W Barcelonie…

w barcelonie

W BARCELONIE

To był mój pierwszy pobyt w Hiszpanii. Przyleciałem do Katalonii, na zaproszenie cioci Bonity, najmłodszej siostry mojego taty. Ciocia wyjechała do Hiszpani już dość dawno. Mieszkała najpierw w Madrycie, a potem wyjechała do Katalonii. Na uniwersytecie w Barcelonie dostała pracę wykładowcy języka angielskiego, czy hiszpańskiego, już teraz nie pamiętam. Ciocia była ekspertem od kilku języków. Nauczyła się nawet katalońskiego. Mieszkała w samym sercu Barcelony w pobliżu Placu Katalunya, w dość eleganckiej kamienicy. Jej apartament był na 5 piętrze. Widok z okna – tylko pozazdrościć, cała panorama miasta. Ciotka opowiadała, że dość długo szukała odpowiedniego mieszkania, aż wreszcie znalazła. Nie dziwiłem się, bo sam chciałbym tak mieszkać.

Któregoś dnia po moim przybyciu do Barcelony, do drzwi zadźwięczał dzwonek. Ciocia otworzyła, w drzwiach stał dwudziestoparoletni chłopak z potarganą czupryną. „ To Mateo, mój sąsiad, a zarazem mój student” przedstawiła mi przybysza. „ Mateo jest tak dobry, że pomaga mi w drobnych sprawach domowych” ciągnęła dalej ciocia „Nie robi tego bezinteresownie, oczywiście, licząc na moje względy na zaliczeniach i na egzaminach” – uśmiechnęła się filuternie do mnie i do niego. „Ale mi to nie przeszkadza” – zakończyła swoją wypowiedź. Mateo wyszczerzył wszystkie swoje zęby w uśmiechu. Wyglądał na sympatycznego chłopaka. „Ola!” – powiedział do mnie. Ja mając za sobą przyśpieszony kurs hiszpańskiego pod czujnym okiem babci Dolores, wiedziałem co powiedzieć „ Ola!, como estas Mateo?” „ Muy bien” – odrzekł chłopak i już oboje wiedzieliśmy, że się dogadamy.

Mateo wpadał prawie codziennie, zabierał mnie na wypady po mieście, pokazywał jasne i ciemne strony Barcelony. Dzięki niemu poznawałem miasto. Nie wiem, czy ciocia wcześniej mu coś na mój temat powiedziała, a może coś obiecała w zamian za opiekę nade mną. Faktem jest, że dużo czasu spędzaliśmy razem. Mateo zapoznał mnie jeszcze z innymi swoimi kumplami: Rodrigezem, na którego wszyscy mówili Rodi, z Juanem – Andaluzyjczykiem, mieszkającym czasowo w Barcelonie oraz Xavierem z Meksyku, który studiował medycynę w Barcelonie. Tych czterech muszkieterów stanowiło idealną paczkę. Ja byłem takim D’Artagnanem, który do nich dołączył i bardzo dobrze czuł się w ich towarzystwie.

Chłopaki byli bardzo kreatywni w wymyślaniu form spędzania wolnego czasu. Nie wiem, czy chcieli mi zaimponować, czy po prostu taki mieli sposób życia. Zabierali mnie w różne, ciekawe miejsca, do których w życiu sam bym nie trafił. Po trzech tygodniach centrum Barcelony, ale i nie tylko, nie miało już dla mnie większych tajemnic. Chłopaki byli wielbicielami cavy – katalońskiego wina musującego produkowanego w rejonie Penedes, grali w squosha, słuchali rockowej muzyki, ale przede wszystkim byli ogromnymi fanami piłki nożnej, czyli rodzimego klubu – FC Barcelona.

Pierwsza moja wycieczka po mieście z Mateo i z Rodim była, wiecie gdzie? No, to oczywiste – na stadion Camp Nou. To było nie do pomyślenia dla nich, żebym ja nie znał ich mekki piłkarskiej. Stadion można zwiedzać, a oni obydwaj byli członkami fun clubu i mieli jakieś specjalne wejściówki. Obszedłem z nimi całą płytę, byłem w pomieszczeniach dla piłkarzy, zwiedziłem Muzeum Barcy przy stadionie, obejrzałem sobie każdego piłkarza  na stojakach, wielkości dorosłego człowieka. Czułem się tak jakbym zapoznał się z  każdym z nich. Tu patrzył nam nie Leo Messi, tam obok stał Gerard Pique czy Sergio Bosquets. Same sławy, jak żywe…  W ogromnym piłkarskim markecie zakupiłem pamiątki związane z Barcą.

Ale wizyta na stadionie, to jeszcze nic w porównaniu z uczestniczeniem w meczu Barcy z FC Athletico Madrid. Oj wtedy się działo. Dzięki Mateo, Rodiemu i Juanowi, zostałem kibicem piłki nożnej. I wiecie co, nawet mi się to podobało. Ciocia Bonita pukała się palcem w czoło, twierdząc, że chodzenie na mecze, to strata czasu, ale ja byłem innego zdania. To naprawdę świetna zabawa. Zwłaszcza jak ulubiona drużyna naprawdę potrafi grać i daje z siebie 100 %, by podczas meczu zadowolić swoich fanów. A Barca taka właśnie jest.

Dni leciały mi w Barcelonie szybko. Kiedy moi przyjaciele mieli wolne, to spędzaliśmy czas razem. Ciocia Bonita miała ustalony tryb życia. Wstawała wcześnie i wychodziła na uczelnię. Gdy ja zaczynałem kręcić się po domu, to jej już nie było. Wracała ok. godziny 17.00. Zamykała się w swoim gabinecie i tam sprawdzała prace studentów i przygotowywała się do kolejnych zajęć. O godzinie 19.00 wychodziła do restauracji na kolacje. Gdy ja byłem w tym czasie w domu, to szliśmy razem. Zamawiała wówczas jakieś hiszpańskie danie, abym mógł posmakować innych smaków. Spać chodziła o 22.30. Tak było codziennie. Weekendy wyglądały inaczej. Ciocia rano wstawała i wychodziła na bazar. Raz poszedłem z nią, by zobaczyć jak to jest w Barcelonie. Bazarek  – Mercat de la Boqueria był niedaleko, w bocznej uliczce od Rambli, jakieś piętnaście minut spacerkiem od naszego domu. Czego tam nie było… Rzekłbym żywność z całego świata rozłożona na straganach na tak niewielkim terenie. Owoce, warzywa, ryby, owoce morza, przyprawy, lokalne produkty i czego tylko zapragniesz, a nawet jeszcze więcej.

Któregoś dnia, postanowiłem sam przejść szlakiem Gaudiego. Wiecie, kto to jest Gaudi ? Antonio Gaudi to znany kataloński architekt żyjący na przełomie wieku XIX i XX, słynący z nietypowego podejścia do architektury. Jego projekty charakteryzują się nieregularnymi kształtami, falującymi liniami, płynnymi strukturami, zawierającymi wiele rzeźbionych elementów architektonicznych oraz bogatą kolorystykę. Gaudi stworzył wiele oryginalnych budynków, które znajdują się w Barcelonie, ale nie tylko. Ja postanowiłem zapoznać się naocznie z jego dziełami. Kupiłem przewodnik po Barcelonie i zaprojektowaną ścieżką śladami Gaudiego udałem się na oglądanie tych wszystkich wspaniałych Casas, które swoim niecodziennym wyglądem zdobią ulice Barcelony. Zacząłem od ekskluzywnej ulicy Passeig de Gracia, która zaczyna się od Placu Katalunya, najbliżej naszego domu. Tam obejrzałem Casa Battlo, potem Casa Mila. Na koniec zostawiłem Casa Vicens, okazały budynek zaprojektowany dla bogatej rodziny Vicens, jako pierwszy z wielu budynków w Barcelonie, jeszcze w XIX wieku.

Od Casa Vicens miałem niedaleko do Parku Guell. To niesamowite miejsce, w którym architekt Gaudi dał wyraz swojej wyobraźni. W założeniu miało to być luksusowe osiedle dla burżuazji. W rezultacie powstało 5 budynków na terenie otoczonym murem z kamieni o nieregularnych kształtach z bramami z kutego żelaza. Dwa z tych obiektów to hale, których przeznaczeniem miał być np. bazar z Salą Stu Kolumn. Pozostałe trzy budynki to domy mieszkalne, których elewacje, schody pokryte są kolorową drobną mozaiką. W jednym z budynków mieszkał Antonio Gaudi. Dziś ten budynek to Dom – Muzeum poświęcony artyście. Obecnie Park Guell, to piękny, kolorowy wypoczynkowy park, pełen zieleni.  W parku znajduje się wiele ciekawych rzeźb, które nadają ciekawy charakter architektoniczny. Tu Gaudi przemawia poprzez każdy kamień, każdy element architektoniczny. Park ten został wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Z  Parcu Guell udałem się prosto w kierunku kościoła Sagrada Familia – budowli, która jest kwintesencją wszystkich prac Antonio Gaudiego, jak również wizytówką Barcelony. Chyba nie ma takiej osoby, która by nie kojarzyła wizerunku tego kościoła.   Tego nie da się opisać słowami. Nie ma na świecie drugiej takiej awangardowej budowli sakralnej. Jest po prostu przepiękna. Z każdej strony wygląda inaczej – zachwycająco. Każdy element architektoniczny ma swój symbol. W architekturze zapisane są sceny z życia Świętej Rodziny. Trzy fasady główne, które opowiadają o Narodzeniu, o Pasji i o Chwale. Tę budowlę można czytać jak książkę. Stałem i patrzyłem. Nie mogłem się nadziwić pomysłowości, talentowi i wykonanej sztuce. Kościół nie jest jeszcze skończony. Budowa trwa już ponad sto lat. Sam architekt nie doczekał ukończenia nawet połowy swojego dzieła, zmarł potrącony przez tramwaj w pobliżu Sagrady. Ale pozostawił po sobie plany, na podstawie których kolejni projektanci i budowniczowie kontynuowali i nadal kontynuują jego dzieło.

Tego dnia byłem już nieźle zmęczony bieganiem po całej Barcelonie, ale zrobiłem kawał porządnej roboty. Zapoznałem się ze światowej sławy architektem i jego dziełami. To wartość dodana do pobytu w Barcelonie.

Każdego dnia podczas zwiedzania, spacerów po mieście, czy też na wypadach z chłopakami, odwiedzałam bary serwujące tapas – narodowy przysmak Hiszpanów. Tapas – to drobne przekąski serwowane na zimno lub na ciepło. Zrobione z różnych składników: mięsa, warzyw, ryb, owoców morza. Mają różny kształt i różny smak. Każdy bar serwuje swoje tapas. Właściwie można by zrobić wycieczkę po mieście szlakiem barów serwujących tapas. Dla mnie to była wspaniała zabawa połączona  z ucztą dla podniebienia. Mam już swoje własne upodobania i swoje smaki. Kiedykolwiek los mnie rzuci do Barcelony, wiem do którego baru mam pójść, żeby dostać swoje ulubione tapas. Nie zdradzę Wam takich tajemnic, bo każdy musi sobie sam wypracować swoją ścieżkę tapasową. Każdy ma inne smaki, co innego lubi i czym innym się zachwyca. Najważniejsze jest, by to odkryć  u siebie, a potem tylko znaleźć odzwierciedlenie swoich upodobań w lokalnej kuchni.

W dniu, w którym poznawałem sztukę Gaudiego, też postanowiłem zatrzymać się chwile w jednym z barów nieopodal Sagrada Familia. Nie będę podawał w którym, bo nie chcę robić antyreklamy. Co nie znaczy, że tapas były niedobre, nie o to chodzi. Zamówiłem dwa tapas, usiadłem wygodnie przy stoliku, wieszając swój podręczny plecak na oparciu krzesła. Podano mi dwa pachnące, jeszcze ciepłe tapas: jedno z pomidorem i papryką, a drugie z anchois i zielonym szpinakiem. Pochłonąłem te dwie kanapki ( bo tak też można by określić hiszpańskie tapas ) i zbierałem się do wyjścia, gdy zauważyłem, że mój plecak zniknął. Do dzisiaj nie wiem kiedy i nie wiem, jak to się stało. Nikt koło mnie się nie kręcił, przy stoliku siedziałem może 6 minut, może ciut więcej.

Fakt był oczywisty, plecak zniknął. Zrobiłem szybki scan mózgu, aby przypomnieć sobie co miałem w plecaku. I wtedy już nic nie było ważne, ani przewodnik, ani różne drobiazgi, ani nawet klucze do mieszkania ciotki, bo uświadomiłem sobie, że w plecaku był mój paszport. I wtedy oblał mnie zimny pot. Utrata paszportu w obcym kraju, to dla cudzoziemca ogromny problem. Na szczęście telefon miałem w kieszeni kamizelki. Szybko wykręciłem numer do ciotki, powiadamiając ją o tym co się stało.

Nie muszę dodawać, że od razu wszcząłem alarm w barze, ale jak to było do przewidzenia, nikt nic nie widział i nikt nic nie słyszał. Plecak ulotnił się z krzesła jak kamfora. Ciotka zasugerowała, aby wezwać policję i zgłosić kradzież oraz podała mi namiar na konsulat australijski i kazała  tam się udać, a sama miała wezwać ślusarza, by wymienił jej zamki w drzwiach. Policjant zjawił w ciągu kilku minut. Zrobił małe dochodzenie w barze, które nic nie dało, spisał protokół i kazał zgłosić się do dzielnicowego posterunku policji, w celu uzyskania zaświadczenia o kradzieży  paszportu.

Po wyjściu policjanta niemal biegiem udałem się do placówki konsularnej. Niestety była już zamknięta, trudno się dziwić, było już po 18.00. Następnego dnia, już przed 9.00, czekałem przed wejściem. Nie mogłem w nocy spać, wyobrażając sobie co mogłoby być, gdyby…

W biurze przyjęto mnie grzecznie, acz chłodno. Dając mi wyraźnie do zrozumienia, że swoich rzeczy należy pilnować. Pracownicy konsulatu mają codziennie od kilku do kilkunastu spraw tego typu. Barcelona należy do tych miast, gdzie złodzieje kieszonkowi mają raj i okradają turystów na potęgę. No cóż, musiałem wysłuchać „kazania”, ale z drugiej strony nie trzeba się paniom dziwić, skoro ich praca ogranicza się tylko do wystawiania zastępczych dokumentów podróży, bo turyści pozwalają się w tak głupi sposób  okradać. Wyrobiłem sobie szybko w automacie zdjęcie, wypełniłem stosowne formularze i po kilku godzinach wróciłem znowu do konsulatu po zastępczy paszport. Właściwie to bardziej przypominało imienny dokument podróżny ze zdjęciem, pozwalający mi powrócić do Australii.

Miałem 10 dni, aby wrócić do kraju i na podstawie tego dokumentu wyrobić sobie nowy paszport, bez którego podróżowanie w ogóle nie jest możliwe. Nie chciałem dłużej czekać, zabukowałem sobie bilet do Sydney i po trzech dniach czekałem na lotnisku El Prat w Barcelonie na samolot do Kapsztadu w RPA, a stamtąd do Sydney.

I tak niespodziewanie zakończyła się moja pierwsza wizyta w Hiszpanii – w Barcelonie. Ale nie martwcie się, wyniosłem stamtąd  wspaniałe znajomości, które nie zakończyły się wraz z pobytem w mieście. Zdobyłem wiedzę na temat Antoni Gaudiego, poznałem smaki tapas oraz nauczyłem się, że trzeba pilnować swoich rzeczy, a nie beztrosko zostawiać je na pastwę złodziei.

To tyle z Barcelony….   Mara, mara i do następnej relacji.

About Author

client-photo-1
Astur4-manager