Babcia Pola opowiada… Łagów lubuski

babcia pola

BABCIA POLA OPOWIADA…

Mazury: Góry Świętokrzyskie

Witajcie,

I znowu ruszamy na weekendową wycieczkę. Tym razem wybrałam Łagów na Pojezierzu Lubuskim. Kto chce z nami jechać, to zapraszam. Będzie można powędkować. Dziadek się już szykuje na wielkie ryby 😊. Dzieciaki też się cieszą, bo pobyt nad wodą, to zawsze frajda.

No to ruszamy. Województwo Lubuskie zaprasza. Podczas jazdy Krystianek słusznie zauważył, rozważając nazwy województw, że niektóre z nich nazywają się tak jak ich stolice np. łódzkie, opolskie czy lubelskie. „A jakie miasto jest stolicą województwa lubuskiego ?” zapytał mnie wnuk. Otóż tu jest sprawa dość skomplikowana, bo akurat to województwo ma dwie stolice: Zieloną Górę i Gorzów Wielkopolski. 1.01.1999 wprowadzono reformę podziału administracyjnego i podzielono Polskę na 16 województw zamiast 49  istniejących od 1975 roku. Województwo Lubuskie powstało w wyniku połączenia województw zielonogórskiego, gorzowskiego i częściowo leszczyńskiego. Ponieważ oba duże miasta pretendowały do stolicy nowego województwa i oba były godne, by piastować to stanowisko, postanowiono, że będą dwie stolice. I tak Gorzów Wielkopolski jest siedzibą wojewody lubuskiego, a w Zielonej Górze znajduje się samorząd województwa. A sama nazwa pochodzi od dawnej krainy historycznej Ziemi Lubuskiej, choć jej stolica Lubusz znajduje się obecnie na terenie Niemiec. Ale przyzwyczajenie do nazwy zostało.

Całą drogę dzieci drzemały, dziadek prowadził samochód, rozmyślając jakie to ryby złowi dzisiaj. Gdy byliśmy już na drodze ekspresowej nr 3, Krystianek się obudził spojrzał przez okna i aż krzyknął. „Babciu co to wielki biały człowiek  tam stoi na wzgórzu?”  No tak, dojechaliśmy właśnie do Świebodzina, miasta które zasłynęło w 2010 z posiadania największego pomnika Chrystusa Króla na świecie, mierzącego 33 metry wysokości. Dwa lata później w Boliwii odsłonięto pomnik Chrystusa o 1,2 m. wyższego od świebodzińskiego pomnika. Dzieci zażyczyły sobie zobaczyć pomnik z bliska. Zjechaliśmy z S-3 i wjechaliśmy do miasta. Zaparkowaliśmy samochód na parkingu pod pomnikiem i weszliśmy na niewielkie wzgórze, na którym stoi pomnik. I tu rozczarowanie, dzieci podniosły głowy do góry i widziały tylko białą ścianę. Pomnik o wiele lepiej prezentuje się z daleka.

Dalsza droga przebiegała już bez postojów. W Świebodzinie skręciliśmy na drogę krajową nr 92 i nią dotarliśmy prosto do celu, czyli do Hotelu Bukowy Dworek  w Gronowie, tuż przed Łagowem. Tam zarezerwowałam  jeden z domków na terenie hotelu.

O siedzeniu w domku nie było mowy, bo panom strasznie śpieszyło się na ryby. Do Łagowa jest tylko kilka kilometrów, więc szybko znaleźliśmy się w centrum miasteczka. Łagów Lubuski to taka perełka regionu. Miasteczko jest bardzo urokliwe, oblane z każdej strony wodami jeziora Łagowskiego  i jeziora Trześniowskiego. Oba te jeziora łączą się ze sobą wąskim kanałem pod ulicą Zamkową. Pierwsze wzmianki o Łagowie pochodzą już z XIII wieku, kiedy to miejscowość należała do komandorii Templariuszy. Potem przeszła w ręce zakonu Joannitów, którzy włożyli duży wkład w rozwój Łagowa i okolicznych miejscowości. W samym sercu miasteczka na wzgórzu zbudowali zamek, w którym mieściła się siedziba władz zakonnych. Obecnie w zamku znajduje się hotel, ale można wejść do środka, obejrzeć dziedziniec i mury zamkowe od środka, czy salę gotycką. Na teren zamku prowadzą dwie bramy zamkowe: Polska i Marchijska, a cały zamek wraz z wieżą otacza piękny Park Zamkowy.

Dziadek z Krystiankiem nawet nie chcieli słuchać o Łagowie. Zabrali z samochodu wędki i poszli szukać odpowiedniego miejsca, aby rozłożyć się ze sprzętem. Wcześniej dziadek załatwił stosowne zezwolenie na połów ryb na jeziorze Łagowskim. My zaś z Nelcią udałyśmy się do Parku Zamkowego. Obeszłyśmy zamek, zajrzałyśmy do środka na dziedziniec. Zdecydowałyśmy nawet wejść na wieżę zamkową po 334 stopniach i pooglądać Łagów z góry. Przy zamku jest plac zabaw dla dzieci i tam zrobiłyśmy sobie przerwę. Nelcia była zadowolona, bo huśtawki  i karuzela, to dla niej najlepsza zabawa. Ale w końcu i to się znudziło i postanowiłyśmy poszukać naszych panów łowiących ryby nad jeziorem. Ale, żeby było ciekawiej, to zdecydowałam, że będziemy ich szukać z wody, a nie z brzegu. W miasteczku jest kilka wypożyczalni sprzętu wodnego. Pomimo sobotniego popołudnia nam się udało i wypożyczyłyśmy rower wodny. Nelka dostała pomarańczowy kapok, taki specjalny dla dzieci. Ja też skorzystałam, bo nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć.

Wypłynęłyśmy na jezioro. Niestety, ale musiałam sama pedałować, aby nasz rower wodny posuwał się do przodu. Płynęłyśmy na drugą stronę jeziora, bacząc czy gdzieś nie widać naszych wędkarzy. Liczyłam, że ich namierzymy, choć nabrzeże jeziora Łagowskiego jest dość długie i kręte. Ale udało się, bo dziadkowi nie chciało się iść zbyt daleko.  Nelcia zauważyła pierwsza Krystianka siedzącego na brzegu na małym krzesełku z wędką na kolanach. W domu przeszedł szybkie szkolenie i wyglądał jak prawdziwy wędkarz. Dziadek natomiast w wysokich specjalnych  butach stał po kostki w wodzie i zarzucał wędką na tzw. muchę.

Gdy dopłynęliśmy do nich, to nie wierzyli własnym oczom, że to my. Krystian już nie chciał łowić, tylko koniecznie na rower. No cóż na pewno jest to przyjemniejsze zajęcie niż siedzenie i czekanie aż ryba zechce podpłynąć i dać się nabrać na różne wędkarskie sztuczki. Wracaliśmy tym rowerem już we trójkę. Ja miałam pomocnika do pedałowania i dość szybko osiągnęliśmy drugi brzeg.

Zrobiło się już późno i pora była by wracać do naszego domku. Dziadek oczywiście nic nie złowił, chociaż plany miał ambitne. Odgrażał się, że następnego dnia, to on nam pokaże prawdziwe ryby.

Zaraz po śniadaniu, pojechaliśmy  jeszcze raz do Łagowa. To co prawda kilka kilometrów z Gronowa, ale trzeba jechać samochodem. I znów dziadek z całym swoim oprzyrządowaniem wędkarskim zasiadł na brzegu, a my postanowiliśmy korzystać z uroków tego pięknego miasteczka. Tym razem Krystianek już nie chciał łowić ryb z dziadkiem, bo zbyt nudziło go to zajęcie.

Przeszliśmy po raz kolejny przez Bramę Polską i znów znaleźliśmy  się na terenie zamkowym. Krystianek oglądał go po raz pierwszy, a my z Nelcią siedziałyśmy w parku na ławeczce. Chłopak w 15 minut obleciał zamek dookoła i był nawet na dziedzińcu wewnątrz. Gdy dzieciom zaczęło już się nudzić, zafundowaliśmy sobie rejs stateczkiem po jeziorze Trześniowskim. I to był strzał w dziesiątkę. Dla dzieci wszystkie sporty i rekreacja na wodzie, to fajna zabawa. Stateczek nieduży, płynął powoli, ale dzięki temu mogliśmy obserwować wszystko, co się dzieje  na wodzie i pod wodą oraz na brzegach porośniętych pięknymi bukowymi lasami. Jezioro Trześniowskie inaczej nazywane jezioro Ciecz, to jedno z najczystszych jezior w Polsce i jedno z najgłębszych. To polodowcowa rynna usytuowana u stóp najwyższego wzniesienia na Ziemi Lubuskiej – Bukowca o wysokości 227 m. Głębokość jeziora to prawie 60 metrów, co klasuje go  w pierwszej dziesiątce wśród polskich jezior. Jezioro Trześniowskie  upodobali sobie nurkowie, którzy tu mogą szlifować swoje umiejętności. Dzięki czystej wodzie, wielu gatunków ryb oraz różnorodnej roślinności, która bujnie rośnie na brzegach, na terenie wokół jeziora utworzono Łagowski Park Krajobrazowy. A więc mamy czyste, świeże powietrze, przeźroczystą wodę, szum drzew na brzegach i odgłosy wzbijających się do lotu ptaków, i czego więcej potrzeba do kontemplowania przyrody ?  Ten rejs był naprawdę wielką przyjemnością. Aż szkoda, że tak szybko się skończył. Dzieci były zawiedzione, gdy stateczek przybił do przystani koło kościoła.

Ale obiecałam im jeszcze jedną atrakcję. I wiedziałam, że dzieci się nie zawiodą. To był Park Linowy z trzema trasami o różnej trudności. Gimnastyka na wysokościach ( mniejszych lub większych w zależności od rodzaju trasy  ) daje mnóstwo satysfakcji. No, ja nie próbowałam, choć gorąco mnie namawiano, ale się wymigałam. Kibicowałam Krystiankowi na trasie trudnej i Nelci na trasie dla dzieci. Te dwie godziny spędzone w Parku Linowym, były dla dzieci ukoronowaniem pobytu w Łagowie Lubuskim. Dzień zleciał  bardzo szybko i trzeba było już szykować się do powrotu do domu. Samochodem podjechaliśmy na miejsce, gdzie dziadek łowił ryby. Jak myślicie, ile ryb złowił ? Żadnej, wszystkie są tak sprytne, że zjadały mu przynętę i tyle je było widać. Ale, co sobie połowił, to jego.  Aż szkoda było żegnać się z tym miasteczkiem – piękną perełką usytuowaną pomiędzy dwoma jeziorami i z wysokim zamkiem stojącym po środku. Trzeba będzie jeszcze kiedyś tu wrócić – Ziemia Lubuska zaprasza i ma wiele do zaoferowania.

Tymczasem żegnam się z Wami i zapraszam na kolejny weekendowy wypad. Gdzie? Może zobaczymy co się dzieje na Szlaku Piastowskim? Zapraszam za tydzień.

Pozdrawiam weekendowych turystów

Babcia Pola

About Author

client-photo-1
Astur4-manager