. Była bardzo docenianą przez samego szefa asystentką w zespole projektantów. Nie dość, że miała  wspaniałe pomysły, to jeszcze potrafiła je realizować, szyjąc sama wzory modeli. Bardzo szybko nauczyła się języka francuskiego. Miała satysfakcjonującą pracę, dobrze płatną i mogła się spokojnie sama utrzymać z dala od rodziny w Australii. Po niedługim czasie kupiła sobie mieszkanie i była już całkiem niezależna.

Gdy skończyła jej się umowa z firmą Cardin, nie chciała już dalej jej przedłużać, choć propozycja była kusząca finansowo. Amy chciała spróbować swoich sił, jako niezależna projektantka. Na początku trudno jej było przebić się na rynku modowym, ale z czasem zdobywała coraz większą klientelę. Otworzyła w Paryżu swój salon z sukniami i cały czas rozwija się zawodowo. Pewnie kiedyś usłyszycie o marce damskiej odzieży Amy Romer. Projekty sukienek z taką metką wychodzą z pod pióra mojej siostry Amy, a ja jestem z tego bardzo dumny. Moja rodzina również…

RODZINA ROMERÓW – mój brat ARCHIE

Archie był w kolejności moim drugim bratem. To on wygonił mnie z torby mamy. Tak się darł przez cały czas, że postanowiłem szybciej opuścić spokojną miejscówkę. Pamiętacie jak Wam opowiadałem, że kangury to torbacze i noszą swoje dzieci w torbach. Mama może nosić dwoje dzieci na raz. Przy czym jedno sobie dorasta spokojnie, a drugie już wychodzi na spacery. Wraca do torby, pod warunkiem, że brat czy siostra zachowują ciszę nocną i nie wrzeszczą przez cały czas.

No cóż, u nas musiało tak właśnie być. Ale dzięki temu miałem więcej czasu na poznanie świata. I z tego się cieszę najbardziej. Archie był moim przeciwieństwem, nie śpieszył się na ten świat, pasowało mu siedzenie w torbie i wykorzystał to maksymalnie. Gdy opuszczał mamy torbę, był już całkiem duży.

Siedzenie w torbie w samotności sprawiło, że jako dziecko był dość nieśmiały i zamknięty w sobie. Dużo czasu mnie kosztowało, aby go rozruszać i sprawić, by śmiał się i cieszył ze wszystkiego, tak jak reszta dzieciaków. Ale udało się i potem Archie już nie odstawał od reszty rodzeństwa. Banda Romerów, tak nas nazywały inne dzieci w sąsiedztwie. Była nas szóstka ( nie liczę Joshuy i Zoe, bo oni byli dużo starsi od nas i nie bawili się z nami ). Zawsze stanowiliśmy przewagę, gdy dochodziło do konfrontacji między rówieśnikami.

Archie od małego lubił przyrodę. Najlepiej się czuł pośród kwiatków, drzew i właściwie pośród wszystkich roślin. Mógł z nimi rozmawiać, opowiadać im  różne rzeczy. One go słuchały, ale nie wyśmiewały się z niego, jak powiedział coś głupiego, nie szturchały go. Były nieme, ale cierpliwe. Zbierał kwiatki, listki, suszył je i układał w albumy. Oznaczał, podpisywał ( gdy już umiał pisać ) i tworzył swego rodzaju zielniki z tych suszonych roślin. Najlepiej lubił biologię w naszej domowej szkole. Wówczas to on najwięcej zabierał głos na lekcjach. Zadawał pytania nauczycielce dotyczące wszystkiego co nas otacza i czasami stawiał ją w kłopotliwej sytuacji, gdy nie znała odpowiedzi. Reszta dzieci była z tego bardzo zadowolona, bo biologia zawsze nam mijała bardzo szybko.

Archie nie był typem lubiącym sport. We wszystkich siłowych dyscyplinach, jakie uprawiają dzieci, zawsze zajmował ostatnie miejsca, ale i tak był bardzo dumny z tego, że udało mu się dobrnąć do końca.

Zwykle tak było podczas zawodów, jakie urządzał nam wujek Frank – młodszy brat taty. Frank był lekkoatletą i to wielce zasłużonym. Brał udział nawet w olimpiadach i zdobywał medale w biegach na krótkich dystansach. Był niesamowicie szybki. Na co dzień trenował w Sydney. Ale bywało, że przyjeżdżał na ranczo na dwa lub trzy dni i wówczas organizował nam domowe igrzyska sportowe.

Wszystkie dzieci chętnie brały udział w zawodach, nawet najmłodsza Mia. Archie też się garnął do zawodów, traktował je jak zabawę. Nie miał ani kondycji, ani talentu do sportu, szczególnie do lekkoatletyki. Był ociężały, choć wagowo nie odbiegał od reszty dzieciaków, był po prostu bardzo powolny. Nie przeszkadzało mu to, by bawić  się z nami i cieszyć, gdy dobiegał do końca, czy skoczył w dal, choć wynik sportowy był bardzo słaby. Wujek Frank jednak nagradzał wszystkich uczestników w zawodach. Przygotowywał medale i na koniec wręczał je każdemu. Mieliśmy podium ze skrzynek, ale takie specjalne Romerowe – na sześć miejsc. Każdy kolekcjonował swoje medale i potem podczas innych zabaw, chwaliliśmy się między sobą i porównywaliśmy je. Najlepszy był oczywiście złoty medal, potem srebrny, brązowy, miedziany, stalowy i blaszany. Ja, nie chwaląc się, miałem najwięcej złotych, a Archie, niestety, najwięcej blaszanych.  Ale to nie miało znaczenia.

Dzięki wujkowi Frankowi, uczyliśmy się zdrowej rywalizacji, wygrywania i przegrywania. I to było najważniejsze. Gdy później przyszło nam w życiu, zmierzyć się z porażką, czy sukcesem, było łatwiej. Znaliśmy smak zwycięstwa i smak porażki.

Gdy podrośliśmy już na tyle, że szkoła zdalna przestała nam wystarczać, musieliśmy wybrać dalszą szkołę w Brisbane. Rodzice nie naciskali na nas, nie narzucali nam swoich preferencji. Sami musieliśmy dokonywać wyborów. Archie wybrał college o profilu przyrodniczym. Cieszył się na samą myśl, że będzie mógł pogłębiać swoją wiedzę botaniczną. Tymczasem okazało się, że szkoła oferowała wiele innych dyscyplin i była bardzo dobrze przygotowana do kształcenia młodzieży w wielu dziedzinach. Podczas kilku lat nauki preferencje Archiego uległy zmianie. Co prawda dalej botanika była oczkiem w głowie, ale coraz więcej czasu spędzał na zajęciach technicznych. Na koniec nauki okazało się, że swoje zawodowe życie chce poświęcić technice, a nie roślinom.

Dziwiło to rodzinę bardzo, ale cóż, gusta się zmieniają z wiekiem. Rodzice byli bardzo tolerancyjni wobec nas wszystkich. I to bardzo w nich cenię do dziś. Tradycja w rodzinie Romerów – to świętość. Pisanie kroniki, czy przekazywanie symbolicznych kluczy do Rancza, to obowiązek każdego pokolenia. Niejednokrotnie czytałem w kronice rodzinnej, jak ojciec przekazywał synowi pierworodnemu ster na Ranczo. A u nas, odkąd sięgnę pamięcią, nic takiego się nie działo. Rodzicom urodziło się ośmioro dzieci, dziadek Max i babcia Dolores, byli przy narodzinach każdego z nas. I nigdy nie słyszałem, aby któryś z synów został przez ojca naznaczony na następcę. Fakt, nigdy też się nad tym nie zastanawiałem.

Joshua jako najstarszy, powinien zgodnie z tradycją, przejąć po ojcu Ranczo. Niestety, ale on w bardzo młodym wieku, opuścił dom rodzinny i chyba nie miał nigdy zamiaru zajmować się gospodarką. Potem była Zoe, która w ogóle się nie nadawała do pracy na farmie i zresztą też szybko opuściła ranczo razem z niefortunnie przyjętym pracownikiem sezonowym – Ralphem. Mnie nigdy ani tato, ani dziadek nawet nie zadali pytania, czy chciałbym kontynuować rodzinną tradycję. Zresztą i tak nie chciałem. Archie na początku z tą swoją botaniką, może i by się w końcu nadał na farmera, ale potem od niej odstąpił i został inżynierem. Zaczął pracować i  pracuje do dziś w Zakładach Metalowych w Brisbane, pnąc się po szczeblach kariery. Paolito nie przejawiał żadnego zainteresowania rolnictwem i hodowlą. Dziewczyny z góry były przekreślone, chyba, że wyszłyby za mąż za osiłków, którzy by chętnie pracowali na farmie. Ale to już nie byliby Romerowie. Pozostał tylko Tomie, który owszem lubił zwierzęta, ale co innego lubić psa czy kota, a co innego prowadzić ogromne ranczo. I tu się pojawiał problem, który musieli rozwiązać rodzice. A oni milczeli i nie dawali po sobie poznać, nawet gdyby już mieli wówczas jakieś plany.

Los potem sam rozstrzygnął ten dylemat rodzinny, ale o tym opowiem Wam innym razem.

Tymczasem mara mara ….

Witajcie,

Dziś wyruszamy na Szlak Piastowski. Niestety nie zdołamy całego Szlaku zwiedzić w jeden weekend. Skupimy się na Ostrowie Lednickim, Gnieźnie, Biskupinie i na koniec zawitamy do Wenecji. Zaczynamy więc od początków Państwa Polskiego, które związane jest z przyjęciem  chrztu przez księcia Mieszka I, władającym wówczas  zjednoczonymi ziemiami obecnych Kujaw i Wielkopolski. Kroniki źródłowe podają różne daty przyjęcia chrztu, rozbieżność w czasie jest kilkuletnia. Aby  ujednolicić tę datę, przyjęto rok 966 jako rok przyjęcia Chrztu przez Polskę oraz  wiary katolickiej.  Nie ma też zgodności źródłowej, gdzie miała miejsce ta uroczystość. Pod uwagę bierze się katedrę w Poznaniu na Ostrowie Tumskim, katedrę w Gnieźnie oraz pallatium Mieszka I na Ostrowie Lednickim.

Naszą podróż zaczniemy właśnie od Ostrowa Lednickiego. Dzieciaki gotowe, zarówno Krystianek jak i Nelcia nie mogły doczekać się kolejnej podróży z babcią. Tym razem też będzie ciekawie.

No to ruszamy.

 

Pllatium Ostrów Lednicki

Po dojeździe do Dziekanowic nad jeziorem Lednica, zostawiamy auto na parkingu i idziemy na prom, który wozi turystów z Dziekanowic na Ostrów Lednicki i z powrotem. Rejs promem trwa krótko, ale dla dzieci to duża atrakcja. Gdy tylko dobijamy do brzegu, witają nas drewniani jeźdźcy na koniach.

Ostrów Lednicki to największa wyspa na jeziorze Lednica.

Tu właśnie odkryto średniowieczne Pallatium, które należało najprawdopodobniej do władcy ówczesnych ziem – księcia Mieszka I. Pallatium, to obecnie obiekt archeologiczny, ale zachowany w bardzo dobrym stanie i przy odrobinie wyobraźni, można zorientować się jak wygadała rezydencja księcia Polan. Jest również kaplica, w której zachowały się misy chrzcielne, co mogłoby świadczyć o tym, że właśnie tu dokonano chrztu władcy polskiego. Pallatium można obejść, trzymając się wyznaczonego toru przejścia.

Potem można jeszcze pospacerować po wyspie wzdłuż wałów drewniano ziemnych, które obrazują jak kiedyś wyglądał gród średniowieczny. Do dzieci to mało przemawia, ale trzeba im opowiedzieć historię króla Mieszka I i jego żony Dobrawy, pokazać gdzie mieli swoje komnaty, gdzie bawiły się ich dzieci i gdzie chodzili do kaplicy. Ale i tak najbardziej podobają się drewniani rycerze na koniach.

Z Dziekanowic jedziemy wzdłuż jeziora, do Lednogóry, a potem jeszcze na Pola Lednickie. Po drodze oglądamy raz jeszcze największą wyspę na jeziorze Lednica czyli Ostrów Lednicki oraz dwie mniejsze wysepki, wyspę Ledniczkę i wyspę Mewią. Na Polach Lednickich zatrzymujemy się, bo chcę dzieciom pokazać Bramę Trzeciego Tysiąclecia – Bramę Rybę. Jest to ogromna rzeźba w formie ryby symbolizującą przejście z  drugiego do trzeciego tysiąclecia. Dla katolików ma ona ogromne znaczenie. Tu bowiem odbywają się co roku Ogólnopolskie Spotkania Młodych Lednica 2000. Młodzi ludzie śpiewem i modlitwą wyznają swoją wiarę. Symboliczne przejście przez bramę oznacza zbliżanie się do Chrystusa. Dzieci oczywiście też przeszły drogę od jeziora i przekroczyły Bramę Rybę.

Teraz udajemy się do Gniezna. Dzieje tego miasta sięgają daleko w głąb historii Polski. Z Gnieznem wiąże się legenda o trzech braciach: Lechu, Czechu i Rusie. Podczas długich wędrówek bracia zatrzymali się nad jeziorem ( obecnie nazywanym Jelonek ) popatrzyli na siedem wzgórz i Lech stwierdził, że on założy tu swoje gniazdo. Pozostał w tym miejscu, a bracia poszli dalej: jeden na południe, a drugi na wschód. Miejsce, które obrał Lech na swoją siedzibę rozrosło się i do dziś uważane jest za pierwszą siedzibę – gniazdo narodu polskiego.

My udajemy się na Wzgórze Lecha, najwyższe z siedmiu otaczających miasto wzniesień. Tutaj zbudowano najważniejszy obiekt sakralny – bazylikę archikatedralną p.w. NMP i św. Wojciecha. Dzieci są mało zainteresowane zwiedzaniem katedry, choć jest ona piękna i majestatyczna. Ale gdy zaprowadziłam je do Drzwi Gnieźnieńskich, o których wcześniej im opowiedziałam, to stały i długo przyglądały się poszczególnym scenom z życia i męczeństwa św. Wojciecha przedstawionych na poszczególnych kwaterach. Parząc od dołu do góry, można prześledzić na płaskorzeźbach całe życie świętego. Bardzo się podobała dzieciom taka książka z obrazkami na drzwiach, przedstawiająca świętego. Zeszliśmy też do podziemi katedry i tam zobaczyliśmy m.in. fragmenty murów obiektu sakralnego zbudowanego przez Mieszka I, który rezydował na Ostrowie Lednickim. Opuszczamy Wzgórze Lecha, na którym znajduje się jeszcze wiele interesujących miejsc, ale dzieci już ciągną mnie na Trakt Królewski, aby między innymi szukać królików.

 

 

Zapytacie o co chodzi z tym królikami. Otóż ściągnęłam na telefon aplikację Królika Goń, która ułatwi poruszanie się po Trakcie Królewskim. Trakt Królewski to piesza trasa przez centrum miasta, łącząca  najważniejsze zabytki miasta, pomniki 5 królów polskich koronowanych w katedrze gnieźnieńskiej oraz małe zabawne postacie wspomnianych już królików. 15 postaci  królików – figurek symboli nawiązujących  do najważniejszych momentów w historii miasta. I tak możemy znaleźć królika kupca, królika rajcę, królika degustatora, królika woja, czy królika hokeistę. Dla dzieci to świetna zabawa, a przy tym nauka. Aplikacja pomaga, uczy, opowiada. Przy każdym znalezionym króliku czy królu jest historyczna zagadka, na którą trzeba odpowiedzieć i zdobywać punkty. Dla moich wnuków zagadki te są za trudne, ale i tak zabawa była przednia. Bieganie po centrum miasta i odnajdywanie coraz to nowych figurek czy pomników królów, zajęło nam całe popołudnie, aż w końcu trzeba było udać się do hotelu i odpocząć po wyczerpującym dniu. Do Gniezna jeszcze wrócimy, bo zabrakło czasu na zwiedzanie Muzeum Początków Państwa Polskiego, a to jeden z ważniejszych  punktów turystycznych na mapie Gniezna.

Następnego dnia żegnamy Gniezno, ostatni rzut oka na dominującą nad miastem katedrę. Teraz udajemy się do Biskupina. Jedziemy ok. 40 km na północ pokonując kolejne etapy Szlaku Piastowskiego. Biskupin – to mała miejscowość, w której znajduje się jeden z największych w Europie Rezerwat Archeologiczny. Tu można spędzić wiele godzin spacerując po ogromnym terenie i oglądając pozostałości i ślady dawnego osadnictwa od epoki kamienia łupanego aż do wczesnego średniowiecza.

My nie mamy tyle czasu i też zainteresowanie dzieci skupia się bardziej  na tym co przemawia do ich wyobraźni. Idziemy zatem do najciekawszej ekspozycji położonej na wyspie, czyli rekonstrukcji osady obronnej z epoki brązu i żelaza. Tutaj dzieci mają sporo atrakcji do obejrzenia: chaty drewniane, do których można wejść do środka i zobaczyć jak kiedyś mieszkali tam ich właściciele,  ulicę okalającą rząd domostw, mury obronne, bramę wjazdową z charakterystyczną wieżą. Pomiędzy domostwami krążą pracownicy muzeum ubrani w stroje z ówczesnej epoki. Dzieciom wydają się bardzo dziwni, bo ich ubranie znacząco odbiega od strojów , które my teraz nosimy. Wizyta w Rezerwacie Archeologicznym to prawdziwa lekcja historii. Myślę, że dzieci sporo zapamiętają, ale nie możemy zostać tu zbyt długo, bo przy wejściu do Muzeum  jest przystanek kolejki wąskotorowej, do której wsiądziemy i pojedziemy otwartymi wagonikami aż do Wenecji.

Ta podróż, to dopiero jest atrakcja. Kolejka jedzie powoli, można podziwiać widoki dookoła. Pogoda jest piękna i odkryty wagon pozwala cieszyć się urokami lata. Drewniane siedzenia nadają urok tej podróży. Takiego komfortu jazdy już nie spotkamy w pociągu. Po kilkunastu minutach docieramy do Wenecji na Pałukach. Dlaczego Wenecja ? Bo miejscowość leży nad trzema jeziorami: Biskupińskim, Weneckim i jeziorem Skrzynka. Tutaj  czekają na nas dwie ostatnie atrakcje na dzisiaj. Pierwsza to ruiny zamku, nazywanego czarcim zamkiem z wystawą maszyn oblężniczych. Zainteresowały one szczególnie  Krystianka. Przyglądał się każdej z osobna i zasypywał mnie pytaniami jak się z tego strzela czy też do czego służą poszczególne elementy machiny. No cóż moja militarna wiedza jest ograniczona, więc musiałam używać wyobraźni, aby zaspokoić ciekawość wnuka. Na koniec naszej wycieczki spacer do Muzeum Kolei Wąskotorowej w Wenecji. Tu z kolei mnóstwo starych parowozów, pociągów, do których można wejść i poczuć się jak podróżny z poprzedniej epoki.

I tak zakończył się nasz krótki weekend na Szlaku Piastowskim. Wrócimy tu za rok i zobaczymy kolejne miejsca związane z pierwszym Piastami na ziemiach polskich. Tymczasem pora wracać do domu. To już ostatni weekend wakacji, zaczyna się szkoła i nie będzie już czasu na wyjazdy weekendowe, choć może jeszcze uda się gdzieś, choć na krótko wyskoczyć.

Cieszę się i dziękuję Wam bardzo za to, że podróżowaliście z nami. Gdybyście jeszcze kiedyś chcieli się wybrać na weekend z nami, to dajcie znać. Moje wnuki gotowe są do podróży zawsze, a ja też nie posiedzę zbyt długo w domu.

Zatem do zobaczenia, gdzieś na kolejnym szlaku…

Babcia Pola