Babcia Pola opowiada… Mazury, Ruciane – Nida

babcia pola

BABCIA POLA OPOWIADA…

Mazury: Ruciane-Nida

 

Witajcie,

Znowu ruszamy w drogę. Tym razem na Mazury. Wakacje się rozpoczęły, aż chce się nogi zanurzyć w wodzie. Morze jest jeszcze zimne, bo nie zdążyło się nagrzać, więc lepiej spędzić ten lipcowy weekend nad jeziorem. Mazury to bardzo rozległy teren, nie sposób w trzy dni objechać cały region. Wybrałam na ten wyjazd okolice  Rucianego-Nidy nad jeziorem Nidzkim, choć nocować będziemy kilka kilometrów dalej. Jedziecie z nami ? No to ruszamy…

Dzieciaki spakowane, już siedzą na tylnym siedzeniu, gotowe do kolejnej podróży. Od Warszawy kierujemy się na Legionowo, a potem wzdłuż jeziora Zegrzyńskiego utworzonego na rzece Narew do Pułtuska. W Pułtusku w samym centrum, zjedziemy z drogi głównej  i udamy się na Rynek. Na szczęście można tu zaparkować auto. Zrobimy sobie pół godziny przerwy. Krystianek się pyta czemu akurat w Pułtusku przerwa? Otóż dlatego, że Pułtusk to bardzo ciekawe miasto. Ma najdłuższy w Europie Rynek miejski, który ma ok. 400 m długości. Wygląda jak długa ulica, po środku której stoi Ratusz. Idziemy na lody, bo sam postój na Rynku, nie przemawia do dzieci. W Pułtusku jest jeszcze zamek biskupi, usytuowany na brzegu Narwi, otoczony parkiem zamkowym. Zamek bardzo ciekawy architektonicznie, w stylu renesansowym. Obecnie jest tam Dom Polonii, hotel i restauracja, ale kiedyś nocowały tam koronowane głowy państw: król polski, szwedzki oraz carowie rosyjscy.

Po przerwie jedziemy dalej. Mijamy Przasnysz i kierujemy się na Szczytno. To miasteczko to taka brama na Mazury. Tych bram jest więcej, w zależności od której strony wjeżdżamy w Krainę Tysiąca Jezior. Za Szczytnem zaczynają się już jeziora. Dzieciom bardzo podobają się nazwy tych jezior:  Wałpusz, Marksoby, jezioro Zyzdrój. Gdy dojeżdżamy do Jeziora Uplik mijamy tablicę z nazwą miejscowości Zgon. Oczywiście, nie muszę mówić, że Krystianek czyta wszystkie drogowskazy i oboje z Nelcią śmieją się z każdej przeczytanej nazwy. Podczas przejazdu przez Zgon, nie było śmiechu, tylko poważne pytanie: „Babciu a dlaczego ta wieś nazywa się Zgon? Czy to dlatego, że tu ludzie umierają?” Trochę mnie zbiło z tropu takie pytanie 8 latka. Ale babcia musi mieć odpowiedź na każde pytanie. „Nie, dziecko, tu ludzie żyją spokojnie i pewnie dość długo. A miejscowość dostała nazwę jeszcze w czasach, gdy tu w okolicach wypasano owce i na zimę zganiano je do tej właśnie wsi. Taka odpowiedź zadowoliła mojego wnuka. Jeszcze tylko minęliśmy jezioro Duś i już dojechaliśmy do głównego naszego celu.

Ruciane-Nida to miasteczko połączone z dwóch miejscowości Rucianego i Nidy. Po obu stronach głównej drogi są jeziora: długie jezioro Nidzkie i mniejsze o ciekawej nazwie Guzianka Wielka. My na rondzie skręcimy w ulicę Mazurską i pojedziemy dalej  Guzianką przez las, do wioski Piaski, która leży przy brzegu jeziora Bełdany. Tam jest nasz cel, czyli hotel Mazurski Raj.  Dzieci się cieszą, że będą spać w Raju.

Po zakwaterowaniu w hotelu, odpoczynku i gorącym posiłku, postanowiłam zabrać dzieci na spacer do lasu. W końcu jesteśmy na Mazurach, trzeba obcować z przyrodą, nie siedzieć w hotelu. Dzieci zadowolone, bo one nie z tych, co to siedzą przed telewizorem. Hotel otacza Puszcza Piska, wiec daleko nie trzeba chodzić. Lekcja przyrody się przyda nawet Nelci, choć ona jeszcze do szkoły nie chodzi. Spacerowaliśmy leśną ścieżką, napotykając po drodze różne drzewa i odgadując jako one się nazywają. Trzeba było sobie przypomnieć sporo nazw, bo drzewa w lesie były różne. Większość jednak to drzewa iglaste: świerki i sosny, ale trafiały się też  liściaste buki, dąb czy  brzozy. Dzieci interesowało wszystko. Podobał im się mech, paprocie, a nawet na drzewach porosty. Zapach w lesie nie do opisania. Naprawdę fajna taka wycieczka, po długiej podróży samochodem.

Postanowiliśmy już wracać, gdy nagle zatrzymałam się i znieruchomiałam. Krystianek i Nelcia szły za mną i jeszcze nie odnotowały mojego zachowania. A ja zamarłam i nogi wrosły mi w ziemię. Stałam na skrzyżowaniu dróg leśnych, a po prawej stronie na drodze prostopadłej do naszej, jakieś 15 metrów od nas, stał jeleń. Ogromny byk z rogami jak skrzydła na głowie. Stał i patrzył na mnie. Przechodził przez drogę i nagle mnie zobaczył. Właściwie to nie wiem, kto był bardziej zdziwiony. Stanęłam jak wryta i jedno co mi przyszło na myśl, aby rozłożyć ręce i zagrodzić dzieciom drogę, aby mnie nie wyminęły. Krystianek zapytał: „Babciu czemu się zatrzymałaś?” Lekko się odwróciłam i palcem nakazałam mu nic nie mówić. Zrozumiał w lot, że coś się dzieje. Zatrzymał Nelcię i cała nasza trojka stanęła w miejscu. Tymczasem jeleń, patrząc na nas, zaryczał. Ten ryk był tak głośny, że słychać go było pewnie w hotelu. Dzieci już stały przy mnie. Krystianek przyglądał się bykowi, a Nelcia zaczęła płakać ze strachu. Jeleń jeszcze chrząknął, nie patrząc już na nas uwagi, odwrócił się i zniknął w lesie. Powoli doszłam do siebie. Spokojnie już opowiedziałam dzieciom o tym co przed chwilą widzieliśmy.

Idąc przez las interesowaliśmy się drzewami, roślinami, a nawet nie wspomniałam im o innych mieszkańcach lasu – zwierzętach. Może dlatego, że ich nie widać. A przecież są, żyją tu i są panami tego miejsca. Była świetna okazja, żeby nadrobić temat. W lasach na Mazurach jest dużo zwierząt, tylko kryją się przed ludzkim okiem. Tym razem, to my mieliśmy szczęście widząc takiego byka, bo to rzadkość. Ale też i strach, bo nigdy nie wiadomo, jak taki byk zareaguje na widok człowieka. Nam się udało, widocznie jeleń miał inne sprawy na głowie. Wieczorem, już w łóżkach, długo opowiadaliśmy sobie naszą przygodę w lesie. Dzieci na pewno zapamiętają jelenia z mazurskiego lasu.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu, poszliśmy nad jezioro. Nasz hotel stoi nad brzegiem jeziora Bełdany. To bardzo ładne rynnowe jezioro. Przy hotelu jest plaża i marina dla łódek. Dzieciom się podobało, a szczególnie zacumowane w marinie piękne żaglówki. Obiecałam im, że jak podrosną, to jeszcze nie raz przyjedziemy na Mazury, wynajmiemy taką żaglówkę i popłyniemy w rejs po mazurskich jeziorach. Ale one by chciały już dziś, a nie kiedyś tam…

Tymczasem wyruszyliśmy zwiedzać okolicę. W Rucianem obowiązkowy postój przy ulicy Dworcowej. Pewnie zapytacie dlaczego ? Bo trzeba kupić pamiątki  z Mazur dla rodziców. Dzieci zaopatrzone w kieszonkowe muszą nabyć jakąś durnostojkę. A straganów ze wszystkim tu nie brakuje. Zajęło nam to trochę czasu, ale w końcu się udało. Przy ulicy Dworcowej pokazałam jeszcze dzieciom zabytkową wyłuszczarnię nasion, zbudowaną ponad sto lat temu. Wówczas  była największą na tym terenie. Do dzisiejszego dnia pozyskuje się tu nasiona z szyszek sosny.

Potem pojechaliśmy do Nidy. Wśród mieszkańców często jeszcze funkcjonuje stare nazewnictwo sprzed wielu lat, kiedy obie miejscowości nie były jednym miastem. Dopiero po II Wojnie Światowej, po otwarciu tartaków w Nidzie i w Rucianem, a potem  Zakładów Płyt Pilśniowych i Wiórowych, obie miejscowości zaczęły prężnie się rozwijać i zostały ze sobą połączone. Przez Nidę przepływa rzeczka Nidka, która wpada do jeziora Nidzkiego. Przy ujściu rzeki usytuowanych jest większość obiektów noclegowych. Jest tu także plaża miejska i promenada nad jeziorem. Całkiem przyjemne turystyczne miasteczko.

My udajemy się dalej samochodem, jadąc wzdłuż jeziora Nidzkiego. W osadzie Pranie, zostawiamy samochód na parkingu leśnym i pieszo idziemy w kierunku  leśniczówki należącej niegdyś do słynnego polskiego poety Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. W tym domu poeta spędzał wiele czasu, tworząc swoje dzieła. Dziś jest tam Muzeum poświęcone jemu i jego twórczości. Dzieci jeszcze nie interesują się poezją, ale na pewno zapamiętają, że tu mieszkał słynny polski poeta Gałczyński.

Wsiadamy do samochodu i dalej jedziemy przez Puszczę Piską niejako okrążając jezioro Nidzkie.  Przejeżdżamy przez Karwicę Mazurską, a za chwilę, po przeciwnej stronie jeziora, mamy osadę Zamordeje. Dzieciom znów podobają się te mazurskie nazwy. Trochę nudzi ich jazda przez las, wciąż ta leśna droga i ten sam krajobraz: drzewa i drzewa. Co rusz wyłania się po lewej stronie jezioro Nidzkie, ale tylko na chwilę, by zaraz znowu schować się w lesie. Dojeżdżamy do Lipy. Krystianek od razu zauważa, że lipa w tej Lipie, bo nic tu nie ma, tylko pojedyncze domostwa. Za chwilę znajdujemy się w Lipie Przedniej i ta sama sytuacja, choć jest to miejsce, gdzie można by powiedzieć kończy się jezioro Nidzkie. Ale to oczywiście nie koniec jezior, przed nami jezioro Wiartel i nieduża miejscowość o tej samej nazwie. My przejeżdżamy jeszcze wzdłuż jezioro Jaśkowo Duże przez wioskę Szeroki Bór i za parę kilometrów docieramy z powrotem do Rucianego-Nidy.

Zrobiliśmy pętlę o długości ponad 40 kilometrów wokół jeziora Nidzkiego. Teraz należy nam się relaks. Oczywiście stajemy na parkingu przy ulicy Dworcowej i idziemy na lody. Tego dzieciom nie można odmówić. Ale zaraz potem  przejdziemy  do portu „U Faryja” nad jeziorem Guzianka Wielka, wsiądziemy na statek wycieczkowy i popłyniemy w rejs. Dzieciom buzie się uśmiechnęły, wreszcie na wodę, a nie oglądanie jeziora z lądu.

Rejs był bardzo przyjemny, wiaterek lekko wiał od wody, pogoda była wspaniała. Popłynęliśmy statkiem wycieczkowym Faryj II w górę jeziora Guzianka Wielka. To jezioro ciągnie się na długości kilku kilometrów, zwęża się i kilka razy zakręca. W połowie drogi łączy się poprzez dwie śluzy z dużo większym jeziorem Bełdany, nad którym stoi nasz hotel. Rejs trwał niecałą godzinę. Dzieci były szczęśliwie, bo płynęły statkiem po jeziorze mazurskim. Po zakończeniu rejsu, wsiedliśmy w samochód i tą samą drogą przez las, udaliśmy się do naszego hotelu.

Ostatniego dnia naszego krótkiego pobytu w południowej części Mazur, czyli Galindii, bo tak kiedyś nazywano tę krainę, postanowiłam zabrać dzieci do Kadzidłowa i przybliżyć im faunę mazurską. Co prawda spotkanie z jeleniem już było, ale tu w mazurskich lasach mieszka sporo innych gatunków. W Kadzidłowie  jest Park Dzikich Zwierząt. To odległość tylko kilkunastu kilometrów w połowie drogi z Rucianego-Nidy do Mikołajek. Aż szkoda by było, gdybyśmy tam nie pojechali.

Park w Kadzidłowie leży na obszarze kilkunastu hektarów. Można by zabłądzić, gdyby nie fakt, że wejście na teren Parku jest tylko w grupie i z przewodnikiem.  Co godzinę rusza kolejna grupa i nam udało się dołączyć do jednej z nich. Pan przewodnik opowiadał o zwyczajach zwierząt, o opiece i ochronie dzikich gatunków. Mogliśmy wejść na wybieg niektórych z nich, pogłaskać a nawet nakarmić niektóre zwierzęta. Jak tylko dotarliśmy do zagrody jeleni, to Krystianek się wyrwał do przodu i panu przewodnikowi opowiedział jakiego to byka widzieliśmy w lesie koło hotelu. Cała grupa słuchała jak Krystian opowiadał, a robił to z takim przejęciem i tak obrazowo, że potem kilka  osób z grupy, podeszło do mnie z zapytaniem, czy tak naprawdę było. Byłam dumna z wnuka. A pan przewodnik skomentował to tylko jednym zdaniem, że mieliśmy wielkie szczęście, że zobaczyliśmy takiego dużego samca, ponieważ one raczej stronią od ludzi. No tak z perspektywy czasu, też uważam to za szczęście, ale wtedy, w lesie, pewnie wolałabym, aby żadne zwierzę nie stało na naszej drodze.

Po prawie dwóch godzinach opuściliśmy sympatyczne zwierzęta z Parku w Kadzidłowie. Mieliśmy jeszcze troszkę czasu w zapasie, więc zawiozłam dzieci do odległej o kilka kilometrów Iznoty. To wioska leżąca u ujścia najpiękniejszej mazurskiej rzeki – Krutyni. Na niewielkim cyplu znajduje się Galindia – historyczny gród na brzegu jeziora Bełdany. Jak już wcześniej opowiadałam, Galindią nazywano te tereny, a ludy zamieszkujące tu  wówczas  – to Galindowie wojujący nieustannie o wpływy  terytorialne z plemionami Jaćwingów.   Pomysłowi ludzie zbudowali tu gród odzwierciedlający tamte odległe czasy. To taki historyczny park rozrywki. Razem z grupą innych  turystów zostaliśmy oprowadzeni przez gospodarzy ubranych w stroje z tamtej epoki. Z humorem i bardzo ciekawie opowiadano nam o życiu Galindów. Obeszliśmy gród, w którym jest mnóstwo drewnianych rzeźb, przedstawiających wojów, szamanów, czy też leśne nimfy. Krystiankowi podobali się wojownicy a także łódź, którą Galindowie wyprawiali się na jeziora. Zwiedzanie dzieci zakończyły w parku galindowych zabaw i przygód. Ubawione i dość zmęczone wsiadły do samochodu i czas już było wracać do domu. Wyprawa na Mazury nam się udała.

A Wam się podobała? Jeżeli tak, to zapraszam na następną wycieczkę, ale jeszcze nie powiem, dokąd. To będzie niespodzianka.

Do zobaczenia na trasie

Babcia Pola

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager