Greckie Meteory

meteory

GRECKIE METEORY

Kalimera! Witajcie w słonecznej Grecji, byłem tam kilka razy, ale najbardziej pamiętam… Meteory. Ale zacznę od początku…

Kostasa poznałem na Krecie. Poleciałem tam na dwa tygodnie, po tym jak mój brat Archie wrócił z  podróży poślubnej i bardzo zachwalał mi tę wyspę. Dużo o niej opowiadał  i postanowiłem sam ją zobaczyć. Kostas uwikłał się w jakąś przepychankę z miejscowymi. Był sam, a ich trzech. Nie miał szans, choć chuchrem nie był. Właśnie wyszedłem z baru, gdy ich zobaczyłem. Nie wiem o co poszło, ale wyraźnie jeden z nich miał przechlapane. Chamstwa nie znoszę, więc postanowiłem iść z  odsieczą. Wykorzystałem swój lewy sierpowy, który już nieraz pomagał mi w trudnych sytuacjach i nieraz rozwiązał jakiś problem. Odstawiłem kolesi na ławkę rezerwowych i podniosłem gościa do pionu. „Kostas Kazanzakis” przedstawił się. „Miło mi Astur Romer” powiedziałem. „Stary, dzięki za wsparcie, chyba nie miałem szans, wiesz, poszło o głupstwo, ale to wyrywne chłopaki” Nie miałem ochoty słuchać jego tłumaczeń, ale też nie mogłem go tak zostawić na  ulicy.

Wróciliśmy do baru, Kostas opowiedział mi, że jest historykiem, na co dzień mieszka  w Grecji Kontynentalnej w Kalambace i pracuje jako przewodnik po Meteorach, czyli po wiszących klasztorach. W podziękowaniu za interwencję zaprosił mnie do siebie i obiecał pokazać te niesamowite monastyry. Obiecałem, że przyjadę. Wypiliśmy parę kolejek ouzo. Nie jest to mój ulubiony trunek, ale Kostas musiał wyleczyć rany po nieudanym starciu i to był dla niego najlepszy lek. No cóż, jak ktoś stawia, nie odmawiam. Ale wolałbym na przykład metaxę, posmak anyżu w ouzo mi jakoś nie leży. Po godzinie pożegnaliśmy się. Kostas chciał, żebym z nim wracał, ale ja jeszcze chciałem zobaczyć Wąwóz Samaria i dopiero po kilku dniach wsiadłem do samolotu i poleciałem do Salonik. Stamtąd stopem zabrałem się do Kalambaki.

Kostas był bardzo gościnny. Wraz z żoną Ewangeliją mieszkali w niedużym domku w sercu Równiny Tesalskiej u stóp Meteorów. Na przywitanie poczęstował mnie znów tym swoim ouzo, ale tym razem Ewangelija dodała limonki i lodu i dało się to jakoś wypić. Kostas następnego dnia miał prowadzić grupę na Meteory. Obiecał, że mnie zabierze. Super, byłem zadowolony. Z dołu, z okna pokoju gościnnego, patrzyłem na te wysokie formacje skalne, na szczycie których znajdowały się budowle zamieszkałe przez prawosławnych mnichów.

Rano pojechałem z Kostasem odebrać grupę z hotelu. Dostaliśmy tour-guidy na smyczy i Kostas pouczał wszystkich jak je obsługiwać.  Wziąłem to urządzenie, powiesiłem sobie na szyi smycz i włączyłem posłusznie odbiornik. Słuchawki włożyłem do ucha, a tu zonk, wpadły jak do studni. Dla mnie powinny być wielkości talerzyka, a nie takie mikroskopijne. No przecież wiadomo, że kangury mają duże uszy. No cóż, stwierdziłem, że będę chodził bez słuchawek, blisko Kostasa i tak wszystko będę słyszał. Plan był taki: pierwszego dnia oglądamy klasztory męskie, a drugiego dnia klasztory żeńskie i na koniec wizyta w pracowni ikon.

Zapowiadało się interesująco. Kostas dawkował  nam emocje. Najpierw przyjechaliśmy do miejscowości Kastraki, by obejrzeć najmniejszy monastyr Świętego Mikołaja Odpoczywającego. Grupy rzadko tam przyjeżdżają. Zwykle oglądają dwa albo trzy klasztory i pędzą swoimi autobusami do Delf. Do środka budynku trzeba było wspiąć się po 80 stromych schodkach. Niektórzy na sam widok tylu schodków, zrezygnowali. Ja oczywiście poszedłem. Kangurom schody nie przeszkadzają. Przeskakiwałem co dwa, trzy stopnie i pierwszy byłem na miejscu. W klasztorze mieszkał tylko jeden mnich nazywany też ihumenem. Miał chyba ze sto lat. Zresztą był tak stary, że chyba sam nie wiedział, kiedy się urodził. Nazywał się Polikarp. Kilku uczestników weszło do środka, ja pozostałem na tarasie, podziwiając niesamowite widoki formacji skalnych piaskowców i zlepieńców.

Potem nasz autobus wił się pod górę, krętą drogą, do monastyru Warlaam. Tym razem Kostas namawiał już wszystkich, aby podjęli trud i pokonali 100 stopni, by dotrzeć do środka. Ci którzy byli nieodpowiednio ubrani, musieli pobrać ze skrzyni kolorowe, długaśne spódnice i założyć na siebie. Mnie przypadł brązowy, szeroki „worek” z gumką w pasie. Założyłem to coś na grzbiet.  Dobrze, że nikt ze znajomych mnie nie widział, bo by była polewka nie z tej ziemi.

Szedłem za Kostasem, słuchając co on mówi.  Wiedzę miał ogromną, faktami sypał, jak z rękawa. Nie zatrzymywał się długo w żadnym miejscu, nawet w katolikonie. Wciąż powtarzał, że przed nami jeszcze Megalo Meteora, czyli największy klasztor, matka wszystkich monastyrów na Meteorach – Klasztor Przemieniena Pańskiego. Ja natomiast przyglądałem się wszystkiemu bacznie. Takie wiszące klasztory są unikalne na świecie, szkoda byłoby coś przegapić.  Ikonostas w katolikonie zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przyglądałem się każdemu elementowi. Religia prawosławna nie była moją mocną stroną, ale wizualnie ikony przyciągały mój wzrok.

Kostas już odszedł, ale jeszcze inni stali koło mnie, więc się nie martwiłem. Po jakimś czasie dalej stali koło mnie, ale to chyba już nie ta grupa. Mieli skośne oczy, obwieszeni byli aparatami na szyi. O, kunapipi, wyrwałem do przodu, aby szukać swoich. Przebiegłem przez korytarz do refektarza. Oni na pewno daleko nie odeszli. Refektarz wyglądał bardziej na muzeum, niż na salę dla mnichów. Wszędzie stały eksponaty, gabloty. Moją uwagę przykuła nagle złota księga, bardzo wyeksponowana. Złoto przyciąga mnie zawsze. Podszedłem bliżej i czytam: „Biblia należąca do Cesarza Bizantyjskiego z jego własnoręcznym podpisem”.  Wyciągnąłem łapę, żeby dotknąć i wtedy coś zawyło.  O, kunapipi, jak się wystraszyłem. To pewnie zadźwięczał alarm. Po co ja tę łapę wyciągnąłem. Uruchomił się system alarmowy. Pewnie mają tu kamery, wszystko widzieli i pomyślą, że chciałem ukraść tę Biblię. Wziąłem nogi za pas i już mnie tam nie było. Ale ktoś zamknął drzwi. Podbiegłem do drugich, które były w kącie – otwarte.

Biegłem dalej i znowu jakiś korytarz i jeszcze jeden. Zobaczyłem znowu drzwi, tym razem mniejsze. Otworzyłem i znalazłem się w jakimś małym pomieszczeniu. Zamknąłem się od środka.  Słyszałem w dali, że alarm dalej wyje. Rozejrzałem się po pokoju i zorientowałem się, że znalazłem się w celi mniszej. Sprawiała wrażenie nieużywanej. Ależ to było ascetyczne pomieszczenie: białe, lekko przykurzone ściany, drewniane proste łóżko, nieduży stół i krzesło, jakaś niewielka skrzynia pod wysokim oknem. Pomyślałem, posiedzę tu trochę i przeczekam, potem wyjdę jak nigdy nic. Ale jak mnie kamery widziały i jak ktoś mnie rozpozna? W głowie kłębiły mi się różne scenariusze. Na ścianie, na wieszaku wisiał znoszony  habit. Nie namyślałem się długo, zdjąłem z siebie tę niegustowną kieckę, założyłem habit. Niekoniecznie był to mój rozmiar, ale nie miałem wyboru. Dość dziwnie wyglądałem w tym habicie. Kaptur założyłem na głowę, przynajmniej uszy schowałem, ale stopy… Ich się nie da się schować pod przykrótkim habitem. Mama zawsze mówiła, że pozna mnie po stopach, bo miałem największe w rodzinie. Poczekałem jeszcze jakiś czas i wyszedłem z celi. Miotałem się po tym klasztorze, szukając wyjścia. Wszystkie drzwi były zamknięte, turystów wymiotło. Pewnie dalej mnie szukali.

Wpadłem w końcu na genialny plan. Musiałem znaleźć wieżę, wieża była na pewno, widziałem ją z zewnątrz. Jak się dostanę do wieży, to jestem uratowany – pomyślałem. Musiałem włączyć swój wewnętrzny GPS i wreszcie po długim czasie znalazłem mały korytarzyk i wąskie schodki na górę. Tak,  to była wieża  wyciągowa. Wdrapałem się po schodkach i otworzyłem okienko. Na zewnątrz był kołowrotek z przyczepioną siecią. W tych sieciach mnisi transportowali kiedyś towary na górę i sami korzystali z niej jak z windy. Oby tylko działała. Musiałem zaryzykować. Na oko, jakieś 100 m w dół.  Nie skoczę, ale na kołowrotku na pewno zjadę. Wlazłem do sieci, zamknąłem oczy i pod moim ciężarem kołowrotek zatrzeszczał i ruszył. Uff… Po chwili, która trwała wieczność, zjechałem w dół. Ledwo się wygramoliłem z sieci, gdy usłyszałam jak jakieś dziecko wołało do swojej mamy: „ Mamo popatrz ci mnisi dalej korzystają z tej windy, pewnie im się nie chce chodzić po schodach”. O, kunapipi,  żeby ta mała wiedziała….

Za winklem, zdjąłem habit, schowałem do plecaka, złapałem stopa i podjechałem prawie pod sam dom Kostasa. „ Astur, chłopie, gdzieś ty się podziewał?  Martwiliśmy się o ciebie, urwałeś się na piwo, czy co? Nie zwiedzałeś z nami Wielkiej Meteory, a to przecież największy monastyr. Jakie tam freski w katolikonie, a ikonostas rzeźbiony, najpiękniejszy ze wszystkich, nie mówiąc już o ossuarium. Tyle czaszek ihumenów, nie zobaczysz nigdzie. Musisz jutro koniecznie tam pojechać. Dołączysz do grupy mojej znajomej, bo my jutro zwiedzamy żeńskie klasztory, a potem jedziemy do Zindrosa, uczyć się malować ikony”. Kostas wylewał z siebie potok słów. Poniekąd go rozumiałem, jest przewodnikiem i chciałby, aby wszyscy pojmowali tak kulturę i historię jak on. Ale ja jeszcze nie ochłonąłem po swojej przygodzie. Zresztą było mi tak wstyd, że pewnie miałem to wymalowane na pysku.

Tymczasem Kostas ciągnął dalej: „ A wiesz, co mi powiedziała kasjerka z Wielkiej Meteory? Otóż w Warlaamie, po naszym wyjeździe, była wielka zadyma”. Wtedy dopiero otworzyłem  uszy na oścież. Zaraz się dowiem na swój temat wszystkiego, co najgorsze. Tymczasem Kostas opowiadał o jakimś turyście – idiocie, który zapalił papierosa na korytarzu przed wejściem do refektarza. Włączyły się alarmy i system przeciwpożarowy, automatycznie pozamykały się drzwi. Wszyscy myśleli, że to pożar. Ewakuowano turystów i na cały dzień klasztor Warlaam był zamknięty dla zwiedzających. Ale na szczęście jego grupie  udało się wszystko zobaczyć. No tak, pomyślałem.

„Ale właściwie, to gdzie ty się oderwałeś od grupy, bo nawet nie zauważyłem?” Cóż miałem robić, opowiedziałem mu swoją historię. Nie pamiętam, żeby ktoś potrafił tak rżeć ze śmiechu. Wyjąłem z plecaka habit, oddałem mu, prosząc, żeby zwrócił mnichom jak pojedzie na Meteory i przeprosił ich ode mnie, za to, że zabrałem go z celi.

Rano, jedząc pyszne suflaki, oznajmiłem, że dostałem ważny telefon i muszę wracać do domu. Pożegnałem gościnnych Kazanzakisów i wsiadłem do autobusu jadącego do Aten.

Kilka lat później oglądałem w kinie film z Jamesem Bondem pod tytułem „Tylko dla twoich oczu”. W pewnym momencie, patrzę, a tu odważny Bond – Roger Moore, wspina się po pionowej ścianie do wiszącego na skale Klasztoru Świętej Trójcy – jednego z sześciu Meteorów.

Wspomnienia z Kalambaki wróciły jak żywe…

About Author

client-photo-1
Astur4-manager