WYPRAWA ROWEROWA NA BORNHOLM

bornholm

WYPRAWA ROWEROWA NA BORNHOLM

 

Czy ktoś z Was odwiedził kiedyś Bornholm? Ja nie byłem, ale słyszałem tyle ciekawych rzeczy na temat tej wyspy, że kiedy zaproponowano mi udział w wyprawie rowerowej, to się nawet nie zastanawiałem.

Gruby Rycho ze swoją paczką zaplanowali taką właśnie eskapadę na Bornholm. Całkiem przypadkiem  dowiedziałem się o niej od Zbysia, który właśnie kompletował sprzęt na wyjazd. „ Astur, jak nie masz co robić, to jedź z nami” – zaproponował Zbysio. To była propozycja nie do odrzucenia.

Umówiliśmy się w Kołobrzegu dwa tygodnie później w porcie o godz. 5.00. Chłopaki wcześniej kupili bilety na prom. Ja miałem tylko przyjechać na przystań z rowerem i bagażem osobistym. Oni załatwili wszystko, nawet kwatery w okolicy Nexo. Dzień wcześniej jeszcze miałem jakieś zajęcia, których nie mogłem odwołać i dopiero wieczornym pociągiem przyjechałem do Kołobrzegu. Około północy dotarłem do pensjonatu Koral, zanim się zakwaterowałem, było przed pierwszą w nocy. Nastawiłem budzik w telefonie i zmęczony padłem na łóżko.

Obudziłem się wyspany i zadowolony. Wstałem i spojrzałem na telefon – rozładowany doszczętnie, spojrzałem na zegarek – ósma. O, kunapipi, dopiero wtedy do mnie dotarło, że od trzech godzin powinienem płynąć na Bornholm. Szybko podłączyłem telefon, piętnaście nieodebranych połączeń na przemian od Zbysia i Grubego Rycha. Ale się porobiło… zacząłem wybierać ich numery, ale niestety, wciąż słyszałem to samo, połączenie nie może być zrealizowane. No cóż nie mają zasięgu na pełnym morzu… Zadzwoniłem zaraz do kasy żeglugi z pytaniem, czy mogę na następny dzień kupić bilet na prom na Bornholm. „No, niestety nie” – odpowiedziała mi pani po drugiej stronie słuchawki. „ Jutro nie mamy rejsu na Bornholm, zapraszam w sobotę”

Gdy pogodziłem się już z faktem, że nie popłynę tego dnia na Bornholm, postanowiłem coś zjeść i wyszedłem na miasto. Udałem się w kierunku plaży, by w jednej ze smażalni ryb, poprawić sobie humor  smażoną świeżą rybką. Z reguły jesteśmy wegetarianami, ale zjeść smażoną rybkę nad morzem, to dla kangura, nie grzech. Smażalni owszem sporo, co krok to jedna, ale jeśli myślicie, że można tak po prostu wejść, usiąść i zamówić rybkę w czwartkowe południe, w środku sezonu, to się grubo mylicie.

W końcu znalazłem w jednej z tawern stolik, przy którym siedział tylko jeden gość. Zaryzykowałem, podszedłem i pytam czy mogę się dosiąść, bo ludzi sporo, a miejsc siedzących brak. Spojrzał na mnie spod okularów i powiedział grzecznie, że oczywiście mogę się przysiąść, jeśli chcę. Ba, nawet polecił mi rybkę, którą sam jadł. Widać było, że z niego prawdziwy smakosz, bo znał się na rzeczy. Podczas konsumpcji pogadaliśmy sobie. Przedstawił się jako Grochu, dowiedziałem się, że jest z południa Polski, a w Kołobrzegu przebywa służbowo.  Ja z kolei opowiedziałem mu, co mi się przydarzyło tego ranka.

Tak nam się dobrze gadało, że zamówiliśmy jeszcze po małym karmazynie. Grochu bardzo się przejął moim kłopotem. Pocieszał mnie, żebym się nie martwił i nagle, jak pomysłowy Dobromił, puknął się w czoło i powiedział. „ Wiesz co, przecież my jutro płyniemy na Bornholm. Mamy kilka wolnych miejsc, bo jedna rodzina nam nie dojechała. Mógłbyś się zabrać z naszą grupą” Ja myślałem zbyt wolno, ( to chyba przez to obżarstwo ), bo nie dotarło do mnie, co on mówił. „Jak to z twoją grupą?” zapytałem. „Mówiłeś, że jesteś tu służbowo przez kilka dni.” „ No tak, pracuję dla biura podróży jako pilot i jutro nasza grupa Zlotu Pocztowców płynie na Bornholm. Mamy wynajęty cały statek”.

Aaa…., to dlatego rano powiedzieli mi w biurze żeglugi, że nie ma jutro rejsu – pomyślałem.

„Wiesz Astur, ja jeszcze wszystko sprawdzę i oddzwonię do ciebie” Wymieniliśmy się telefonami i chwilowo się pożegnaliśmy. Nie czekałem zbyt długo na odpowiedź, Grochu potwierdził, że mogę z nimi płynąć, a za bilet na prom rozliczę się potem z biurem. Super, pomyślałem i szybko wysłałem do Grubego Rycha smsa, „ Przypłynę jutro do Nexo – Astur”

Wieczorem, spakowany, gotowy do rejsu, odebrałem telefon od Grocha. Informował mnie, że kapitan statku zawiadomił ich, że jutro zapowiadają sztorm na Bałtyku i my musimy wypłynąć wcześniej, by zdążyć przed sztormem. Zbiórka o 4.00 w porcie. No, tym razem już się nawet nie kładłem spać, po prostu przesiedziałem do 3.00 nad ranem przed telewizorem, oglądając kilka odcinków pod rząd jakiegoś głupiego serialu. Zaopatrzyłem się w michę popcornu i … nie zasnąłem. Wraz z rowerem i bagażem stawiłem się w porcie pół godziny przed czasem. Po chwili zaczęły podjeżdżać autokary, a z nich wylewały się grupy zaspanych gości. Rodzice trzymali za ręce półśnięte dzieciaki, co niektóre płakały wyrwane w środku nocy ze snu. Na dworze było jeszcze ciemno. Gdy w końcu zaokrętowaliśmy się na statek, kapitan powitał przez megafon wszystkich oznajmiając, że sytuacja pogodowa pogarsza się na Bałtyku, ale powinniśmy zdążyć dopłynąć do Nexo, zanim sztorm nadejdzie do wyspy i w czasie, gdy my będziemy cumować w porcie na Bornholmie, sztorm przesunie się na południe, tak że wieczorny kurs powinien przebiegać bez niespodzianek. Tymczasem uprzedził, że morze jest niespokojne i należy zachować ostrożność. Co w języku potocznym znaczyło – łajba będzie się bujać. No cóż, statek to nie limuzyna na autostradzie. Bujało jak diabli, z każdą chwilą coraz mocniej. Drżącą łapą napisałem do Grubego Rycha smsa „ Już płynę do was – Astur”. Nie dostałem odpowiedzi, bo pewnie  jeszcze  spał.

Po godzinie rejsu, głos kapitana z megafonu informował uczestników, że pogoda znacząco się popsuła i kapitan prosi o zejście pod pokład, do restauracji i pomieszczeń przyległych. Raczej dwa razy nie trzeba było nikomu powtarzać. Na dworze było jeszcze ciemno, wiało, statkiem już rzucało na prawo i lewo. Zszedłem na dół, choć pobyt na decku bardziej mi odpowiadał. W razie czego miałem blisko  do burty, choć wcale nie chciałem tak szybko pozbywać się wczorajszego popcornu. Na dole sytuacja była jeszcze gorsza, większość uczestników była zielona na twarzy, widocznie wczorajszego wieczoru więcej zjedli ode mnie. Obsługa statku rozdawała wodę i foliowe woreczki, które okazały się   artykułem pierwszej potrzeby. Nie wiem, co myśleli inni, ale ja miałem na myśli tylko jedno „Daleko jeszcze???”

Kapitan chyba podświadomie wyczuł, że usilnie dopytuję się, jak długo to jeszcze będzie trwało, bo nagle odezwał się z głośnika jego głos. Był chyba lekko poddenerwowany. Oznajmił, że ze względu na pogarszającą się aurę i szybko zbliżający się sztorm, podjął decyzję, w trosce o zdrowie i bezpieczeństwo pasażerów, o natychmiastowym zawróceniu statku i płynięciu do portu w Kołobrzegu.

Właściwie, to nie wiem, czy do kogoś ta informacja dotarła. Każdy starał się utrzymać w pionie, bez względu na to, czy stał, czy siedział. Statek kołysał się tak, jakby zaraz miał się przewrócić.

Do portu przypłynęliśmy ok. godziny 9.00. Przysiągłbym, że każdy chciał całować ziemię, po zejściu z trapu, ale nie był w stanie. Autokary szybko połknęły swoich uczestników i odjechały do hoteli. Ja na szczęście miałem swój pensjonat dość blisko, więc poszedłem na piechotę. Nie odważyłem się wsiąść na rower. Do Grubego Rycha znów wysłałem smsa „Rychu, już nie płynę  na Bornholm – Astur” Tym razem też nie dostałem odpowiedzi.

Umęczony rejsem, przespałem do wieczora. Po przebudzeniu, postanowiłem nie dawać za wygraną, zadzwoniłem do kasy biura z pytaniem, czy mogę kupić bilet na prom na Borholm na następny dzień. Kasy w sezonie są czynne długo, więc wiedziałem, że na pewno ktoś poniesie słuchawkę. „Niestety nie, jutro ze względu na panujący na Bałtyku sztorm, nie płyniemy na Bornholm” odpowiedział mi przyjemny głos w słuchawce. Czując jeszcze potworny szum w głowie i zaburzenia błędnika, postanowiłem kontynuować  spanie.

Następnego dnia, po południu pogoda znacznie się poprawiła. Postanowiłem zaryzykować, bo jak to ciotka Lisa często mówiła, do trzech razy sztuka, a dopiero potem trzeba się porządnie martwić. Poszedłem do portu, by w biurze żeglugi zapytać o niedzielny rejs na wyspę Bornholm. Oczami wyobraźni widziałem jak Gruby Rycho, Zbysio i reszta bandy rozkoszuje się pobytem na wyspie, urządzając sobie krótsze i dłuższe wypady rowerowe, a wieczorem raczą się schłodzonym Faxe premium. Ależ im wtedy zazdrościłem. O dziwo, bilet na niedzielny rejs na wyspę, udało mi się kupić bez problemu.

Wieczorem rozliczyłem się za pobyt w pensjonacie, będąc pewnym, że następne doby spędzę w dobrym towarzystwie w jednym z domków na Bornholmie. Rano punktualnie stawiłem się z rowerem i bagażem osobistym w porcie i zaokrętowałem na statek. Niebo zaczynało się przejaśniać, słońce dopiero wstawało,  żadnego wiaterku, żadnej fali, nic ….

Gdy statek ruszył, kapitan ogłosił wszystkie informacje dla podróżnych. Ja usiadłem sobie na decku, rozkoszując się delikatnym szumem morza. Wyjąłem telefon i wystukałem smsa do Grubego Rycha          „Płynę do was, szykujcie komitet powitalny w porcie w Nexo – Astur” i zanim zdążyłem go wysłać, mój telefon kliknął i zobaczyłem smsa od Zbysia „Astur, wracamy, szykuj nam kwaterę w swoim pensjonacie. Zamów dobry obiad – Zbysiu, Rycho i cała reszta”

Patrzyłem na tego smsa i oczom nie wierzyłem. To ja, w końcu pokonałem wszystkie trudności i wreszcie jestem na statku, który ponad wszelką wątpliwość dopłynie tego dnia na Bornholm, a oni wracają do Kołobrzegu. Czyżby los był aż tak okrutny ?

Był…, a ja nie mogłem nic zrobić: płynąłem na Bornholm, a moi przyjaciele, do których od czterech dni próbuję się dostać, właśnie wsiedli na bliźniaczy statek i wracają do Kołobrzegu.

Na Bornholmie nie znałem nikogo, nie miałem rezerwacji noclegów, nie znałem duńskiego, właściwie to po co ja tam płynąłem. W pierwszej chwili pomyślałem, że przesiądę się po drodze na ich statek, aby być ze swoimi. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że to nie autostrada i nie ma MOPu.

Do Nexo dobiliśmy ok. 11.00. Pogoda była paskudna: lał deszcz i nie było widać ani kawałka niebieskiego nieba. Zszedłem ze statku prowadząc rower. Strugi deszczu nie zachęcały do dalszego spaceru. Postanowiłem przeczekać w portowej kawiarni, aż skończy padać. Wypiłem jedną, dwie, trzy kawy i kilka herbat. Po czterech godzinach kelnerka już nam nie krzywo patrzyła, musiałem opuścić spokojną miejscówkę. Na dworze dalej padało. Nie uśmiechało mi się nigdzie jeździć na rowerze. Powziąłem w końcu męską decyzję. Wracam do Kołobrzegu. Mój statek odpływał o godz. 17.00, podszedłem do kasy i kupiłem bilet powrotny. Przed 16.00 już mogłem zaokrętować się na pokład, co zrobiłem z wielką przyjemnością.  Usiadłem wygodnie w holu pod pokładem. Było cicho, przytulnie a przede wszystkim sucho, z głośnika sączyła się spokojna muzyka. Wyjąłem telefon i napisałem szybko smsa do Grubego Rycha „Wracam do Kołobrzegu, szykujcie dla mnie łóżeczko”. Zanim wcisnąłem klawisz wyślij, w umyśle zakołatało przebiegłe pytanie „ Czy tym razem też do trzech razy sztuka?”

 

 

 

About Author

client-photo-1
Astur4-manager