Alpy Austriackie – pocztówka z podróży

Pocztówka z podróży 

Alpy Austriackie

W dobie pandemii, gdzie zamiast podróżować wspominamy nasze wyjazdy, jeden z naszych turystów przysłał mi na whats’apa zdjęcie z naszego wspólnego wyjazdu w 2018 roku w Alpy Austriackie i do Dolnej Austrii. Był to dla mnie szczególny wyjazd, dlatego wspomnienia wróciły jak żywe, choć minęło już prawie 3 lata.

Ale zacznę od początku…

Nasza grupa długo nie mogła się zebrać, bo wszyscy uważali, że Alpy to dla młodych, zwinnych, pełnych energii, a nie dla takich turystów, którzy już bawią wnuki. A jednak się udało i wyruszyliśmy w autokarową podróż na zwiedzanie austriackich regionów położonych u stóp Alp i nie tylko ….

Na początku musieliśmy przejechać przez Bawarię i tu mogliśmy rozkoszować się małymi miejscowościami leżącymi u podnóża Alp Bawarskich. Uwagę wszystkich przyciągnęła niesamowita czystość, zadbane obejścia, nieduże domki, kolorowe okiennice pełne kwiatów. Prawie jak w bajce.

Dojechaliśmy do Insbrucku – stolicy Tyrolu. Miasto – pełne tajemnic, pięknie położone na wys. 574 m n.p.m. w dolinie rzeki Inn. Starówka, która należy do jednych z lepiej zachowanych średniowiecznych starówek w Austrii, zrobiła na nas duże wrażenie. Z daleka lśniąca Kamienica ze Złotym Dachem znajdująca się na Starym Mieście – to symbol miasta. Drugą ważną budowlą w mieście jest zamek cesarski Hofburg – trzeci w Austrii zabytek architektoniczny należący do rodziny Habsburgów. Zamek jest udostępniony dla turystów, przepiękna sala balowa, sypialnie cesarskie, kaplica zamkowa czy prywatny pokój cesarzowej Sisi. Nam, niestety nie udało się go zwiedzić w środku, gdyż zbyt późno dotarliśmy do miasta, obejrzeliśmy go tylko z zewnątrz. Na koniec zwiedzania podjechaliśmy autokarem pod jeszcze jeden znany obiekt w Innsbrucku. Tym razem to był obiekt sportowy. Kibicom skoków narciarskich znany jako skocznia narciarska Bergisel, na której swoje sukcesy odnosili też polscy skoczkowie w Turnieju Czterech Skoczni. Skocznia jest bardzo nowoczesna – wieża została zaprojektowana przez znaną na całym świecie architekt Zahę Hadid. Na szczycie znajduje się kawiarnia, skąd rozpościera się wspaniały widok na miasto i całą dolinę rzeki Inn.

Wieczorem, gdy dotarliśmy do hotelu, czekała na nas niespodzianka. Tyrolczycy są bardzo gościnni i dla swoich gości przygotowują różne atrakcje. Tym razem zostaliśmy zaproszeni do udziału w wieczorze tyrolskim. Tyrolczycy znani są z tego, że kultywują swoje tradycje. W każdym miasteczku czy gminie są zespoły regionalne, które grają na instrumentach, tańczą i śpiewają tyrolskie piosenki. W tych zespołach biorą udział całe pokolenia. Najmłodsze dzieci, ubrane po tyrolsku w takt muzyki pląsają w kółeczku. Młodzież nastoletnia chętnie tańczy bardziej skomplikowane układy taneczne. Młodzi mężczyźni i kobiety grają na różnych instrumentach i śpiewają, a seniorzy i seniorki wspomagają głosowo tworząc chórki. Miło było patrzeć jak na scenie uczestnicy dają z siebie wszystko, aby móc przybliżyć publiczności swoją kulturę, swoją miłość do kraju, do muzyki. Dla nich szeroko pojęty folklor, to część ich życia. Muzykę mają we krwi, a noszenie stroju tyrolskiego to zaszczyt. Pasterskie jodłowanie takie jolojo joloi nieodłącznie kojarzyć nam się będzie właśnie z góralami w Tyrolu.

Kolejnego dnia w drodze do Salzburga, zatrzymaliśmy się w Alpach Bawarskich nad jeziorem Konigsee. Jest to najwyżej położone jezioro w Niemczech – 600 m n.p.m. Jezioro leży na terenie Parku Narodowego Berchtesgaden i ma 8 km długości. To była czysta przyjemność, rejs stateczkiem turystycznym po kryształowym jeziorze, mając po obu stronach wysokie alpejskie szczyty z najwyższym masywem góry Watzmann. Krótki postój w trakcie rejsu na półwyspie Hirschau pozwolił rozprostować nogi i napawać się urokiem otaczającej nas przyrody. Przy okazji mogliśmy zobaczyć maleńki kościółek św. Bartłomieja, a głodni mogli zaspokoić głód w lokalnej restauracji oferującej smażone ryby. Dla mnie wizyta przy kościele św. Barłomieja zawsze będzie kojarzyć się z – moją wnuczką. To właśnie podczas postoju na półwyspie Hirschau dostałam telefon od syna z informacją, że na świat przyszła nasza pierwsza, długo oczekiwana wnuczka Kornelka. Mojej radości nie było końca. Musiałam oczywiście w autokarze podzielić się z grupą tą wspaniałą nowiną. Kto ma już wnuki, to wie, co to znaczy, gdy dziadkowie dowiadują się o pierwszym swoim wnuku. Kornelka jest pewnie jednym z niewielu dzieci, któremu w dniu przyjścia na świat gromkie sto lat śpiewał cały autobus. To taka mała prywatna dygresja, ale nawet teraz po prawie trzech latach, spotykając uczestników tej wycieczki, zawsze pada pytanie „ A jak się miewa Kornelka ?” To takie miłe, że wszyscy zapamiętali to zdarzenie.

Wracając na nasz szlak turystyczny, tego dnia dotarliśmy jeszcze do Salzburga – miasta Wolfganga Amadeusza Mozarta. I faktycznie wszystko jest tu związane z tym kompozytorem. Począwszy od domu narodzin przy głównej ulicy Getreidegasse, a skończywszy na plakatach, bilboardach, nazwach kawiarni, sklepów i niezliczonej ilości pamiątek z wizerunkiem Mozarta, w tym także słynne Mozartkugel – czyli czekoladki w formie kulki z wizerunkiem Mozarta, które wszyscy turyści kupują w Salzburgu na pamiątkę.

Salzburg – to miasto z pięknie zachowaną Starówką wpisaną na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Należałoby też wspomnieć o górującej nad miastem twierdzy Hohensalzburg – jednej z największych w Europie.

 

 

Kolejnym z punktów naszego programu było zwiedzanie jaskini lodowej Eisriesenwelt położonej w pobliżu miejscowości Werfen ok. 50 km od Salzburga w samym sercu Alp Salzburskich. Jaskinia to ponad 40 km ciąg grot pokrytych lodem przez cały rok. Jest to jednocześnie największa na świecie jaskinia lodowa usytuowana na wysokości 1641 m n.p.m. Nic więc dziwnego, że wszyscy uczestnicy byli pełni obaw, jak tam dotrzemy. Na szczęście nasz przewodnik dawkował nam te informacje i dzięki temu grupa, nieświadoma co ją czeka na trasie, prawie w komplecie ruszyła na zdobywanie jaskini. Sprawę utrudniał jeszcze padający deszcz. Od parkingu musieliśmy podejść ok. 350 metrów do stacji kolejki linowej, która miała nas wznieść prawie 500 m w górę. W małym wagoniku jechaliśmy tylko kilka minut, ale wrażenie z tej jazdy było ogromne. Kolejka prawie nie przemieszczała się na linie poziomo, by nabrać wysokości, tylko od razu pięła się w górę niemal po prostej, prawie ocierając się o zbocze góry. Po wyjściu z wagonika czekał nas jeszcze spacer 20 minutowy w korytarzach wydrążonych w zboczach osłoniętych od góry drewnianym dachem. Deszcz dalej padał, ale daszki osłaniały nas od deszczu, choć i tak mieliśmy już wierzchnie ubranie dość mokre. Na trasie były przystanki i kto chciał mógł odpocząć, napić się gorącego napoju i ew. poczekać aż grupa będzie schodzić z góry. Przy wejściu do jaskini musieliśmy poczekać na swoją kolej i naszego obiektowego przewodnika. Pierwsze co nas uderzyło po wejściu do środka, to lodowaty ziąb, który przeszywał nasze zmoknięte ubrania na wskroś. W jaskini jest temperatura ok. zera stopni, a na zewnątrz było ok. +18.

Do zwiedzania przeznaczony jest tylko odcinek ok. kilometra, cały skuty lodem. Do wyższych poziomów prowadzą wąskie drewniane schody, mające ok. stu stopni. Ale jednak warto się wspiąć wyżej, bo potem natura wynagradza nam wszystkie niedogodności. Możemy podziwiać najróżniejsze formy lodowych stalaktytów i stalagmitów, rzeźb, tuneli czy lodowych welonów. Fantastyczny lodowy świat. Całe zwiedzanie trwało ok. 1,20 minut. Na koniec trzeba jeszcze raz pokonać te sto stopni schodów, ale tym razem w dół, przejść przez śluzę zamykającą jaskinię i znowu można się znaleźć w zielonym, normalnym świecie.

Będąc w Salzburgu należy koniecznie odwiedzić inne ciekawe miejsca w okolicy. My byliśmy w urokliwym uzdrowisku Bad Ischl, gdzie najważniejszym zabytkiem jest letni pałac rodziny Habsburgów, w którym cesarz Franciszek Józef poznał swą przyszłą żonę Elżbietę – znaną jako Sisi. Odwiedziliśmy też miejscowość St. Wolfgang nad brzegiem jeziora Wolfgangsee, gdzie znajdowała się cela pustelnicza świętego Wolfganga – biskupa Ratyzbony, a obecnie stoi tysiącletni kościół p.w. św. Wolfganga.

 

W czasie naszej wycieczki odwiedziliśmy jeszcze jedno święte dla Austriaków  miejsce – Mariazell. Jest to miejscowość położona ok. 120 km od Wiednia, znana jako najważniejsze miejsce pielgrzymkowe w Austrii. To tu w niewielkiej Bazylice króluje figurka Matki Bożej Królowej Narodów Słowiańskich znanej też jako Wielka Matka Łaskawa Austrii. Co roku przybywają tu rzesze pielgrzymów z Europy Środkowej. Do Bazyliki w Mariazell pielgrzymowali również koronowane głowy, czy papieże.

 

 

 

 

Trudno będąc w Austrii nie wpaść choć na chwilę do Wiednia. I my też tak zrobiliśmy. Wiedeń nie był naszym głównym punktem wyjazdu, więc też nie zwiedzaliśmy go tak dokładnie jak podczas typowej wycieczki do stolicy Austrii. Niemniej jednak udało nam się obejrzeć Innere Stadt robiąc objazd autokarem po Małym Ringu – okrężnej ulicy, przy której stoją najważniejsze zabytki i budowle Wiednia, a która to zamyka wewnątrz całe Śródmieście. Widzieliśmy przepiękny Belweder, Wiedeńską Operę, klasycystyczne budynki, w których znajdują się najważniejsze muzea miasta, Ratusz Miejski, Parlament, kościół wotywny. Jednak najważniejsza świątynia Wiednia stoi w samym sercu miasta – jest to katedra Św. Szczepana. Pomimo dużej liczby zwiedzających w tym czasie, udało nam się wejść do środka i obejrzeć tę wspaniałą gotycką budowlę od wewnątrz. Wspaniały pałac Hofburg – rezydencja Habsburgów lśnił w słońcu w całej swojej okazałości. Nieodłączne dorożki pozwalały wyobraźni cofnąć się w czasie. Był też czas wolny na degustację wiedeńskiej kawy z tortem, z którego słynie miasto Straussa. Niestety niewielu osobom się to udało, gdyż dzień wolny, piękna pogoda, sprawiła, że w centrum stolicy było mnóstwo ludzi i znalezienie wolnego stolika w kawiarni graniczyło z cudem. Ale i tak sama atmosfera Wiednia pozwoliła nam poczuć się po królewsku.

Na koniec dnia pozostał nam akcent polski w Wiedniu, czyli Wzgórze Kahlenberg. Każda wycieczka powinna tu zajechać, by zobaczyć pamiątki i posłuchać opowieści o Odsieczy Wiedeńskiej dowodzonej przez polskiego króla Jana III Sobieskiego, który właśnie w tym miejscu na błoniach pod Kahlenbergiem obronił Europę przez rozlewającą się ekspansją Turków. Tu w małym kościółku św. Józefa – który jest Polskim Sanktuarium Narodowym na ziemi austriackiej, znajduje się wiele pamiątek związanym z tym wydarzeniem. My byliśmy tam w przeddzień obchodów rocznicy wielkiej bitwy, która odbyła się 12.09.1683 roku. Widać było przygotowania do uroczystości, w której następnego dnia mieli wziąć udział oficjalne delegacje z Polski i Austrii.

Po tych ostatnich wzruszeniach, związanych z naszą ojczyzną na ziemi Austriackiej, trzeba było wracać już do kraju. Te kilka dni minęły tak szybko. Zostawiły tyle wrażeń i przyniosły tyle wzruszeń, że długo każdy z nas będzie wspominać tę podróż po Dolnej Austrii. Żeby mieć pełny obraz tego kraju, należałoby się jeszcze udać bardziej na południe i odwiedzić Górną Austrię, która też ma bardzo dużo do zaoferowania turystom. Ale to już temat na następną wyprawę do Austrii.

Zapraszamy zatem jeszcze raz do Austrii wszystkich tych, którzy już z nami byli i wielu innych, dla których zwiedzanie, to sposób na życie.

Magda

About Author

client-photo-1
Astur4-cms