BIESZCZADY

Z Przemyśla w Bieszczady jest rzut beretem. Autobusem do Ustrzyk Dolnych jechałem lekko ponad godzinę. Wysiadłem na dworcu autobusowym i zastanawiałem się co robić dalej. Przyjechałem tu bez żadnego pomysłu, po prostu chciałem zobaczyć w końcu te Bieszczady. Gruby Rycho tak je zachwalał i nie tylko on. Nasłuchałem się już tylu kultowych opowieści o tych górach, że czas najwyższy sprawdzić naocznie.

Gdy tak stałem i debatowałem sam ze sobą, podjechała ciężarówka. Otworzyły się drzwi i gość w roboczym ubraniu zawołał do mnie „ Ty, młody, może cię podwieźć?”  – „A gdzie jedziecie?” zapytałem, choć nie miało to dla mnie znaczenia. Widać było, że ten kamaz to lokalny transport z ziemią, więc pewnie niedaleko. „Ano, jedziemy na Bereżki, możemy cię podrzucić jak ci po drodze, bo coś niepewnie tu wyglądasz.” – powiedział jeden z kierowców, chichocząc pod wąsem. „ Pewnie, chętnie skorzystam” – nie czekając na odpowiedź, wskoczyłem do ciężarówki. Nie miałem pojęcia, gdzie te Bereżki, ale na pewno w głębi  gór, bo ciężarówka jechała na południe.

Faceci okazali się bardzo ok. Faktycznie wozili ziemię na jakąś budowę koło miejscowości Bereżki. Robili od rana już trzeci kurs, wiec byli już lekko znudzeni. Zobaczywszy mnie stojącego z plecakiem na drodze, uznali, że może jakaś rozrywka będzie, jak mnie zabiorą. I nie pomylili się. Kangur na stopa w Ustrzykach Dolnych, nie trafia się co dzień. Wymieniliśmy grzeczności, pogadaliśmy trochę. Wyciągnąłem od nich co tu można robić, gdzie się zatrzymać, gdzie pójść.  Lepiej niż czytał w przewodniku. Chłopaki byli szczerzy, nie owijali w bawełnę i nie koloryzowali Bieszczad. Sugerowali unikać turystycznych, przereklamowanych miejsc typu: Polańczyk, Solina, a udać się w prawdziwe Bieszczady, gdzie ludzka noga, a właściwie to turystyczna noga, rzadko trafia. Jechaliśmy Wielką Pętlą Bieszczadzką, taką dużą obwodnicą okalającą Bieszczady. Po drodze mijaliśmy wioski z małymi drewnianymi cerkiewkami, starymi chatami. Generalnie zabudowań nie było wiele. W miejscowości Procisne przekroczyliśmy rzekę San – królową, bezsprzecznie panującą tu w Bieszczadach. Po chwili ujrzałem ujście Wołosatego do Sanu i dalej już jechaliśmy wzdłuż rzeki Wołosatki. Po lewej i po prawej stronie drogi rozległe połoniny górskie, żadnych domostw, żadnych oznak ludzkiej bytności. Przed wjazdem do Bereżki, chłopcy stwierdzili, że zaraz będą skręcać na budowę. Udzielili mi jeszcze kilku dobrych wskazówek, za które podziękowałem i przed skrzyżowaniem na pole namiotowe, wysiadłem z ciężarówki, a chłopaki skręcili w swoją stronę.

Znowu zostałem sam. Wkoło tylko lasy i góry, a w dole szum Wołosatki pędzącej z góry do Sanu. Tak, tu już krajobraz wyglądał zupełnie inaczej, niż w Ustrzykach Dolnych. Teraz dopiero zrozumiałem, to o czym chłopaki mówili. Bieszczady są właśnie tu, gdzie nie ma nic, tylko drzewa i góry.  A nie, przepraszam bardzo, są jeszcze zwierzęta dzikie. Właśnie przy szosie stał znak drogowy ostrzegający przed niedźwiedziami. W centralnej Polsce nie raz widziałem znaki ostrzegające przed sarnami czy ptakami, ale żeby przez niedźwiedziem ? Żart jakiś – pomyślałem, ale niedługo  potem, nie było mi do śmiechu.

Przeszedłem jeszcze kilka kilometrów drogą na południe, aż do Ustrzyk Górnych. To najdalej wysunięta miejscowość w południowo-wschodniej Polsce.  A więc byłem i w Dolnych i w Górnych Ustrzykach. Niby te same Ustrzyki, ale jakże inne…

W końcu zdecydowałem się zejść z drogi, choć i tak na drodze nie minęło mnie żadne auto. Ale co droga leśna, to nie asfalt. Parząc na mapę, powinienem dojść przez połoninę Caryńską, do Brzegów Górnych. A potem się zobaczy. Chodzenie samemu po górach ma swoje dobre i złe strony. Dobra jest taka, że jesteś sam na sam z przyrodą. Nic i nikt nie zakłóca twoich myśli, jesteś panem swojego czasu, swojego tempa. Wadą jest to, że nie ma się z kim podzielić tym pięknem, które widać dookoła, no i to, że musisz liczyć tylko na siebie w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Ja cieszyłem się z każdej chwili, napawałem się tą dziką przyrodą i szedłem przed siebie. Szlak czerwony wspinał się ku górze, wiódł przez teren zalesiony.

W pewnym momencie usłyszałem trzaski gdzieś bardzo niedaleko. Ktoś mocno stąpał i łamał gałęzie. Przystanąłem i zacząłem nasłuchiwać. Nagle ktoś mnie z tyłu szarpnął za ramię. Podskoczyłem i wykonałem półobrotu. Za mną stał niedźwiedź, duży, silny samiec. W bezpośrednim starciu miałbym małe szanse. Niedźwiedź popatrzył na mnie i ze zdziwioną miną rzekł „ A ty szo za jeden?, Ne znaju takieho czuczało”  Uff, dziwnie gada, ale pomyślałem, nie jest źle, chce gadać, a nie mnie zjeść. „ Nie znasz mnie, bo ja nie jestem tutejszy, zabłądziłem lekko. Jestem kangur z Australii” odparłem stanowczo, choć łapy mi się trzęsły. „ Zahubył, tu ? Ty, no ja ne zakinczyw szkołu, ale co to Australia, to znaju” lekko zdziwiony rzekł niedźwiedź. Już wiedziałem, że to kurtuazyjna pogawędka, a nie pojedynek z ofiarą. Trochę mi adrenalina opadła, usiadłem na pieńku i wyłuszczyłem mu po krótce swoją historię. Niedźwiedź słuchał i nawet zadawał pytania. Po półgodzinnej gadce łamanym językiem, czułem się jakbym rozmawiał z przyjacielem, a nie potencjalnym wrogiem. Siedzieliśmy sobie na przewalonym drzewie i dyskutowaliśmy. Gdyby ktoś wówczas przechodził tym szlakiem i zobaczył niedźwiedzia i kangura siedzących na pniu z gestykulującymi łapami, to pewnie by zwiewał, gdzie pieprz rośnie. Ale na szczęście szlak był pusty.

Borys, bo tak nazywał się ukraiński niedźwiedź, przeszedł przez zieloną granicę do Polski, bo słyszał, że tu jest lepiej niż u nich. Ale przyznał się, że teraz zwiewa stąd i wraca w rodzinne strony, bo tu się nie da żyć. Byłem zdziwiony to słysząc, bo przecież Bieszczady to podobno takie bezludzie, że dla  zwierząt tu powinien być raj. Tymczasem Borys powiedział, że niedaleko jego nowej gawry cuda się wyprawiają. Od rana, do późnej nocy okropne  hałasy, migające światła, wrzaski przez megafony, warkot silników a nawet strzelaniny. No, cos okropnego. Co prawda jeszcze nie pora na spanie, ale jak przyjdzie zima, to nie ma szans na głęboki zimowy sen. Trzeba się ewakuować. Spytałem go jak sobie tu radzi z językiem, a on mi na to, że tutaj to wszyscy i ludzie i zwierzęta mówią w rozumianym przez siebie mieszanym  języku polsko – ukraińskim. Co racja, to racja. Ja też go rozumiałem.

Borys pożegnał się ze mną, lojalnie uprzedził o tych wszystkich niedogodnościach, które mogę spotkać niedaleko, a od których on ucieka. Przybiliśmy dwie piątki i Borys się oddalił. Ja poszedłem swoją drogą.  Szlak czerwony wiódł grzbietem Połoniny Caryńskiej. Zszedłem do Brzegów Górnych, ale miałem sporo sił i dzień był długi, więc postanowiłem jeszcze dojść do miejscowości Nasiczne  i tam zrobić sobie przerwę i zadbać o godziwy nocleg.

Gdy tylko minąłem otulinę Parku Narodowego i zacząłem schodzić do wsi, z daleka, z góry, zobaczyłem niewielką polanę, dość dobrze ukrytą od drogi. I wtedy naocznie przekonałem się o tym, o czym wspominał Borys. Już z oddali usłyszałem warkot silników i pogłos wydobywający się z megafonu. Nie mogła to być żadna budowa, nie w tej okolicy. Nie był to żaden zlot turystyczny, czy festyn zakładowy. Hałas się wzmagał: okrzyki, wrzaski i te megafony. Musiałem to zbadać osobiście. Podszedłem bliżej, żeby zobaczyć, co tam tak naprawdę się dzieje. Właściwie to się skradałem, bo nie wiedziałem co mnie czeka i czy ktoś mnie stamtąd nie pogoni. Zauważyłem taśmę czarno-żółtą rozciągniętą między drzewami. A więc teren ogrodzony – pomyślałem. Adrenalina znów mi się podniosła. Rzadko robię coś sprzecznego z prawem, ale tu trzeba było rozwiązać zagadkę, bo to nie tylko Borys pewnie musiał szukać innego lokum. Zwierzęta nie lubią takiej ingerencji w swoje środowisko.

Skradałem się dalej. Na dworze zaczęło robić się już szaro, co ułatwiało mi maskowanie się wśród drzew. Dotarłem wreszcie do punktu, skąd mogłem obserwować co się dzieje. Dojrzałem grupkę ludzi ubranych jakby na cebulę, wyglądających jak zbiegowie czy więźniowie. Stali przy dużej ciężarówce, jakby zastanawiali się czy wejść do środka, czy wyjść. Ktoś stał koło nich i krzykiem, chyba po ukraińsku poganiał ich, wymachując przy tym karabinem. No coś takiego, byłem zbulwersowany. Nagle z przeciwległego końca polany wyłonił się  łazik, taki wojskowy stary samochód. Z niego   wyskoczyło kilku żołnierzy i zaczęli ostrzeliwać tę ciężarówkę. Ludzie zaczęli krzyczeć i starali się uciec. Z ciężarówki wypełzło jeszcze dwóch z karabinami i zaczęła się regularna strzelanina. Oh, kunapipi, w co ja się wplątałem.

Nagle zapaliły się światła reflektorów i z megafonu usłyszałem „ STOP KLATKA” powtarzamy to ujęcie. Serce waliło mi jak młotem, a na polanie jakby ktoś cofnął czas i wszyscy wracali na swoje miejsca , po to, by za chwilę rozpocząć to samo od nowa. I znowu ludzie przy ciężarówce, poganiający ich mięśniak z karabinem, z krańca polany wyjeżdża łazik, żołnierze w mundurach wyskakują i ostrzeliwują ciężarówkę, ludzie uciekają. Kolejna strzelanina. I znowu słyszę przez megafon – „Stop, stop nie tak” i pada ciąg niecenzurowanych słów. I tak jeszcze było ze trzy razy. Nie dziwię się Borysowi, ani innym zwierzętom, którym zakłócano tu spokój.

Wyszedłem z ukrycia, już nie musiałem się bać. Zawsze mogłem powiedzieć, że zabłądziłem. Zaczepiłem  najmniej rozgarniętego ochroniarza i zapytałem jaki to film jest tu kręcony. Byłem już całkiem pewien, że to plan zdjęciowy w plenerze. Ochroniarz popatrzył na mnie i nawet się nie zdziwił. Pewnie przy produkcji filmowej można spotkać różne postacie, więc widok kangura wieczorem w lesie na planie filmowym jakiegoś sensacyjnego chyba filmu, też  nie zrobiło na nim wrażenia. „A ty to się z choinki urwałeś koleś ?” zapytał głupio. Na co ja mu głupio odpowiedziałem, choć zgodnie z prawdą      „ No, prosto z Połoniny Caryńskiej” i posłałem mu uśmiech nr 66. To go chyba trochę zirytowało, bo zamachnął się i krzyknął do mnie „ Nie ma tu w Watasze miejsca dla kangurów, potrzebujemy wilków, znajdź se inną czapkę” – cokolwiek chciał powiedzieć, nie wyszło mu to za dobrze.

Ale ja skojarzyłem szybko. Pierwszy sezon Watahy, oglądałem na HBO. Świetny serial sensacyjny o pracy żołnierzy na pograniczu polsko – ukraińskim. Gorąco polecam. To z pewnością był plan filmowy  kolejnego sezonu.

Kolejne dni spędziłem explorując Bieszczady. Cofnąłem się do Brzegów Górnych, bo to dobra baza wypadowa na połoniny. Czerwonym szlakiem wspinałem się do góry. W Chatce Puchatka – małym schronisku górskim, wypiłem kufel chłodnego piwa. Ludzi nie było, wcale mnie to nie dziwiło, bo było dość wcześnie. Ja jestem z tych rannych ptaszków, co to wcześnie wstają. Ze szczytu Połoniny Wetlińskiej są naprawdę wspaniałe widoki, panorama na 360 stopni. Dech zapiera. Dla tych widoków warto było wcześnie wstać i iść w góry.

Szedłem jeszcze spory kawałek i dopiero na Przełęczy Mariana Orłowicza, skręciłem na żółty szlak i zszedłem do Wetliny. Jak na Bieszczadzkie warunki, Wetlina to całkiem spora miejscowość. Też idealne miejsce do rozpoczęcia wędrówki na Połoninę. Nad wodospadem Ostrowskich, który zbiera wody z gór i wpływa bezpośrednio do rzeki Wetliny, można odpocząć i pomoczyć nogi. Całkiem przyjemne orzeźwienie dla ciała. Kolejna przyjemność tym razem dla żołądka czekała mnie w barze o całkiem fajnie brzmiącej nazwie „ Paweł Nie Całkiem Święty”. To hotel – restauracja usytuowana tuż przy Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej w Smereku.

Dalej, kierowałem się pieszo na Przysłup, bo koniecznie chciałem popędzić Bieszczadzkim Expressem. To turystyczna kolej, ale jaka romantyczna. Przejażdżka expresem trwała ponad godzinę. Odpocząłem, oglądałem krajobrazy, a wierzcie mi, że było na co popatrzeć. W Cisnej  wpadłem do Siekierezady – kultowego lokalu, na chłodne piwko. W upalny dzień, to rozkosz dla podniebienia. Usiadłem sobie na ławeczce, sączyłem to piwo i myślałem, jak tu miło i przyjemnie. Życie płynie powoli i spokojnie, nie tak jak w wielkim mieście. Od razu przypomniało mi się, jak siadywaliśmy na ławeczce pod starym eukaliptusem na naszym Ranczo w Australii. Co prawda piwa nie sączyliśmy, ale też taki błogi spokój nas zawsze ogarniał. Dopóki babcia Dolores, czy dziadek Max nas nie postawili do pionu i nie kazali coś zrobić. Ale to było dawno.

Wtedy, gdy tak siedziałem w Cisnej pod Siekierezadą na ławeczce, zachciało mi się śpiewać letni szlagier znanego piosenkarza, oczywiście w wersji górskiej „ Bieszczady welcome to ” .

Jeszcze kilka dni buszowałem po górach, ale do turystycznych miejscowości nie dotarłem. To znaczy, że trzeba będzie tu wrócić, by zobaczyć Polańczyk, Solinę, Uherce, Myczkowce, no i przede wszystkim Morze Bieszczadzkie czyli Zalew Soliński utworzony na rzece San. Na żaden plan zdjęciowy już nie trafiłem, a szkoda, bo choć najpierw byłem przerażony, to potem spodobało mi się.

Pół roku później, oglądając w telewizji kanał HBO zobaczyłem zajawkę  nowego sezonu  serialu Wataha. Pewnie się domyślacie, że nie mogłem się doczekać emisji. Obejrzałem dokładnie każdy odcinek, czekając w napięciu na scenę, której byłem świadkiem. I doczekałem się. Na polanę wjechała ciężarówka ukraińska. Mafiozi zza wschodniej granicy przemycali uchodźców z Czeczenii, Kazachstanu. Na polanie zrobili postój. Wszyscy wyszli z ciężarówki za tzw. potrzebą. Bandyci zaczęli ich poganiać, żeby szybciej wsiadali. Pewnie już czuli pismo nosem, że nie są sami w okolicy. W międzyczasie, ktoś doniósł straży granicznej o nielegalnym transporcie ludzi i ekipa  mundurowych z polskiej straży granicznej z impetem wpadła gazikiem na polanę. Wywiązała się strzelanina, zginął jeden bandzior ukraiński, a dwóch zostało ciężko rannych. Uchodźcom nic się nie stało na szczęście. Przyglądałem się tym scenom i czułem się tak, jakbym tam był. Bo przecież faktycznie tam byłem…  Patrzyłem tylko wkoło, czy oko kamery nie uchwyciło przypadkiem kangura w kamizelce i w kapeluszu, chowającego się za drzewem. Dociekliwi widzowie szybko by wykryli taką wpadkę i reżyser by musiał się gęsto  tłumaczyć.

Na szczęście nie zobaczyłem siebie.

A w Bieszczady na pewno jeszcze wrócę i pewnie będzie jeszcze ciekawiej.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager