Černe Divadlo w Pradze

ČERNE DIVADLO

ČERNE DIVADLO W PRADZE

Praca w biurze podróży zabiera mi dużo pracy, ale też stwarza dużo możliwości  i daje  sporo satysfakcji. Jakiś czas temu dostałem nietypowe zadanie. Musiałem pojechać z młodzieżą na wycieczkę do Pragi. Grupa była 27 osobowa, a tylko jedna nauczycielka mogła w tym dniu  wyjechać na cały dzień. No cóż, skoro była taka potrzeba, by robić za bodyguarda, to kto, jak nie ja. Wygląd mam, lewy sierpowy jeszcze dość mocny, więc jakby ktoś chciał się stawiać, to na pewno dam radę.

Dodatkowym atutem tego wyjazdu było to, że grupa miała wziąć udział w spektaklu czarnego teatru Life is Life z muzyką gwiazdy rockowej zespołu Opus. W Pradze byłem kilka razy, więc sam na pewno się nie zgubię. Zgodziłem się i niecierpliwie czekałem na dzień wyjazdu.

W piątek rano stawiłem się na miejscu zbiórki pół godziny przed czasem. Obejrzałem sobie szkołę, zablokowałem miejsce dla autokaru na ulicy tuż przed szkołą, oparłem się o słupek i czekałem. Po chwili zaczęła schodzić się młodzież i podjechał autokar. Z zadowoleniem stwierdziłem, że za kierownicą siedział mój stary znajomy Kita, który kiedyś podwiózł mnie na stopa, gdy chciałem się dostać do Szklarskiej Poręby na Puchar Świata w Narciarstwie Biegowym. Kita zaparkował autobus w miejscu, który oznaczyłem i zatrzymał się 10 cm ode mnie. Majstersztyk. Z szelmowskim uśmiechem, kiwnął mi na przywitanie. Drugą niespodziankę sprawił mi pilot zatrudniony przez biuro. Szczęka mi opadła, gdy z autobusu wyszedł Grochu, którego spotkałem w Kołobrzegu, podczas swojej niefortunnej wyprawy na Bornholm. Tym razem robił wrażenie poważnego pilota z licencją praskiego przewodnika zawieszoną na szyi. No, pomyślałem, będzie dobrze. Grochu był niemniej zdziwiony  niż ja, ale w bardzo pozytywnym znaczeniu.

Młodzież zaczęła pakować się do autokaru, szeroko komentując między sobą nasz wyjazd. Po chwili  na  zbiórkę przyszła nauczycielka – wychowawczyni tej klasy. Myślała, że jak przyjdzie 20 minut przed czasem, to będzie pierwsza, a tymczasem przyszła ostatnia i wyglądało tak, jakby się spóźniła. Podeszła do mnie, uprzedzona przez biuro, że będzie miała towarzystwo do opieki nad grupą. „Dzień dobry, Dominika Stebnówka jestem – wychowawczyni tych młodych ludzi” powiedziała. Już miałem na końcu języka – Jaka Stebnówka? Fastryga jesteś, kobieto, nie wiesz o tym… Taką ksywę miała wśród swoich wychowanków. Ale się ugryzłem w język i powiedziałem tylko „Miło mi, Astur Romer” i wyciągnąłem do niej łapę. Facjatę miała przyjazną, głos też, więc byłem pewien, że zakumplujemy się z Fastrygą podczas tej wycieczki. Zanim odjechaliśmy spod szkoły, zerknąłem jeszcze na budynek i w oknie zobaczyłem stojąca kobietę, która pomachała nam na pożegnanie. „To nasza pani dyrektor” uprzedziła moje pytanie Fastryga, jakby czytając mi w myślach.

Droga do Pragi wiodła krętą szosą przez karkonoskie polskie, potem przez czeskie  miejscowości. Dopiero, gdy wjechaliśmy na autostradę za Turnovem, było bardziej komfortowo. Grochu cały zaś nadawał przez mikrofon. Mówił tyle ciekawych rzeczy, że trudno spamiętać. Młodzież siedziała cicho zasłuchana. Byłem mile zaskoczony. Jak dotąd zero problemów.

Odwróciłem się, żeby  nacieszyć oczy tak miłą atmosferą. Od razu wiedziałem skąd ta cisza na pokładzie,  a w tle tylko warkot silnika i przyjemny głos Grocha, opowiadającego historie najpierw  polskie a potem czeskie. Młodzież słuchała  i owszem, ale niekoniecznie przewodnika ( no oczywiście nie wszyscy), tylko muzyki z telefonów, biegnącej po kabelkach do słuchawek w uszach.

Właściwie, to chciałem zareagować, ale pomyślałem, że dzięki temu  jest spokój, kto chce to słucha, a przynajmniej inni mu nie przeszkadzają. Tymczasem przewodnik opowiadał najpierw fakty, różne  ciekawostki, ba nawet dowcipy czeskie, a potem skoncentrował się na naszym programie. Omówił dokładnie przebieg całego dnia. Opowiedział, co to jest to Černe Divadlo czyli czarnym teatrze. Czarny teatr, to taka niema forma sztuki teatralnej przedstawianej na czarnym tle z czarnymi kurtynami. Główną rolę zwykle stanowi gra światła, cieni, muzyka, no i oczywiście aktorzy. Obecnie są stosowane również bardziej nowoczesne metody jak  świetlne laserowe wiązki, które tworzą obrazy i całe historie na scenie. Aktorzy są uzupełnieniem tego całego widowiska. Ubrani są we fluorescencyjne stroje a promienie UV wyciągają ich intensywne barwy.  Nie pada żadne słowo, a wszechobecna muzyka dopełnia całość. W Pradze takie spektakle są bardzo popularne. Można je spotkać w repertuarze wielu teatrów.

Po przyjeździe do Pragi, zatrzymaliśmy się na Černym Moście, wschodniej dzielnicy miasta. Wysiedliśmy z autokaru, przesiedliśmy się do metra i całą grupą pojechaliśmy żółtą linią do Centrum. Podróż zakończyliśmy na przystanku  Námésti Republiki. Fastryga policzyła swoich uczniów, wszyscy byli, nikt się nie zgubił w metrze. Na szczęście młodzież jest bardzo rezolutna i dobrze zorganizowana.

Doszliśmy do Rynku Staromiejskiego. Grochu zatrzymał się pod zegarem astronomicznym Orloy, opowiedział nam historie związane z Placem Staromiejskim, Ratuszem, kolumną stojącą na środku placu, a także o gotyckim kościele Panny Marii przed Tynem, który zamyka od wschodniej strony Plac Staromiejski. Po krótkiej prelekcji zarządził trzygodzinny czas wolny. O godzinie 16.00 mieliśmy się zebrać koło Zegara i całą grupą pójść do teatru.

Nasza grupa nie była typową wycieczką do Pragi, mającą na celu poznanie miasta. To był tylko wyjazd na spektakl do teatru. Stąd też tylko krótka nota informacyjna na Starym Mieście i długi czas wolny. Młodzież mieszkająca na styku trzech granic: polsko – czesko – niemieckiej, ma wiele możliwości poznania okolicznych atrakcji za granicą kraju. Do tych atrakcji należy niewątpliwie Praga – stolica Czech. To tylko 170 km od Jeleniej Góry. Do Pragi są organizowane wycieczki jednodniowe nawet kilka razy w tygodniu. Można też samemu pojechać do stolicy Czech i na własną rękę zwiedzać miasto. Dzieci i młodzież często wyjeżdżają na takie wycieczki i stosunkowo dobrze znają stolicę naszych sąsiadów. Nie było zatem potrzeby robić tzw. city – tour od Hradczan aż do Václavskich Namĕsti, jak to zwykle wygląda przy tradycyjnych wycieczkach.

W czasie wolnym postanowiłem zaprosić Fastrygę na dobre czeskie żarcie. Grochu miał coś do załatwienia i umówiliśmy się, że jak zdąży, to do nas dołączy, a jak nie, to zjawi się tak jak wszyscy, na miejscu zbiórki. Zaproponowałem klimatyczną restaurację U Zlateho Hada na ulicy Karlowej. Byłem tam kiedyś, pyszne żarło, dobre piwo, ale Fastryga koniecznie chciała iść do Fleka. No cóż, trochę dalej od Orloja, ale co tam, mieliśmy trzy godziny, byłem pewny, że zdążymy.

Po dwudziestu minutach doszliśmy do restauracji U Fleků. A tam… niespodzianka. Wewnątrz aż ciemno od ludzi. Wszyscy chyba się zmówili, żeby tam iść na obiad. Postanowiłem użyć swojego uroku osobistego. Poprosiłem Fastrygę, żeby zaczekała na zewnątrz, a ja poszedłem szukać kelnera. To co usłyszałem od niego rozbawiło mnie do reszty. „Dzisiaj nie Haloween, przebierańców nie obsługujemy, tu jest porządna restauracja” butnie powiedział do mnie kelner, gdy tylko zbliżyłem się do niego. A ja mu na to „Jestem normalny klient, Astur Romer się nazywam i jestem autentycznym kangurem z Australii z Queensland” Chyba ten ostatni wyraz zrobił na nim największe wrażenie. „Właśnie jestem w towarzystwie damy i mamy ochotę zjeść obiad” – ciągnąłem dalej, nie dając mu czasu na ripostę. „Jeżeli zaraz  nie znajdzie się dla nas miejsce, to mogę tu zrobić niezłą rozróbę, a wierz mi, że kangury potrafią łoić nieźle” tu pokazałem mu swój lewy sierpowy. Kelner popatrzył na mnie zdezorientowanym wzrokiem, chyba nie wiedział jak ma się zachować. „Proszę poczekać, zaraz zobaczę co da się zrobić, mamy jeden stolik z rezerwacją na godzinę 15.00 i ewentualnie mogę go Państwu teraz udostępnić”- usłużnie powiedział wycofując się do tyłu. „Będę zobowiązany” odpowiedziałem uśmiechając się szeroko.

Zasiedliśmy z Fastrygą wygodnie  przy stoliku trzyosobowym. Inny kelner podszedł do nas, uprzedzony pewnie przez poprzedniego i grzecznie przyjął zamówienie. Zasugerowałem typowe czeskie jedzenie: bramborowe knedlički z flekowskim gulašem i białą zasmażaną kapustą. Do tego lane piwo Svatováclavsky svĕtly ležak, a na deser palačinka z owocami i czekoladową šlehačkou czyli naleśnik z bitą czekoladową śmietaną. Hmm…palce lizać. Nawet teraz, jak o tym mówię, to mi jeszcze ślinka leci. Fastryga nie chciała piwa, bo twierdziła, że jest w pracy, więc zamówiłem dwa vaclavaki zerówki ( żeby jej nie było przykro ) W końcu ja też byłem w pracy.

Czekając na nasze dania, Fastryga dyskretnie rozglądała się po restauracji. Obok nas, gość zamówił peĉene koleno. To co mu przynieśli kelnerzy, wprawiło w zakłopotanie nie tylko jego. Była to ogromna pokrywka odwrócona do góry dnem, a na niej golonka chyba z dinozaura. Całą rodziną byśmy się najedli taką golonką. Fastryga aż westchnęła. Na szczęście nasze porcje były normalne, ale i tak objedliśmy się jak dwie żaby w stawie.  Ciężko było się ruszyć z miejsca.

Nasza grupa już stała przy Orloju, choć do zbiórki było jeszcze 20 minut. Co za dyscyplina. Fastryga musiała im porządnie nakłaść do głowy zasady punktualności. Właściwie, to my przyszliśmy ostatni. Do teatru Black Light Theater of Prague na ulicy Rytiřskiej na Starym Mieście  nie mieliśmy daleko. Grochu podprowadził nas pod same drzwi, rozdał bilety i umówiliśmy się 20 minut po zakończeniu spektaklu w tym samym miejscu.

To co zobaczyliśmy na scenie, długo jeszcze będziemy pamiętać. Wydawało się, że nasz przewodnik przygotował grupę na spotkanie  ze spektaklem Life is Life. Wszyscy teoretycznie wiedzieliśmy czego oczekiwać. Tymczasem  rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania. Od samego początku towarzyszył nam temat przewodni z singla austriackiego zespołu Opus  – Life is Life z połowy lat 80- tych. Czołowy fragment refrenu: life is life, nana naanana, kołacze mi się po głowie do dzisiaj. Potem przeżyliśmy, w koncepcji oryginalnego czarnego teatru, wraz z głównym bohaterem, jeden dzień z jego życia, dzień pełen wrażeń. Humorystycznie, czasem nawet groteskowo przeplatały się  sceny z codziennego życia bohatera z poetyką czarnego teatru, elementy tańca współczesnego, mieszały się z baletem klasycznym, a wszystko łączyła pantomima bohaterów na tle utworu Life is life. Ponad godzinę trwała ta uczta dla duszy. Zaraz po zakończeniu spektaklu, odbyły się krótkie warsztaty z udziałem publiczności, pokazujące jak tworzy się takie czarne efekty teatralne. Twórcy ujawnili nam swoje sekrety, pewnie nie wszystkie…

Po wyjściu z teatru całą grupą udaliśmy się na Václavské Namĕsti, tam przy pomniku Wacława. Fastryga oficjalnie policzyła uczniów, choć po drodze zrobiła to już pewnie ze dwa razy. Nasz przewodnik zaprowadził nas na  Główny Dworzec Kolejowy, gdzie pod wiszącym zegarem Kita właśnie  parkował nasz autokar. No mówię Wam, wszystko jak w zegarku. Nie było się do czego przyczepić. Właściwie to moja persona była całkiem zbędna.  Młodzież była tak zdyscyplinowana, że nikt nawet nie wyszedł przed szereg. Fastryga sama się nie spodziewała,  że ma taki posłuch pośród swoich uczniów. Ja osobiście byłem pod dużym wrażeniem. Żadnych problemów, zero spóźnień, pełna kultura ( no można by się przyczepić tylko do tych słuchawek na uszach w autokarze, ale … ) jednym słowem wspaniała młodzież.

I niech mi teraz ktoś powie, że młodzi ludzie są nieokrzesani,  z gruntu źli, nieczuli na kulturę czy coś podobnego. Od razu będę zaprzeczał. Byłem, widziałem i doświadczyłem.  Mogę się pisać na wycieczki szkolne, bo nie sądzę, żeby mnie coś mogło zaskoczyć. Fastryga podzielała moje zdanie. To nauczycielka pełna wiary w swoich uczniów, darząca ich zaufaniem i traktująca ich jak dorosłych, odpowiedzialnych ludzi, a nie jak dzieci. Oni też byli dla niej pełni szacunku, pomijając tę ksywkę, zresztą wcale nie obraźliwą, ale to już przywilej młodych ludzi.

Na koniec wycieczki pożegnaliśmy się ze wszystkimi, wierząc, że jeszcze nie raz uda nam się wspólnie  w tej samej obsadzie, gdzieś wyjechać. Młodzież, lekko zaspana, podziękowała oklaskami. Fastryga na koniec szepnęła mi do ucha, czy to pół żartem czy serio,  że następnym razem, to ona na pewno zamówi U Fleka to pečene kolano.

Spojrzałem na nią podejrzliwie, zastanawiając się w myślach, czy ona przypadkiem nie hoduje owczarków w domu….

About Author

client-photo-1
Astur4-manager