Ach, to EURO !!!

ach to euro

EURO 2012 – WARSZAWA

Trwa EURO, drużyny walczą o wyjście z grupy. Siedziałem w poniedziałek przed telewizorem z biało-czerwonym szalikiem, zaciskając kciuki tak mocno, że mało ich sobie nie połamałem. Nawet nie wiem, kiedy zostałem takim kibicem piłki nożnej. Jak sobie przypominam, to podczas pobytu w Barcelonie, Mateo mnie tak wkręcił w futbol, że  dałem się namówić na wyjazd do Warszawy z jego kumplami na Mistrzostwa Europy w piłce nożnej – Euro 2012 na mecz pomiędzy Polską a Rosją. Ach, to EURO !!! Co się wtedy działo w Polsce…

Ja przyjechałem pociągiem z Budapesztu, a Mateo z dwoma kumplami przylecieli do Warszawy samolotem. Do meczu Polska – Rosja było jeszcze dwa dni, ale umówiliśmy  się, że będziemy wcześniej, żeby się zaaklimatyzować. Kibic na mecz musi być dobrze przygotowany. A gdzie się lepiej zaopatrzyć, jak nie na miejscu. Poszliśmy w czwórkę na Stare Miasto. Nikt z nas nie był wcześniej w Warszawie. Należało zatem trochę się rozejrzeć. Atmosfera w Warszawie była piłkarska. Wszędzie pełno emblematów Euro. Piłka nożna królowała na każdym billboardzie, każdym plakacie, w każdej wystawie sklepowej. Emblematy biało czerwone – kolory flagi narodowej Polski, były wszechobecne. Samochody osobowe miały powtykane za lusterka małe flagi symbolizujące solidarność z polska drużyną piłkarską. Na ulicach kibice chodzili z wuwuzelami i trąbili w cały świat. Warszawa szykowała się na wielkie starcie Polsko – Rosyjskie na nowym Stadionie Narodowym. W meczu otwarcia Euro 2012 Polska zremisowała z Grecją w Warszawie, ale  teraz kibice  szykowali się na zwycięstwo. To zakrawało już na obsesje narodową- wygrać z Rosją, a raczej dokopać im.

Każdy mecz na mistrzostwach to wielkie święto dla kibiców. Nie ważne jakiej jesteś nacji, jakie drużyny  walczą. Ważna jest gra sama w sobie, ważna jest piłka, która się toczy od bramki do bramki. Ważne są gole, rzuty różne, spalone, czy te najbardziej kontrowersyjne – rzuty karne. Kibic przychodzi na przedstawienie jak do teatru, a piłkarze odgrywają dla nich sztukę.

Cała nasza czwórka była zgodna, że kibicować będzie Polakom. Byliśmy w Warszawie, więc powinniśmy być wdzięczni gospodarzom za gościnę. Zresztą z Rosją nie łączyła nas żadna chemia.

Tego dnia, spacer po Starówce, sprawił nam wiele przyjemności. Pogoda była jak na zamówienie, atmosfera na ulicach piłkarska. Z każdego baru słychać było odgłosy rozentuzjazmowanych kibiców. Strach się bać, co będzie w dniu meczu.

Na Barbakanie stał stragan z pamiątkami. Na nim mnóstwo gadżetów piłkarskich, emblematów biało czerwonych, magnesów, kubków, koszulek, szalików. No, czego sobie tylko kibic, czy turysta zapragnął. Stoły uginały się od towaru. Postanowiliśmy się uzbroić na okoliczność meczu, jak przystało na porządnych kibiców. Kupiliśmy 4 koszulki, 4 szaliki, 4 kapelusze, wszystko oczywiście w kolorze biało czerwonym z napisem Polska. Rudowłosa sprzedawczyni obsłużyła nas obdarzając szerokim uśmiechem, dodatkowo dyskutując z kumplami w ich ojczystym hiszpańskim języku. Chłopakom kopary opadły. Nie spodziewali się takiego luksusu. Na stoisku pracowały jeszcze dwie dziewczyny: brunetka  i blondynka, zapewne córki sprzedawczyni. Brunetka o niespotykanej urodzie, spodziewająca się lada moment potomka, siedziała przy tablicy z magnesami, doradzając i podając poszczególne sztuki. Blondynka o anielskim uśmiechu pakowała klientom zakupy. Gdy już zapakowała nasze  torby, mogliśmy iść na wojnę, która miała się rozegrać za dwa dni na stadionie. Uzbrojeni w atrybuty kibiców, byliśmy jak tysiące innych Polaków, miłośników piłki nożnej.

Następnego dnia znów poszliśmy na Stare Miasto – Mekkę kibiców. W każdym barze, kafejce, restauracyjce, wystawiony był na ogródek wielki telewizor, a w nim albo transmisja z jakiegoś meczu odbywającego się na polskim lub ukraińskim stadionie, albo relacja sportowa, czy dyskusje w studio na jeden wiodący temat. Pełno ludzi wszędzie, trudno znaleźć miejsce siedzące w ogródkach. Jak to dobrze, że mieliśmy bilety na mecz. Kosztowało to fortunę, ale dla kibica piłki nożnej nie liczą się koszty, tylko atmosfera, która panuje na stadionie podczas meczu. Ta jest warta każda cenę.

 

Rodrigez, kolega Mateo, upatrzył sobie młodą blondynkę na stoisku z pamiątkami. Następnego dnia znowu nas tam zaciągnął. Mateo wdał się w dyskusję z szefową, a Rodi próbował uwodzić blondynkę. Chyba miał za małą siłę przebicia, bo oprócz kolejnych zakupów, nie udało mu się nic więcej zyskać. Na  Barbakanie byliśmy razem jeszcze kilka razy, Rodi pewnie więcej. Za każdym razem obłowieni w kolejne koszulki i pamiątki. W końcu po meczu wrócimy do naszych domów i na pewno będzie kogo obdarować tymi pamiątkmi, więc kasy nie żałowaliśmy, zostawiając sowity napiwek dla blondynki.

Wracając ze spaceru po Starym Mieście, wysiedliśmy z tramwaju nieopodal Stadionu Narodowego. Do naszego lokum, nie było daleko, ale trzeba było przejść kawałek. Mieszkaliśmy w wynajętym przez booking.com mieszkaniu w jednej z kamienic przy ulicy Targowej, w dzielnicy Praga, po drugiej stronie Wisły. Ulica Targowa to taka druga warszawska ulica Marszałkowska. No może, a właściwie to na pewno, trochę mniej ekskluzywna. No i towarzystwo, które tu można spotkać, z elitą miasta ma niewiele wspólnego.

Szliśmy sobie spokojnie, humory nam dopisywały. Rodiemu, niestety nie, bo znów dostał kosza od blondynki. Juan z Mateo darli z niego łacha, dając mu dobre rady w sprawach sercowych. Ja się na te tematy nie wypowiadałem, bo nie mam żadnego doświadczenia  w tej kwestii, ale miło było posłuchać bardziej doświadczonych kolegów. Ogólnie było wesoło. Do czasu…

Naprzeciwko nas, nieopodal, stała silna grupa, szeroko gestykulujących, młodych, dobrze umięśnionych mieszkańców Pragi. Gdy zbliżyliśmy się do nich, ucichli, przyglądając nam się uważnie. Języka polskiego żaden z nas nie znał, więc nie wiedzieliśmy o czym rozmawiają i czego od nas mogą chcieć. Ale kłopoty wisiały w powietrzu. Nagle, jeden z nich odezwał się, kierując wzrok  w naszym kierunku. Niestety, nie wystarczyło nasze „ Lo siento, pero no entendemos idioma polaco”, ani „Sorry, we don’t speak polish” Jeden z nich, z bardziej przyjemną facjatą i taki bardziej rozgarnięty, powiedział „ A, Hiszpanos, jasne, kibice?” zapytał, pokazując na swój szalik biało czerwony zawieszony na szyi.

Nie wiem jak, ale Mateo zrozumiał i szybko mu odciął ripostę „Si, claro, samos fanaticos del futbol” i tu cała nasza czwórka pokazała najbardziej szeroki uśmiech, jaki kto miał. Z braku możliwości kontynuowania dyskusji w języku znanym obu stronom, ten najbardziej rozgarnięty z łysą facjatą zapytał tylko „Polska czy Rosja?” Pewnie chodziło mu o to, czy w meczu z Rosją będziemy kibicować Polakom czy Rosjanom. Nie zastanawiając się ani chwili, zgodnie krzyknęliśmy Polacco, Polacco, Viva la Polonia, po czym Rodi wyciągnął z torby koszulki czerwone z białym orłem, które tego wieczora znów zamówił na stoisku z pamiątkami, licząc na względy u blondynki. Ziomki z Pragi, jak zobaczyli te koszulki, które jednoznacznie i bez słów świadczyły o naszej lojalności w stosunku do Polski, od razu zmienili front. Zaczęli nas klepać po plecach, wołając „Polska gola, Polska gola, jutro dowalimy Ruskim i jeszcze inne hasła, których dziś już nie pamiętam, ale bardziej były nacjonalistyczne, niż związane z meczem piłkarskim.

Z prażakami rozstaliśmy się po dwóch godzinach, bo co jak co, ale kufel piwa w pobliskim barze skutecznie łączy i rozwiązuje języki kibicom piłki nożnej. Śmiało jednak mogę powiedzieć, że koszulki kupione tego wieczoru na Barbakanie, uratowały  nam skórę, bo gdyby nie one, to trudno przypuszczać, jak zakończyłby się ten powrót do domu.

Dzień meczu z Rosją zbliżał się nieuchronnie. Dwunastego czerwca od rana byliśmy już w blokach startowych. Adrenalina rosła z każdą godziną. Wszystko czego doświadczyliśmy w Warszawie przed meczem, było niczym w porównaniu z tym, co się działo na meczu Polska – Rosja. Stadion pękał w szwach. Nie widziałem żadnego wolnego miejsca.

Ale zanim znaleźliśmy się na trybunach, przebrnęliśmy przez dziki tłum kibiców chcących się dostać na stadion. Dawno nie widziałem takich tłumów ludzi. Nawet jak chodziłem z Mateo na Camp Nou na mecze Barsy, to nigdy nie widziałem tylu chętnych do wejścia na stadion. My mieliśmy bilety, ale tych kibiców bez biletów, było chyba drugie tyle. Teraz już nie pamiętam, ale przebitka na cenie biletu u konika była zawrotna, a i tak znajdowali się jeszcze chętni do zapłacenia fortuny za możliwość wejścia na płytę stadionu.

Uzbrojeni w biało czerwone atrybuty kibica, pomalowani na polskie kolory, siedząc na trybunach skandowaliśmy po hiszpańsku, kibicując polskiej drużynie. Polscy kibice są bardzo entuzjastyczni, żywiołowi i bardzo głośni. My chcieliśmy się poczuć jak prawdziwi Polacy, ubrani w czerwone koszulki z orzełkiem, z biało czerwonymi szalikami, którymi wywijaliśmy na prawo i lewo, drąc się w  niebogłosy, naśladując polskich kibiców. Nasze gardła wytrzymały do końca pierwszej połowy meczu, potem już było tylko gorzej. Najlepiej wychodziła nam meksykańska fala. Cały stadion falował według sobie tylko znanego schematu. Ale było super.

Trudno teraz po latach opowiadać o samym meczu. Wiadomo jak na każdym meczu jest. Piłkarze biegają od jednego końca boiska do drugiego. Niby zostałem kibicem, ale bardziej interesowały mnie zjawiska socjologiczne, które towarzyszyły takim wielkim spotkaniom jak mecz piłki nożnej. Trzeba jednak oddać hołd wszystkim polskim kibicom, że mimo słabych akcji, czy wielokrotnej utraty piłki, a nawet gola, nadal kochali swoich piłkarzy i do końca wierzyli, że wygrają z Rosjanami.

Po utracie  gola w pierwszej połowie meczu, w polskich kibiców wstąpiła nowa siła do zagrzewania swoich bohaterów do walki. Niestety, nieubłagana przerwa zakończyła dramat polskich piłkarzy, a rozpoczęła radość rosyjskich, którzy do przerwy czuli się zwycięzcami. Ale za to, zaraz po przerwie, Kuba Błaszczykowski sprawił kibicom taką radość, że stadion o mało nie pękł z wrzasków, które wydobywały się z każdego gardła polskiego kibica.  Gol strzelony Rosjanom to jak święto narodowe. Już nikt nie pamiętał, że pół godziny wcześniej Polacy stracili jedną bramkę na rzecz Rosjan. To już nie miało znaczenia, liczył się tylko ten zdobyty gol  i nadzieja na następne bramki.

Niestety, następnych już nie było. Mecz zakończył się remisem. Ale kibice i tak byli szczęśliwi. Dokopali Rosjanom. Obiektywnie rzecz biorąc, to Rosjanie Polakom też, ale tu i teraz, wyglądało to inaczej. Dobrze, że byliśmy poprzebierani za polskich kibiców, bo gdybyśmy byli w barwach Rosji, to powrót do naszego lokum, byłby bardzo niebezpieczny. Mieszkańcy Pragi, tej sławnej dzielnicy Warszawy są nacjonalistami jak nikt inny. Tej nocy wyjść na ulicę Pragi w barwach rosyjskich, wiązało się z poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. My jednak byliśmy prawdziwymi Polakami, wymachując mocno szalikami w narodowych polskich barwach, zdartym głosem śpiewając „Polska gola, Polska gola, taka jest kibiców wola” i jeszcze inne kawałki, które już zatarły się w mojej pamięci. My byliśmy nie do ruszenia. Do naszego mieszkania wróciliśmy nad ranem z dużą dozą procentów szumiących w głowie, ze zdartym gardłem, ale też z poczuciem spełnionego obowiązku kibicowania gospodarzom.

Byłem w swoim życiu jeszcze na innych meczach piłkarskich, ale tę przygodę na Euro 2012 w Warszawie zapamiętałem do końca życia. Zobaczyłem prawdziwe oblicze piłki nożnej z tej drugiej strony, od strony kibica. Jestem wdzięczny losowi za wszystkie doświadczenia, jakich doznaję w swoim życiu, bo bez nich życie byłoby bardzo ubogie.

Moi kumple po dwóch dniach opuścili Warszawę. Rodi jeszcze ze dwa razy robił podejścia do blondynki na stoisku z pamiątkami na Barbakanie, ale bez większych sukcesów. Do Barcelony wracał zrozpaczony.

Ja, ponieważ nie miałem innych planów, postanowiłem pozostać w Warszawie jeszcze trochę, by móc lepiej poznać Polaków. Zdecydowałem tylko, że koniecznie zamienię lokum w innej, spokojniejszej dzielnicy.

Planowałem zostać trochę, a pozostałem w Warszawie na prawie pięć lat.

Co robiłem w tym czasie, opowiem Wam innym razem.

Tymczasem mara, mara ….

About Author

client-photo-1
Astur4-manager