Święta Góra Uluru w Australii

ŚWIĘTA GÓRA ULURU W AUSTRALII

Pamiętacie moją ciotkę Lisę, kiedy to po wypadku lotniczym w Szkocji, po śmierci swojego męża, wróciła na Ranczo, by nabrać sił i dojść do siebie, po  traumatycznych wydarzeniach. Byłem wówczas na tyle duży, że rozumiałem ją i pamiętam, jak jej współczułem, kiedy tak siedziała smutna i patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem. Dziadek Max pocieszał swoją siostrę jak mógł, ale nie  potrafił wzbudzić uśmiechu na jej twarzy.

Pewnego dnia pojawił się na Ranczo stary Aborygen. Zwykle przychodził do dziadka, zamykał się z nim i długo rozmawiali. Tego dnia jednak przyszli na werandę do ciotki, która  kolejny dzień siedziała na bujanym fotelu i patrzyła w  dal, nie odzywając się do  nikogo. Dziadek opowiedział swojemu Druhowi, co się wydarzyło w życiu ciotki i prosił starego Aborygena, by pomógł wrócić jej do świata żywych.

Stary Druh spojrzał na  Lisę i stwierdził, że wie jak jej pomóc. Pamiętam, że ciotka nie wykazywała żadnego zainteresowania, była bardzo nieobecna i chyba nie chciała żadnej pomocy. Dziadek jednak  bardzo nalegał i ciotka wysłuchała go w końcu. Aborygen powiedział tylko jedno zdanie. „Pójdziemy do Świętej Góry Uluru, tam dostaniesz pomoc.”

Następnego dnia dziadek i Ciotka Lisa przygotowywali się do wyruszenia w  podróż w głąb Interioru Australii do najważniejszego miejsca kultu Aborygenów. Przyglądałem się temu z wielkim zaciekawieniem. O tym miejscu słyszałem już kilka razy. Nikt z naszej rodziny nigdy tam nie był, tylko stary Aborygen nie raz opowiadał dziadkowi o tym miejscu. Miałem ogromną ochotę pójść z nimi  na tę wyprawę, ale bałem się prosić o to  dziadka. Kręciłem się cały zaś koło nich, aby dowiedzieć się jak najwięcej.

W końcu  stary Aborygen podszedł do mnie i sam powiedział „Ty Asturze, musisz iść z nami. Przed tobą ogromna misja do spełnienia, ale musisz dostać wsparcie, energię życia, która będzie cię wiodła przez zakręcone ścieżki twojej drogi” a do dziadka szepnął „Max spakuj chłopaka, idzie z nami” Rodzice nie protestowali, wiedzieli, że skoro Stary Druh tak zadecydował, to znaczy, że tak ma być.

Wyruszyliśmy skoro świt: Stary Aborygen, ciotka Lisa, dziadek Max i ja. Musieliśmy pokonać prawie 2800 km , aby dotrzeć do Świętej Góry Uluru. Nie wiedzieliśmy co nas będzie czekać po drodze, ale wszyscy ufaliśmy Staremu Druhowi i byliśmy pewni, że w jego towarzystwie nic złego nie może nam się zdarzyć. Jechaliśmy jeepem głównymi drogami. Dziadek Max prowadził auto praktycznie bez przerwy. Stary Aborygen siedział koło niego, ale w zasadzie się nie odzywał. Ciotka Lisa siedziała ze mną na tylnym siedzeniu. Co kilka godzin robiliśmy  przystanki, dziadek odpoczywał, posilaliśmy się i dalej ruszaliśmy w drogę.

Gdy dotarliśmy do Alice Spring był środek nocy. Znaleźliśmy hotel, który użyczył nam pokoi na spoczynek. Przespaliśmy się  i rano ruszyliśmy w dalszą podróż. Minęliśmy miejscowość Yulara i w końcu dotarliśmy do małej wioski. Auto zostało na obrzeżu, a my poszliśmy w kierunku domostw. To była wioska Aborygenów. Stary Druh prowadził nas tak, jakby znał tam wszystkie ścieżki. Ciotkę Lisę zaprowadził do chaty, przed którą stała stara Aborygenka. Gestem dłoni zaprosiła ją do środka. I ciotka Lisa popychana przez Starego Druha zniknęła za ciężką zasłoną powieszoną przy wejściu do chaty.

My zaś poszliśmy dalej. Dopiero przy którejś z kolei chacie, zatrzymaliśmy się i weszliśmy do środka. Okazało się, że chaty należą do mężczyzn i kobiet. Ciotka musiała być w towarzystwie Aborygenki, natomiast my trafiliśmy do chaty, w której mieszkał ktoś ważny w wiosce. Stary Druh przywitał się z nim i krótko mu o nas opowiedział. Zdawało się, że nasz gospodarz już wcześniej wiedział o nas wystarczająco dużo. Przywitał się z nami, a potem wyciągnął długą trąbitę z wydrążonego przez korniki drzewa eukaliptusowego nazywaną przez Aborygenów didgeridoo i zagrzmiał głosem niskim i przeciągłym. Wystraszyłem się wówczas, nie spodziewając się takiego ryku wewnątrz chaty.

Usiedliśmy w centralnej części wokół paleniska, w którym jarzyły się jeszcze drwa. Gospodarz zapalił długą fajkę, potem przekazał ją naszemu Aborygenowi, który zaciągnął się mocno  i na końcu podał ją dziadkowi Maxowi. Palili w milczeniu.

Wszystkie legendy Aborygenów muszą być  wysłuchane w stanie sennego marzenia, stanu, który jest najbardziej korzystny do słuchania i odbioru  wszelkiego rodzaju objaśnień historii z odniesieniem do dnia dzisiejszego. Należy duchowo przenieść się do  Alcheringi czyli Czasu Snu i porozumieć się z duchami, aby móc wszystko dokładnie zrozumieć. Wprowadziwszy nas w taki stan, nasz gospodarz odezwał się najpierw w języku Aborygenów, potem już mówił tylko po angielsku. Zapoznawał nas z magicznym światem  mitologii Aborygenów, historii sięgających wiele tysięcy lat. Opowiadał nam historie z początku powstania świata z epoki Czasu Snu. Tak Aborygeni określają okres, w którym zaczął tworzyć się świat. Opowiadał o religii związanej z naturą i ziemią. Usłyszeliśmy o  Matce Ziemi, której duchy przodków, odgrywający wówczas główną rolę, nadały obecny kształt, a potem stworzyły wszystkie elementy związane z naturą: ciała niebieskie, faunę i florę oraz swoich potomków. Wszystko to działo się w epoce Czasu Snu. To wówczas Kunapipi – duch, matka, patronka wielu ówczesnych bohaterów miała ogromną moc i czuwała nad wszystkim, co powstawało. To ta sama Kunapipi, którą babcia Dolores wzywała, gdy jej się coś nie udawało. Oo ! kunapipi ! – mówiła wówczas

Takie same legendy musiała wysłuchać ciotka Lisa. No może nie takie

same, tylko te przeznaczone dla kobiet.U Aborygenów jest tak, że mężczyźni  opowiadają  legendy dla mężczyzn, a kobiety opowiadają legendy przeznaczone dla kobiet.

 

Wysłuchawszy dość długich opowieści gospodarza, które miały nas przygotować na spotkanie w świętym miejscu, udaliśmy się na spoczynek. Następnego dnia, jeszcze przed  świtem, opuściliśmy chaty, w których nocowaliśmy i udaliśmy się w pieszą pielgrzymkę prosto pod górę Uluru. Gdy wychodziliśmy z wioski, spotkaliśmy ciotkę Lisę, szła w towarzystwie starej Aborygenki. Ciotka wydawała się jakaś  inna. Tak jakby przez  noc nastąpiła już w niej  przemiana. Pobyt w chacie z Aborygenką pozwolił jej zapomnieć o swoim nieszczęściu. I to było widać na jej twarzy.

Wędrówka piesza trwała  ponad dwie godziny, ale gdy dotarliśmy do celu, naszym oczom ukazał się cudowny widok. W promieniach wstającego słońca wyłoniła się góra w kolorze miedzianym mieniącą się wszystkimi odcieniami złota i czerwieni. Nigdy w życiu nie widziałem nic podobnego, fakt, że jeszcze niezbyt długo żyłem na tym świecie. Góra Uluru, w tubylczym języku Aborygenów Anandu nazywa się Oolora – czyli najważniejszy punkt na ziemi, miejsce powstania świata, miejsce spotkań z duchami praprzodków. Pod względem geologicznym, jest to monolit skalny o wysokości ok. 300 m n.p.m. i ok. 8 km w obwodzie.

Gdy słońce było już dość wysoko, wokół góry zaczęli zbierać się turyści, schodzili się ze wszystkich stron. Zaczęło robić się tłoczno. Niestety nie wszyscy potrafili uszanować święte miejsce Aborygenów. Dla niektórych przybyłych, Uluru, to tylko góra w środku Australii, miejsce na piknik, na uprawianie wspinaczki – ot, jedna z wielu atrakcji na Antypodach. Aborygenom serca płakały, gdy patrzyli na to, jak  turyści  zadeptują ich święte miejsce.

Wtedy, gdy my byliśmy pod Uluru, nie było jeszcze zakazu wchodzenia na szczyt. Obecnie rząd Australii ustanowił Park Narodowy Uluru i Kata Tjuta obejmujący Świętą Górę Uluru oraz położoną ok. 30 km dalej, grupę skalną Kata Tjuta, co w języku Aborigenów oznacza wiele głów. Faktycznie jest tam ponad 30 monolitów skalnych. Do Parku wchodzi się z przewodnikiem i najczęściej są to Aborygeni posiadający uprawnienia do oprowadzania turystów po Parku Narodowym. Obecnie już nikt nie spaceruje po górze, nie wspina się na nią. Wszyscy starają się szanować to miejsce i patrzeć na nie z wielkim szacunkiem. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ale wracając z wyprawy po Parku Narodowym Uluru i Kata Tjuta w dobrym guście jest przywieść koszulkę z napisem „I did not climb the Uluru rock”, aniżeli zdjęcie zrobione na szczycie góry.

Zaczęliśmy powoli się zbierać. Nasz przewodnik zaprowadził nas jeszcze do jaskini z południowej strony. Kazał nam wszystkim tam wejść i przez dłuższą chwilę głęboko wdychać powietrze z wnętrza jaskini oraz dotykać ich ścian.

Dla Aborygenów ważna jest równowaga. Żadna z sił, żadne z uczuć, czy emocji nie może przeważać nad drugim. Dopiero gdy uzyska się równowagę, wówczas odzyska się spokój. Do tego dążył nasz aborygeński przewodnik.

Na mnie wszystko to robiło ogromne wrażenie. Nie miałem do tej pory styczności z Aborygenami, ich wierzeniami, duchowością. Jedyny Aborygen, jakiego znałem, to Stary Druh, przyjaciel dziadka, ale i z nim nie miałem wiele do czynienia. Ciotka natomiast, choćby z faktu, że żyła dłużej na świecie niż ja, miała większe doświadczenie w obcowaniu z Aborygenami. Szanowała ich kulturę i religię.

W drodze powrotnej do domu, żartowała, dużo mówiła, opowiadała mi o swoich podróżach. W pewnym momencie poprosiła dziadka, żeby się zatrzymał, bo ona chce pokierować autem. Wracaliśmy na Ranczo we trójkę, Stary Druh pozostał w wiosce Aborygenów. Mówił, że musi jeszcze pozałatwiać parę ważnych spraw. Na pytanie jak wróci do domu, powiedział, żebyśmy się o niego nie martwili. Właściwie to i tak nikt z nas  nie  wiedział, gdzie jest jego dom.

Jakie były moje odczucia po wizycie na Świętej Górze Uluru? Ogromne wrażenie zrobiła na mnie ta góra, choć byłem wtedy jeszcze młody, żeby wszystko zrozumieć. Dziś już wielu rzeczy nie pamiętam. Jedno jest pewne, ta góra ma w sobie moc, jest tam tyle nagromadzonej dobrej energii, że można by nią obdzielić pół Australii. Cokolwiek się tam zdarzyło, to energia promieniuje do dnia dzisiejszego. Jest jak dobre źródło, z którego można czerpać wodę żywą.

Mojej ciotce wizyta na Uluru bardzo pomogła. Otrząsnęła się z marazmu po śmierci męża w wypadku lotniczym, z którego ona wyszła niemal bez szwanku. Dostała taki zastrzyk energii do życia, że po naszym powrocie, spakowała swoje rzeczy i wyjechała do Sydney, gdzie miała dom i pozostawione interesy. Zajęła się porządkowaniem biznesu po mężu, wynajmem kamienicy i wieloma drobnymi sprawami. Z pewnością wróciła do świata żywych. Wizyta w wiosce Aborygenów, rozmowa że starą Aborygenką, a także udział w rytuałach tubylczych, zmienił jej nastawienie do życia.

Dopiero po kilkunastu latach, odeszła do Krainy Wielkiej Szczęśliwości, pogodzona z losem. Cały swój majątek, który pozostał jej po dwóch mężach, pozostawiła naszej rodzinie na Ranczo. Mój tato otrzymał dom, kamienicę, udziały w firmie przewozowej jej męża, natomiast mnie pozostawiła wszystkie swoje aktywa i lokaty bankowe. Zawsze wiedziałem, że byłem jej ulubieńcem. Ale ja też ją bardzo lubiłem i szanowałem. To była siostra dziadka Maxa, dla mnie taka babcia-ciocia, której rady, sposób bycia,  niosły mnie przez życie i dawały niejednokrotnie poczucie, że wszystko co robię, to robię dobrze. Teraz  z perspektywy czasu, myślę że wizyta na Świętej Górze Aborygenów umocniła mnie w przekonaniu, że nie jestem takim zwykłym  kangurem, ale właśnie takim wyjątkowym, którego życie to misja do spełnienia i ja każdego dnia staram ją wypełniać.

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager