Kangurek Asturek na szlaku – RAUENSTEIN

Kangurek Asturek na szlaku…

RAUENSTEIN

SAKSOŃSKA SZWAJCARIA – TREKKING

RELACJA PRAWIE NA ŻYWO  🙂

Cześć!

To ja – Wasz Kangurek Asturek.

No normalnie nie mogę się pozbierać po tych wszystkich wrażeniach i wycieczkach na których byłem. Cóż – życie celebryty do łatwych nie należy – więc wybaczcie, że dopiero teraz zebrało mi się na wspominki. Lecimy

Dwie niedziele lipca upłynęły mi nie dość, że w doborowym towarzystwie, to jeszcze w przepięknych miejscach. Wraz z grupą turystów – uśmiechniętych i głodnych wrażeń, wyruszyliśmy na podbój Saksonii, jednak nie takiej standardowej, gdzie odwiedzamy Bastei, Konigsstein czy Stolpen, ale innej, wspanialszej, ciekawszej i przede wszystkim bardzo malowniczej.

Już krajobrazy po drodze zapowiadały świetne wrażenia. Majestatyczne góry zatapiały się w słonecznych promieniach, jednocześnie krocząc po soczystej zieleni. Ogromne skały towarzyszyły nam praktycznie przez cały czas, na zmianę z polami i ukwieconymi łąkami. Przy drodze każdy z parkingów zatłoczony, a to wskazywało, że dziś będziemy mieli wielu turystów na swojej drodze.

W tym ogromie wspaniałych krajobrazów autokar nagle zjechał na parking. O ho, zaczynamy? Super! W końcu rozprostuję swoje łapki, porobię fantastyczne zdjęcia i zobaczę to, czego potencjalny turysta nie zwiedzi będąc w Saksońskiej Szwajcarii.

Ok. wysiadka, „sikunda”, plecaki na plecy, pierwsze zdjęcia. Idziemy! Nie, przepraszam – grupa idzie, a mnie niosą . Jak nie, jak tak…! Przecież jestem tu pierwszy raz i w dodatku najmniejszy, nie mogę się przecież zgubić… Jaka to byłaby strata . No dobra wystarczy o mnie. Saksonia czeka.

Pierwsze kroki kierujemy z parkingu niedaleko Bastei w stronę lasu. Idziemy przez malownicze pole zboża aby móc podziwiać piękne krajobrazy i wejść w wielką tajemniczość tego miejsca. Leśna ścieżka, którą następnie podążamy zaskakuje nas bogactwem roślinności. Towarzyszą nam tu nie tylko majestatyczne drzewostany, ale liczne kwiaty i owoce leśne. Ścieżka nie jest trudna do pokonania, raczej prowadząca po prostym terenie. Zachęca uczestników do rozmów i wspominek.

Dokąd nas zawiedzie? 

Niespodzianka – zaczyna się… Nagle nasza trasa zaczyna opadać dość stromo w dół.

Gdzie my jesteśmy? Czy na pewno idziemy dobrze? No ale przecież nasz przewodnik zna tę drogę, nie wyprowadzi nas w pole….

Idziemy – Matko!

Tu skała, tu przewalone drzewo, tu uskok. Trzeba podnosić wysoko nogi, aby się nie potknąć (ja nie muszę mam miejscówkę w plecaku, niech inni się martwią). Przepiękna, dzika przyroda towarzyszy nam jeszcze przez długi czas. Mi najbardziej podobają się skały o przeróżnych formach, z licznymi szczelinami, skąd wyłaniają się rzadkie gatunki roślin i paproci. Atmosfera jak w filmie z dużą dawką tajemniczości. Mógłbym tu zostać – jest tak pięknie. No ale jeszcze tyle przed nami… 

Krok za krokiem nagle docieramy do wytyczonej ścieżki. Jak się okazuje jesteśmy w malowniczym wąwozie Uttenwalder Grund, a tędy prowadzi słynna ścieżka malarzy (Malerweg). Jest to jeden z najpiękniejszych szlaków w Saksońskiej Szwajcarii, prowadzący przez bajeczne krajobrazy. Nic dziwnego zatem, że tacy artyści jak Caspar David Fridrich bardzo szybko odkryli Góry Połabskie wykorzystując je jako gigantyczne kulisy w swoich obrazach. To właśnie tutaj powstał słynny na całym świecie obraz „Wędrowiec nad morzem mgły”, czy też niektóre sceny do filmów „Opowieści z Narni”, „Atlas chmur” czy „Grand Budapest Hotel”. Fajnie, że tu jesteśmy. Jest super. Jak ja się cieszę, że przyjechałem.

Po drodze nasz przewodnik zafundował nam jeszcze nie lada atrakcje. Kto chce, może zobaczyć dziką jaskinię. Jak nie ja to kto? – idę… wąski wąwóz, wszędzie paprocie i inne dziwne rośliny. I nagle – na drodze wielka skała, normalnie nie można przejść. Trzeba prawie na kolanach. Jak ja się cieszę, że siedzę w plecaku – moje spodnie będą czyste…. Przeszliśmy, troszkę wspinaczki i jest jaskinia… No fajna – podoba mi się, ale idźmy już dalej, bo sztraszno tu trochę. Wracamy na szlak.

Leśna ścieżka prowadzi nas dalej ku wyjątkowemu miejscu Waldidylle, który ma swoją historię i tradycję. Zbudowany w końcówce XVIII w. budynek wielokrotnie musiał przeciwstawiać się siłom natury takim jak burza i woda. I przetrwał. Dziś jest to miejsce zarówno na odpoczynek jak i na małe co nie co . Mi się jednak tym razem nie udało skosztować tutejszego jedzenia, moim towarzyszom zresztą też nie. Za dużo ludzi, za długie oczekiwanie – a przed nami jeszcze tyle drogi. Obeszliśmy się smakiem, ale jeszcze tu wrócimy.

Droga prowadzi nas dalej. Ja już prawie nie mam sił, więc idę na końcu. A co tam i tak beze mnie nie pójdą dalej. Nagle…. nagle z gąszczu zieleni moim oczom wyłania się na wzniesieniu zamek, malownicze małe domeczki… Wow! gdzie ja jestem…? Gonię do przewodnika. Jest! Stoi z resztą grupy na dziedzińcu pięknego malowniczego miasteczka Stadt Wehlen. Wokół bajkowe kamieniczki, mnóstwo kafejek, wspaniały kościół… Chce się tu zostać. A ponieważ mamy chwilę czasu wolnego to gonię na lody, ummm, ale pychotka…. W takim miejscu i z takimi towarzyszami Dziękuję grupo.

Czas szybko minął, wszyscy zregenerowali siły, więc czas iść dalej….

Najpierw idziemy na prom. Chcemy przepłynąć Łabę na drugą stronę, aby udać się w kolejne piękne miejsce. Na drugim brzegu rzeki ukazuje się nam wspaniała panorama miasta, w którym byliśmy. Z tego miejsca doskonale widać, iż jest ono wspaniałym i popularnym kurortem.

Zanim ruszyliśmy dalej, niektórzy nasi towarzysze wybrali lżejszą trasę do kurortu Rathen…. Ja nie wiem – którędy mam iść? No dobra, idę z przewodnikiem…. Najpierw droga wznosi się powoli ku górze, aby potem wystrzelić nieoczekiwanie w górę. Halllooooooo poczekajcie na mnie…. zostałem na końcu. I gdyby nie ta gigantyczna naparstnica purpurowa to pewnie jeszcze przez długi czas szedłbym sam. A ponieważ wzbudzała ona wielkie zainteresowanie, to i przewodnik się przy niej zatrzymał aby podkreślić jej majestatyczność….. Nie powiem – niezła z niej sztuka! 

Po kolejnej wspinaczce w końcu jesteśmy – Rauenstein. Jak tu jest pięknie, jakie widoki. W pewnej chwili przez myśl przeszło mi: Niech sobie idą dalej, ja zostaje – tu jest moje królestwo. A z resztą… co ja będę opowiadał – sami zobaczcie:

Po tych wszystkich widokach, gdzie zobaczyłem Konigsstein i Bastei w innej odsłonie, czas na… zimne piwo. Grupa się delektuje w tak pięknym miejscu wszelkimi smakami, a ja….? Ja dalej patrzę i nadziwić się nie mogę!

Aż w końcu…. Niestety, wiedziałem, że w końcu to usłyszę. Wracamy. Ale ja nie chcę, ja zostaję. Gdzie się ukryć?

Hmmm, ale chyba muszę – bo chcę Wam o tym opowiedzieć i zaprosić Was w te piękne miejsca.

Po niedługim zejściu z Rauenstein dotarliśmy do kurortu Rathen. Stąd odjeżdżamy do domu. Z żalem, ale też wielkim apetytem na powrót w tę okolicę.

Saksońska Szwajcaria ma jeszcze wiele niezwykłych szlaków do zaoferowania, także koniecznie muszę namówić Asturki, żeby tworzyły kolejne programy!

Zabierzcie mnie tam raz jeszcze!  

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-cms

Comments

Dodaj komentarz

5 × trzy =